Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]


Wambierzyce - Karłów - Błędne Skały - Kudowa - Duszniki Zdrój

środa, 2 VI 2010


Deszczowy poranek | W krainie skalnych grzybów | Brodzenie w drodze do labiryntu | U fryzjera w Kudowie | Przez Wzgórza Lewińskie | Szukam noclegu


Wambierzyce 6:10 - pod Rogaczem 8:00 - Karłów 10:30-45 - Błędne Skały 12:30-13:00 - Kudowa 14:45-15:45 - Przeł. Lewińska 17:00 - Zielone Ludowe 19:00 Duszniki 19:30 Na szlaku Skalnych Grzybów

Myję się, pakuję i, zgodnie z umową, dzwonię do furty, by zostawić klucz i datek. Bezskutecznie. Hm... Kto jak kto, ale wydawało mi się, że zakonnicy wcześnie wstają... Widocznie trafiłem na Braci Śpiących. No nic, po szóstej wychodzę. Opuszczam Wambierzyce kierując się polną drogą w stronę Studziennej. Dzień jest ponury, zaczęło już nawet kropić. Las, do którego po chwili docieram daje jako takie schronienie. Przede mną Golec (525 m n.p.m.), przekraczam grzbiet i dochodzę do asfaltu. Wkrótce dochodzę do granicy parku narodowego. "Uwaga! Teren monitorowany" mówi tabliczka. He, he, patrzcie sobie, na zdrowie! Przy drodze spotykam robotników leśnych - rzadki widok podczas mojej wycieczki. Nieco dalej przysiółek Studzienna. Tu dla odmiany spotykam pana z psem na spacerze. Bardzo mu zazdroszczę wojskowej peleryny! Deszcz, niestety, nasilił się, czuję, że ten dzień nie będzie łatwy. Schodzę z asfaltowej drogi i zagłębiam się w ponurym lesie. Kapie z drzew, kapie z nieba. Ech! Powoli wdrapuję się na zbocze. W końcu jest węzeł szlaków pod Rogaczem, siadam pod wiatą, przebieram skarpety i wyżymam nasiąknięte wodą rękawy bluzy polarowej. Na szlaku Skalnych Grzybów

Tu zaczyna się ciekawsza część drogi - co jakiś czas spotykać będę skalne grzyby. No i co dziś jest nie bez znaczenia - szlak biegnie praktycznie po płaskim. Droga jest w miarę wygodna, na ogół bez błota. Mijam kolejne formacje skalne, te bliższe staram się sfotografować osłaniając aparat przed deszczem. Na odcinku do Karłowa czerwony szlak krzyżuje się z innymi lub tez odchodzą od niego boczne szlaki. Nie kontroluję swojego położenia na mapie, skupiam się na drodze, butach, kapturze i aparacie. O 9.30 jestem na parkingu przy Szosie Stu Zakrętów. Mam trochę opóźnienia, trudno. Teraz do Karłowa. Szlak przekracza jezdnię, później znów się krzyżuje z kolejnymi szlakami.

Do Karłowa docieram przemoczony. Przystaję przy węźle szlaków. Hmm. Tabliczka w Wambierzycach pokazywała czas 4 h na dojście do Karłowa a tu pokazuje 4:15 h na zejście do Wambierzyc. Dziwne. Widać, że działaczom PTTK łatwiej przychodzi rycie w desce drogowskazów z czasami niż myślenie.

No nic. Dzwonię do domu, donosząc, że żyję i nie utonąłem. Następnie idę się ogrzać do restauracji.
- W czym mogę pomóc? - pyta mnie chłopak za barem.
- Dziękuję. Na razie w niczym - boże, jak ja nie znoszę takich idiotycznych pytań - Herbatę poproszę. Z cytryną!
Z przyjemnością obejmuję dłońmi gorącą filiżankę. Piję niespiesznie, wiem, co mnie czeka na zewnątrz. A drogi przede mną jeszcze sporo. Pierwotnie planowałem dojść do Zieleńca, ale w tych warunkach - będę zadowolony z noclegu w Dusznikach Zdroju. Zbieram się.
- Chce się panu chodzić po górach? - pyta właścicielka lokalu, matka barmana.
- Szczerze? Niezbyt.
No cóż. Pogoda dziś nieudana, ale czy to powód, by przerwać wycieczkę? Nieraz przecież chodziłem w deszczu przez cały dzień.
Błędne Skały

Opuszczam Karłów. Czeka mnie półtoragodzinna droga na Błędne Skały. Szybko się przekonuję, że będzie to makabra. Deszcz wcale nie zelżał, pada nieustannie. Taplam się w błocie, przeskakuję z kamienia na kamień, z korzenia na korzeń. Środkiem ścieżki spływa woda, "pobocze" jest nasiąknięte wodą jak gąbka. Po pół godzinie teren wypłaszcza się, w miarę jak osiągam Lisi Grzbiet. Zaczynam żałować, że nie mam kajaka. Tu nawet przy dobrej pogodzie teren jest podmokły a co dopiero teraz. Z jednej strony zły jestem na to co widzę wokół, z drugiej strony przyjmuję sytuację ze spokojem. Jest jak jest. Trzeba po prostu się pomęczyć jeszcze trochę. Zastanawiam się, czy spotkam jakiegoś wariata oprócz mnie chodzącego dziś po Górach Stołowych. Zaczynam się martwić o aparat. Obiektyw jest zaparowany, klapka nie chce się zamykać.

O 12:20 jestem pod Błędnymi Skałami. To moja czwarta wizyta w tym miejscu. I pierwsza... za darmo. Na terenie labiryntu spotykam grupę gimnazjalistek. Ubrane są w różnokolorowe peleryny, wyglądają uroczo w tej scenerii - jak krasnoludki. Zaczynam spacer między skałami. Jest ciemno, niewiele widzę. Błyskam co chwilę fleszem z nikłą nadzieją, że zdjęcia będą udane. Pamiętam, jak poprzednim razem przeciskałem się przez labirynt z dużym plecakiem. Dziś jest równie trudno, gdyż zewsząd kapie woda a powierzchnia skał mokra i śliska. W pewnym momencie wydaje mi się, że zataczam koło. Byłoby głupio zostać tu do wieczora ;-) Błędne Skały

O 13:00 wychodzę z labiryntu. Na parkingu autobus grzeje silnik w oczekiwaniu na powrót "krasnoludków". Dwóch sprzedawców z markotną miną stoi przy swoich stoiskach z pamiątkami przykrytymi folią. Moje zainteresowaniem, by nie powiedzieć pożądanie, wzbudza jednak kiosk gastronomiczny. Zamawiam herbatę i jednocześnie proszę panią z budki o wysuszenie chusteczką obiektywu aparatu. Palce mam tak zgrabiałe z zimna, że sam sobie z tym nie poradzę. Wypijam herbatę, ale mało mi. Muszę jeszcze wypić kawę zanim ruszę dalej.

No, jest lepiej. I jakby słabiej padało. Idę drogą do Kudowy, to mniej więcej półtorej godziny. Szlak czerwony znów mi uciekł gdzieś w bok, nie mam sił się wracać. Tak czy siak, do Kudowy dojść muszę.
O wpół do trzeciej jestem u celu. Pierwsza myśl to zadbać o aparat, który odmówił współpracy. Ale najpierw wstępuję do sklepu odzieżowego i kupuję kolejne skarpetki. Potem zaglądam do fryzjera. To jedyne miejsce z suszarką, które przychodzi mi do głowy.

Fryzjerka znajduje dużo zrozumienia dla mojej sytuacji. Być może przejęła się moim wyglądem ;-) W każdym razie dostałem suszarkę, potężną maszynę z bajerami, zająłem fotel i spróbowałem doprowadzić aparat do stanu używalności. Po dziesięciu minutach suszenia stwierdzam, że to był dobry pomysł. Co prawda pojawił się problem z odczytem karty, ale to wyjaśnię sobie w domu. Mam drugą kartę SD. Humor mi się poprawia.
- Uratowała mnie pani, dziękuję! - żegnam się z fryzjerką.
W sklepie spożywczym robię zakupy, kupuję też dużego ptysia z bitą śmietaną. Idę do domu zdrojowego i siadam w cieplutkiej pijalni.
Kudowa Zdrój

O wpół do czwartej ruszam w kierunku Dusznik. Chwilowo przestało padać a zjedzone kalorie dodały mi sił. Mijam Muzeum Żaby - nigdy tu nie byłem, ale wcale nie muszę :) Wędruję otwartym terenem wśród pól i domów jednorodzinnych. Potem przez las, w stronę Jerzykowic. Znów zaczęło kropić, kaptur na głowę, aparat do kieszeni. Schodzę z wygodnej drogi, szlak wspina się na wzgórze, idę pochylony zasłaniając twarz przed wiatrem i deszczem. Gdyby nie pogoda, widoki byłyby całkiem atrakcyjne. Jestem wśród Wzgórz Lewińskich, na horyzoncie mam Góry Stołowe z jednej strony i Góry Orlickie - z drugiej. Teraz droga w dół, do Dańczowa. Na obrzeżu wsi w domu jednorodzinnym znajduje się sklepik spożywczy. W środku - żywego ducha.
- Dzień dobry! Halo! Halo! - wołam coraz głośniej.
Schodzi z pięterka kobieta i wścieka się na syna, który na zapleczu słucha muzyki ze słuchawkami na uszach, miast pilnować interesu. Kupuję mleko i wypijam niemal duszkiem. Teraz kawałek przez wieś i znów do góry. Mijam zaniedbane, biedne domy. Aż serce żal ściska, gdy się patrzy, w jakich warunkach żyją tu ludzie. Znów droga przez pastwiska, mijam kolejne kapliczki.

Ech! Kawał drogi jeszcze przede mną! Sprawdzam na mapie potencjalne miejsca noclegu. Może Zielone Ludowe się nada? Ale i tak muszę wcześniej dojść do Przełęczy Lewińskiej. Powolutku... dojdę! Pod Dańczowem

Po siedemnastej jestem już w pobliżu linii kolejowej z Kłodzka do Kudowy. By przejść pod wiaduktem muszę pokonać niezłe bajoro. Chwila nieuwagi i ląduję na plecach. Na szczęście na trawie. Ech, ta moja droga krzyżowa, to już mój drugi upadek ;-) Polna droga prowadzi mnie teraz coraz wyżej, w kierunku Grodźca. Deszcz przestał padać, powoli wysycham. Coraz mniej do oglądania, świat skrył się za mgłą. Według mapy powinienem właśnie mijać przysiółek Leśna. Ale nawet gdyby domy stały 20 metrów od drogi - nie dostrzegłbym ich! Przede mną Grodczyn, kulminacja pasma Grodziec. Zagłębiam się w zamglony las. Ciemno, jakby już noc była, a przecież dopiero szósta po południu. Za kulminacją ostro w dół, kilka gwałtownych zmian kierunku. Przechodzę w lesie obok interesujących pagórków usypanych z kamyczków. Pewnie to resztki zwietrzałe ostańców. Przed siódmą dochodzę do pierwszego gospodarstwa w Zielonym Ludowym. W szopie krząta się starsze małżeństwo. Widać, że to prości, biedni ludzie. Pytam o możliwość noclegu.
- Tu nie ma jak, niech pan pyta w tamtym białym domu - mężczyzna pokazuje kierunek.
Ale i tam nie udaje mi się nic wskórać.
- Mi wystarczy jakikolwiek kąt do spania... - próbuję negocjować.
Nic z tego. Nie ma warunków.
Trudno, trzeba iść dalej w stronę Dusznik. Tak naprawdę to nie ma problemu. Jest jeszcze widno, mam jeszcze siły... Poza tym: czego dziś nie przejdę - będę musiał przejść jutro.
W końcu docieram do jakiejś agroturystyki.
- Trzydzieści pięć złotych - komunikuje gospodyni.
- No... - zawieszam głos.
- Trzydzieści?
- Hm. Wie pani, mam swój śpiwór... Dwadzieścia pięć będzie ok, prawda?
Przez Zielonym Ludowym Widzę, że kobieta nie jest zbyt zadowolona, ale przecież dziś i tak nikt inny się nie pojawi, a o piątej rano już mnie nie będzie.
Dostaję pokój na piętrze. Z trudem ściągam buty i podwójne mokre skarpetki. Robię sobie kawę i najbliższe pół godziny relaksuję się przy wiadomościach telewizyjnych. Potem męczę się prasując pożyczonym żelazkiem wilgotne rzeczy. Przypominam sobie historię sprzed ponad 25 lat, kiedy to zziębnięty, po wielogodzinnej jeździe rowerem w deszczu, dotarłem do Lublina. Suszyłem wówczas żelazkiem przemoczone swetry - nieźle się wtedy naciągnęły!
Kładę się dopiero po północy. To był naprawdę ciężki i męczący dzień. Ponad czterdzieści kilometrów i ponad 13 godzin w deszczu.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej