Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6-7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-27] [28-29]


Przysłowie marokanskie


Volubilis - Moulay Idris - Meknes

piątek, 16 VIII 2002


Pobudka | Antyczne ruiny Volubilis |Z wizytą u Moulaya Idrisa|Meknes - kolejne cesarskie miasto|Marokańskie kontrasty|Aśka urządza wyścigi


Moulay Idris

Budzi mnie o 5.00 śpiew ptaka. Bardzo przyjemny śpiew. Myję się i robię kawkę. O 6.00 zaczyna się ruch w namiotach. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że niektórzy ludzie zapominają, że inni jeszcze śpią i głośno rozmawiają. Potem są półprzytomni z niewyspania w autobusie. No cóż, umiejętność dostrzegania innych i liczenia się z nimi nie każdemu jest dana.
Pan Tadek kolejny raz przyłapuje mnie na pisaniu dziennika i znów żartuje sobie z mojego pisania. Jajcarz. Ma talent do żartowania. Teraz planuje pozbycie się mnie w medinie zanim zdążę opublikować notatki. Moulay Idris

Jedziemy do Volubilis - rzymskich ruin. Ponad pół godziny trwa wyjazd z Fezu. Czyżby były prawdziwe słowa wczorajszego przewodnika o trzech milionach mieszkańców tego starego miasta? Te 70 km dzielące nas od ruin jedziemy ze trzy godziny. Nie wiem, co jest głównym czynnikiem spowalniającym jazdę - droga wygodna choć przez góry, ruch praktycznie zerowy. Jedno jest pewne - gdy jadąc pod górkę autobus zazgrzyta, zahamuje i szarpnie, to bez spoglądania wiem, który z kierowców siedzi za kierownicą...
Krajobrazy są przepiękne: doliny rzek z plantacjami oliwek, pobocza ozdobione opuncjami i kwitnącymi agawami, wioski z białymi minaretami meczetów i oczywiście góry, góry, góry... Atrakcyjne jeziorka w sąsiedztwie lekko fioletowych wzgórz. Ciekawe, skąd się bierze ta barwa ziemi (lub skał)?

Jaka szkoda, że jest tu tak biednie. Ci ludzie przyzwyczaili się do biedy i mam wrażenie, że nic nie robią, by to zmienić. Ci bezzębni staruszkowie wyciągający automatycznie w żebraczym geście dłonie... Dzieciaki proszące o dirhama... Te biedne domostwa, pożal się boże stragany z jednym melonem czy kilkoma owocami opuncji. Bieda aż strach... Czasem tak sobie myślę, że mógłbym przyjechać na rok tutaj, lub do innego kraju - Afganistanu czy Etiopii i w szkole podstawowej lub średniej pouczyć chemii lub matematyki...
Volubilis wyłania się zza wzgórz porośniętych oliwkami. Z tej odległości przypomina położeniem i wyglądem Palmirę. 20 dirhamów, ani grosza mniej - żadnych zniżek dla grup. Wchodzę i od razu dochodzi do mnie, jaka jestem dupa wołowa. Pan Tadeusz dał 10 dirhamów strażnikowi a ja - ech, szkoda gadać..! Idę z Adamem, "Amerykankami" i Pauliną. Z bliska ruiny przypominają coś pośredniego między Jerashem a Ugaritem.
Dużo tu chodzenia - ale jak zawsze - brak fachowca-przewodnika powoduje, że te ruiny we wspomnieniach upodobniają się do innych, tamte do jeszcze innych itd, itd... Pstrykam mozaiki w House of Venus. "Ta jest ładniejsza" - rzucam celem nawiązania rozmowy. "No nie. Ja się znam na mozaikach" - ucina "Amerykanka". Hm. Cóż odpowiedzieć na takie dictum... Podłapuję się na chwilę do anglojęzycznego przewodnika i słucham o toaletach publicznych przemywanych bieżącą wodą - pewno bym przeszedł koło tych zagłębień nie zastanawiając się czym są, a tak - zawsze coś nowego :-)
Volubilis

Opuszczamy rzymskie resztki Volubilis i po kilku kilometrach drogi dojeżdżamy do świętego miejsca dla muzułmanów. Moulay Idris jest pięknie położony na wzgórzu - setki białych małych domków niemiłosiernie zagęszczonych. I większa plama zieleni - to dachy meczetu i zaouia (grobu) Mulaja Idrisa. Parkujemy w centrum i idziemy na punkt widokowy. Przy okazji mijamy ponoć wyjątkowy - bo okrągły - meczet syryjski (niestety zarusztowany).
Stromymi uliczkami przechodzimy pod meczet Idrisa - tłumy wiernych wychodzących ze świątyni tarasują nam na pół godziny dostęp do bramy. Mamy więc okazję przyjrzeć się z bliska wiernym wystrojonym - jak to w piątek.
Robimy zdjęcia i odjeżdżamy w kierunku Meknes Volubilis

Meknes. Jedno z "cesarskich miast". Zajeżdżamy pod najsłynniejszą bramę Bab el Mansur. O tej porze jest niestety zamknięta i w dodatku pogrążona w cieniu. Idziemy grupą pod grób Mulaja Ismaila - zamknięte. Po przeciwnej stronie placu próbujemy wejść do gratisowego muzeum - zamknięte. Hm :-( Spacer po medinie - suki w większości zamknięte - wszak piątek, dochodzimy do medresy Bou Inania. Trudno uwierzyć - otwarta! (10 DH) Przez wąski przedsionek wchodzimy na dziedziniec o ścianach ozdobionych stiukami i rzeźbionym drewnem. No, nieźle się ten Abou el Hassan narobił! Na pięterku kilkanaście małych cel, pardon, pokojów do nauki. Wychodzimy jeszcze wyżej i spacerując po dachu medresy podziwiamy panoramę Meknes z charakterystycznymi zielonymi meczetami. Wracamy na plac El Hedim. Pół godziny skwierczymy w południowym słońcu nie wiadomo po co. Wewnątrz, na dziedzińcu, lokalna telewizja przygotowuje program. Zaglądamy do jednej z sal - trochę dywanów i... opuszczamy muzeum. Dziwne ale prawdziwe. Meknes Bab el Mansur

Czas wolny. Na towarzyszkę spaceru wybieram Aśkę. Idziemy zaniedbanymi uliczkami przez dzielnice położone po zewnętrznej stronie murów mediny. Na straganach plastikowa tandeta, żelastwo, świecidełka. Tuż przy rynsztoku rozłożone w kupkach owoce opuncji i dynie, kawały mięsa wiszące nad ladą w pełnym słońcu. Przygnębiające. Już wolę ten turystyczny kicz z feskiej mediny. Wielokrotnie teraz i później zastanawiam się, dlaczego Arabowie żyją w takim brudzie, w takim otoczeniu, dlaczego nie chcą lub nie potrafią zadbać o siebie i sąsiedztwo. Łatwo odpowiedzieć - bieda i wynikający z niej marazm i poczucie beznadziei. Ale przecież wystarczy kubeł z wapnem, czy innym tanim barwikiem, wystarczy kosz na śmieci, wystarczy zwykła miotła. Dlaczego..? Ech...! Meknes: medina Przechodzimy przez miejską bramę i już jesteśmy w starszej (i czystszej) części mediny. Znajdujemy się zbyt daleko od centrum by spotkać jakiegoś turystę. Marokańczycy siedzą w kucki przy progu i patrzą się. Dochodzimy do jakiejś bardziej europejskiej ulicy, Aśka kupuje 2 filmy za 50 DH, później idziemy na internet. Jak fantastycznie wyglądają Arabki w swych tradycyjnych ubiorach przy klawiaturze... !

Wkraczamy ponownie do mediny i orientując się według słońca kierujemy się na Bab el Mansur. To znaczy staramy się kierować. Trafiamy na mur miejski, idziemy, idziemy... Marokańczycy wciąż pokazują kierunek - do przodu. Czasu do zbiórki już niewiele. Policjant - osoba bądź co bądź urzędowa, wskazuje wprost przeciwny kierunek. "Dwa kilometry" dodaje. Uprawianie biegów w ciepłych krajach to ulubiona rozrywka Aśki :-) W każdym razie podejrzewam, że chciała mnie wykończyć. Mijamy Ogrody królewskie, zabudowania pałacowe, grób Mulaja Idrisa... Mury ciągną się w nieskończoność... Muszę przyznać, że tak szybko nigdy nie zwiedzałem miasta. Pięć minut spóźnienia. Sorry.

Wieczorem, po kolacji wypad do miasta - w godzinnej przechadzce główną ulicą towarzyszy mi znów Aśka. Rzeczywiście życie nocne w Maroku kwitnie, widać nawet mniej skrępowane parki pozwalające sobie nawet na trzymanie się za ręce. Popularny jest bilard i automaty zręcznościowe. Męskie rozrywki... Uroku nocnemu spacerowi dodają ładnie oświetlone meczety. (rzecz jasna ten blask przygasał, gdy zbliżała się do nich Aśka ;-)


I jeszcze Meknes
Meknes: meczet Meczet
Suki Meknes: suki
Meknes: medina Medina
Meczet Meknes: meczet
Meknes: medresa Medresa
Meczet Meknes: meczet
Meknes: meczet Meczet
Przed wejściem do grobu Mulaja Ismaila Meknes: przed wejściem do grobu Mulaja Ismaila
Meknes: medina Medina
Medina Meknes: medina

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej