Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Zgorzelec-Drezno

piątek, 31 VII 1992


Zasady autostopu | Noc na dworcu


Prager Strasse

Graniczne miasteczko. Gigantyczne tłumy pseudoturystów robiących zakupy. W kantorze dokupuję trochę franków, Dorota kupuje mini-ręcznik, herbatniki. Dochodzimy do mostu na Nysie, przedstawiamy paszporty - obywa się bez stempli, posterunek niemiecki i już jesteśmy za granicą. To moja pierwsza prawdziwa granica - nie można wszak liczyć kolonii w NRD.
Była już godzina 14.00, może 15.00 - późno, bardzo późno w stosunku do naszych planów. Rozkładamy się z betami 100 metrów od granicy na stromym podjeździe do centrum Görlitz. Tu dochodzi do pierwszego poważnego konfliktu: w którym miejscu stać, jak zatrzymywać samochody. Napięcie, które narastało między nami w czasie ostatnich godzin uzewnętrznia się krzykami i obelgami. W tej chwili byłem gotów rozstać się z Dorotą w tej chwili i jechać dalej sam. Proponuję, by wróciła do Polski, lecz dziewczyna oponuje. Utarczki słowne trwają ponad godzinę. Ostatecznie staje na tym, że nie będzie się kłócić o "szczegóły techniczne" - gdzie stać i tak dalej.
Kolejną godzinę bezskutecznie łapiemy samochody, wreszcie, gdzieś koło 16.00 czy 17.00 zatrzymuje się Polak w dużym fiacie. Uff.. Wygląda na to, że dziś dotrzemy do Drezna. Moment przejścia na angielski odwleka się jeszcze o godzinę. Facet wysadza nas na zjeździe z autostrady. Na przystanku autobusowym pytam Niemkę, oczywiście po angielsku, ile kosztuje bilet, i czy będę miał w autobusie trudności z rozmienieniem 50-markowego banknotu. Właśnie nadjeżdża autobus i Niemka mówi, żebym się nie martwił. Wewnątrz podchodzi do kierowcy, kupuje bilety i wręcza nam. Nie chce od nas pieniędzy. Mówi, że to taki prezent na dobry początek. Jestem pod wrażeniem. Pyta mnie, gdzie się tak dobrze (!) nauczyłem angielskiego. Czuję się głupio.

Drezno - Dojeżdżamy do centrum. Idąc pustą ulicą dostrzegam wystawione przed sklepami paczki z bananami po 90 fenigów czyli taniej niż w Polsce. Mam wielką ochotę je kupić, ale i tak jest już bardzo ciężko iść z tymi plecakami. Wzdłuż Łaby docieramy do Zwingeru. Wkrótce przekonujemy się, że nici ze zwiedzanie wnętrz. Jest już po 18.00, pozostają nam spacery po pałacowym dziedzińcu i murach. Robimy sobie pierwsze zdjęcia. Chwilę później mijamy restaurowane ruiny z okresu II wojny światowej pozostawione tu Niemcom ku przestrodze. Ledwo, ledwo dochodzimy do hotelu Hilton, gdzie obrotowe, o średnicy dobrych 5 metrów, drzwi wprowadzają mnie w zupełnie inny świat. Klimatyzacja, piękne wnętrza, panowie w krawatach. Uprzejmie pytam o kemping. Okazuje się, że najbliższy jest sporo kilometrów za Dreznem, zyskuję natomiast mapkę centrum miasta. Szeroką promenadą Prager Str. dochodzimy do dworca kolejowego, gdzie pozostawiamy w poczekalni nasze plecaki z zamiarem spędzenia tu nocy. Tymczasem idziemy na spacer po nocnym Dreźnie. Prager Str. prezentuje się wspaniale. Hotele, supermarkety, podświetlane wodotryski. Więc to już tak blisko Polski trafiliśmy na Zachód... Godziny wloką się niemiłosiernie wolno. Przesiadujemy w różnych miejscach starając się nie zwracać specjalnie uwagi innych. Późno wieczorem wracamy na dworzec. Dorota kładzie się na ławce w hallu i zasypia, ja czuwam. To już moja druga nieprzespana noc. Rano pierwszą myślą jest ciepła kawa. Pijemy w budce dworcowej i ruszamy na obwodnicę. Kupujemy - niepotrzebnie - cały karnet biletowy i podjeżdżamy autobusem w miejsce wczorajszego lądowania.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej