Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Yazd-Meybod-Chak Chak

środa, 23 VIII 2006


Jak się piecze chleb? |Arg i Gołębia Wieża w Meybod |Na skraju pustyni Lota |Wspomnienia |W zoroastriańskiej świątyni |Wieże Milczenia |Niefotogeniczny ogień w Ateshkadeh


Meybod: Arg

Dziś dzień objazdowy: mamy zamiar pokręcić się po okolicznych site'ach. Budzę się o 6.00. Sklepy i stragany jeszcze pozamykane o tej porze. Przed 7.00 wychodzę jeszcze raz na śniadaniowe zakupy, i przy "cerkiewnym" meczecie odnajduję czynną piekarnię. Dwóch piekarzy produkuje chleby z prędkością 1 chlebek na 10 sekund. Pierwszy Irańczyk zgrabnymi ruchami ugniata kęs ciasta i szybkim ruchem rzuca na okrągłą płócienna poduszkę. Ciasto się rozpłaszcza, wówczas mężczyzna odwraca poduszkę i placek ląduje na kręcącej się blasze. Ciasto trafia do gorącej części pieca, by wyłonić się po chwili z drugiej strony. Pomocnik piekarza zdejmuje wypieczone ciasto i rzuca na drewniane rusztowanie. Kupuję 4 gorące chlebki i parząc palce niosę do hotelu. Serek feta będzie znakomitym nadzieniem do naszych "naleśników". W pośpiechu jemy śniadanie, byliśmy przecież umówieni z parą warszawską na 7.15.

Startujemy do drogi. Nie udaje się nam odnaleźć lokalnego dworca z autobusami do Mehdi Abad i Kharanaq; widocznie zmienił położenie. Podjeżdżamy taksówką na główny dworzec i szukamy transportu. Irańczycy chcą 300.000 IRR za trasę Yazd - Meybod - Ardakan - Chak Chak - Yazd, my jesteśmy skłonni zapłacić 200.000 IRR. Kilku bardziej pazernych odprawiamy z kwitkiem. Pozostają ci mniej pazerni. Chętnemu Irańczykowi pokazujemy pieniądze i zapisujemy trasę z ceną na kartce. Jedziemy. Kierowca niewiele mówi po angielsku, za to jeździ bardzo szybko. Cóż jednak z szybkiej jazdy, skoro nasz driver nie zna sąsiednich miast i musimy krążyć po ulicach dopytując przechodniów o interesujące nas miejsca.
Meybod: medina W Meybod zaczynamy od położonej w centrum miasta niewielkiej cytadeli. Arg Narein to miniaturowy Bam. Jest cały ulepiony z glinianych cegieł. Dajemy sobie pół godziny na myszkowanie po zakamarkach zamku. Mury, bastiony, kurtyny, wieże... ciemne pomieszczenia... Jest naprawdę coś niezwykłego w tych glinianych budowlach, kojarzą się z budowanymi z piasku zamkami, z beztroską zabawą pozwalającą dać upust swej wyobraźni. Widok z wierzchołkowej platformy jest fenomenalny. Jak okiem sięgnąć gliniane miasto: wszędzie piaskowe domy, piaskowe mury, kopuły, gdzieniegdzie wyrasta kolorowy minaret. Pomiędzy tymi zabudowaniami, na skrytych w zieleni podwórkach tętni pewnie życie.
Upał wygania nas do taksówki. Zatrzymujemy się w Meybod jeszcze raz - przy Wieży Gołębiej. Niezbyt atrakcyjny, przysadzisty budynek, to w rzeczywistości gigantyczny gołębnik zamieszkały ongiś przez 4.000 ptaków, których jedynym zadaniem była produkcja nawozu...Wstęp mamy za darmo, wewnątrz - lekkie rozczarowanie: gołębi już nie mam pozostały tysiące półek-gniazd. Źle się wyraziłem: kilka gołębi jest - wypchane i zawieszone na stalowych nitkach zastygły w locie... W sumie - interesujące miejsce.

Wyjeżdżamy z miasta i po kwadransie jesteśmy w Ardakan. Długo, długo krążymy po mieście... Taksówkarz rozpytuje przechodniów o meczet Jameh wspomniany w przewodniku. W końcu, poprzez skromny kryty bazar docieramy do jakiegoś meczetu. Zaglądam - nic ciekawego. Coś mi tu nie gra.... Okazuje się w końcu, że to jakiś inny, podrzędny meczet. W porządku. Decydujemy się jechać dalej, do Chak Chak. Prawdę powiedziawszy, nikogo z naszej czwórki już tak nie pociągają wizyty kolejnych meczetach.
Droga skrajem pustyni Lota Do świętego miejsca zoroastrian zostało jeszcze 50 kilometrów drogi, od razu dodam - najpiękniejszej części trasy na dziś. Znikają zabudowania, maleje ruch na drodze. Podążamy przez kamienistą Wielką Pustynię Lota. Tak, tak, tego samego biblijnego Lota, którego żona zamieniła się w słup soli. Rozgrzane powietrze drży, położone wiele kilometrów dalej górskie pasma lekko falują. Piach, zagnany wiatrem pod skaliste zbocza, bieleje w ostrym słońcu niczym śnieg. Jest prześlicznie.

Po godzinie skręcamy stronę gór i zwężającą się doliną docieramy do jej ostrego zakrętu. Tu, na stromym zboczu znajduje się centrum pielgrzymkowe zoroastrian. Kilkanaście domów - może zbyt nowocześnie wyglądających, jak na święte miejsce - jest jedyną oznaką cywilizacji w tym dzikim krajobrazie. Przypomniało mi się wizyta w lamajskiej świątyni w parku narodowym Tereldż w Mongolii. Zadawałem sobie wówczas pytanie: co sprawia, że mnisi różnych wyznań lubią budować swe świątynie i klasztory tak wysoko w górach? Ale także zastanawiałem się, kiedy zobaczę na własne oczy klasztory w Tybecie. Heh, nie minął przecież rok i zobaczyłem je! Co prawda, nie w Nepalu, lecz w Xiewu i w Serxu, na skraju Wyżyny Tybetańskiej, ale zawsze to coś! A teraz stoję u podnóża góry, przed świątynią zoroastriańską - kolejnego wyznania, z którym mam styczność. I tak to właśnie realizują się pomysły i marzenia, czasem zupełnie niepostrzeżenie i niespodziewanie. Chak Chak

Kierowca wjeżdża krętą drogą na zbocze, resztę drogi pokonujemy stromymi schodami. Mijamy złotych, brodatych strażników na bramie strzegących wejścia do świątyni Pir-e-Sabz i już jesteśmy ciemnym wnętrzu. Wita nas kapłan ognia i prowadzi dalej. Moje nakrycie głowy z worka foliowego okazuje się niepotrzebne, na półkach leżą płócienne czapeczki. Mężczyzna nie zachęca nas jednak do założenia ich, jestem tym rozczarowany: brak tu wczorajszego klimatu z Fortecy Lwów. W butach, jak zwykli turyści w muzeum oglądamy święty przybytek. Pośrodku groty znajduje się stojak ze świecami, na ścianie płoną wieczne oliwne płomyki. Ze sklepienia kapie woda tworząc dużą kałużę. To właśnie od tego kapania wzięła się nazwa Chak Chak. A wszystko za sprawą Nikbanuh, perskiej księżniczki z dynastii Sasanidów, która tu się schroniła 1200 lat temu. Gdy uderzyła swą laską w skałę, trysnęła woda i uciekinierzy mogli ugasić pragnienie...
W pozostałych pomieszczeniach trochę zoroastriańskich akcesoriów, ołtarzyki ze zdjęciami Zaratusztry, symbole religijne na kafelkach, oczywiście jest i Faravahar - wizytówka tej starej religii. Na półkach nieco książek. Zostawiam resztę grupy wewnątrz, ustalają wysokość datku, ja chcę jeszcze trochę pomyszkować po innych budynkach. Większość pomieszczeń jest otwarta, lecz pusta i zaniedbana. To raczej miejsca noclegowe dla pielgrzymów, kuchnia, piekarnia ze zniszczonym piecem, resztki sanitariatów. Na ścianach dostrzegam trochę wykutych napisów i reliefów. Podsumowując - Chak Chak nie jest miejscem powalającym na kolana, tym niemniej zdecydowanie warto je odwiedzić. Z pewnością ciekawsza byłaby wizyta tu podczas corocznych pielgrzymek odbywających się w połowie czerwca. Chak Chak

Wracamy. Godzina drogi do Yazdu mija szybko. Dobrze, że taksówka ma klimatyzację a drogi są wygodne. Ustalamy z kierowcą, że za dodatkowe 20.000 IRR zawiezie nas do Wież Milczenia na przedmieściach Yazdu. To ciekawe miejsce jest obowiązkowym punktem turystycznych programów. Kierowca zgadza się, lecz na miejscu domaga się dodatkowych pieniędzy. Dajemy mu wybór: 10.000 IRR i do widzenia, lub 20.000 IRR i czekaj, aż zwiedzimy Wieże. Irańczyk zaciska zęby i smaży się w taksówce. My wdrapujemy się na bliższe ze wzgórz, na którym wznosi się przysadzista budowla. Właściwie nie jest to wieża, lecz kilkumetrowy kolisty mur o średnicy 15 metrów. Pośrodku niewielkie zagłębienie, w którym setki lat temu składano ciała zmarłych. Beata kładzie się w zagłębieniu i zamiera w oczekiwaniu na sępy. Kilkaset metrów od miejsca, w którym się znajdujemy widoczna jest druga Wieża Milczenia, nieco niższa i lepiej zachowana. Nie czujemy potrzeby wdrapywania się tam. Wracamy do centrum miasta.

Mamy niedosyt kontaktów z Zaratusztrą, idziemy do najważniejszej zoroastriańskiej świątyni - Ateshkadeh. Jest dopiero 14.00, bezskutecznie dobijamy się do bramy. Wrócimy tu później. Piotrek rzuca pomysł, by zjeść obiad w kompleksie Amir Chakhmaq. Zamawiamy szaszłyk z pieczonymi pomidorami i chlebem. Potem Piotrek znów nas prowadzi swymi skrótami pod Ateshkadeh. Świątynia i jej parkowe otoczenie z niewielką sadzawką i kwiatami sprawia sympatyczne wrażenie. Wewnątrz płonie ogień, a jakże! I to ogień najprawdziwszy, podsycany modrzewiowymi bierwionami. Niestety, ognisko umieszczone jest za szybą o przedziwnych własnościach odbijania światła. Nasze wysiłki, by uzyskać zadowalające zdjęcie nie przynoszą pełnego sukcesu: nie pomagają ani filtry polaryzacyjne ani różne tryby fotografowania. Obok wiecznego ognia kilka obrazów przedstawiających Zaratusztrę i tablice informacyjne. To wszystko. Czuję się rozczarowany, tak jakbym wszedł do przedsionka kościoła. Na szczęście sam budynek ze stawem i kwiatami sprawia przyjemne wrażenie, i choćby dlatego warto tu przyjść.
Pozostaje jeszcze długi spacer pod hotel. Dziś się rozdzielamy: ja jadę do
Mashhadu, Jarek do Teheranu, para warszawska pozostaje w Yaździe.
Chak Chak
Yazd: Wieża Milczenia
Yazd: świątynia Atahkadeh

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej