Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]


Urumczi - Turfan

niedziela, 31 VII 2005


Chińczycy budują autostrady |W 3-milionowej stolicy |Zwiedzam Emin Ta |Ruiny starożytnego Jiaohe


Droga do Urumczi

Nawet trochę pospałem w autobusie, nie powiem. Pewnie, że nie są to warunki podróży pociągiem na płackartnym choćby miejscu, ale sypialny autobus to i tak dobry wynalazek...
W nocy zatrzymaliśmy się raz na siusianie, zapoznałem się z kłującą pustynną roślinnością, szkoda, że nie porobiłem zdjęć... Tym razem wiedziałem, że dotrzemy na miejsce o 13.00, droga aż tak mi się nie dłużyła. Kupiłem sobie winogrona, Steve kupił wodę, poczęstowaliśmy się wzajemnie, było OK. Do Urumczi dojechaliśmy od strony Korli, towarzyszyły więc nam przez wiele godzin już znajome skaliste widoki. Muszę przyznać, iż rozmach prac drogowych jest tu imponujący, drogi są poszerzane, budowane są drugie nitki autostrad, nowe mosty i wiadukty czekają na połączenie z jezdnią... Aż zazdrość bierze, że w tym biednym ujgurskim kraju, gdzie czasem spotyka się tylko jedną ciężarówkę na godzinę tyle wydaje się na inwestycje. Żeby tak u nas było...! Droga do Turfanu

Urumczi jest ślicznie położone między górami. Nie są to, co prawda, polskie zielone Beskidy, ale i tak skalisty horyzont mi się podoba. O samym mieście - 3-milionowej stolicy prowincji niewiele mogę powiedzieć: po prostu olbrzymie, nowoczesne miasto z wieżowcami i zatłoczonymi ulicami. Niewiele ma zresztą do zaoferowania turyście - tutejsze muzeum, które od biedy mógłbym odwiedzić jest dziś zamknięte (niedziela).
Pożegnałem się ze Stevem na dworcu, i autobusem #915 podjechałem na dworzec kolejowy po bilet do Dunhuang na poniedziałek (18.15; hard sleeper). Wiem, że to dziwne, w Polsce kupiłbym bilet z Daheyan (stacja obok Turfanu) do Dunhuangu. Tu podobno nie da się kupić biletu od stacji innej niż miejsce zakupu. Później tym samym autobusem (to jest #915) podjeżdżam na dworzec autobusowy, by po chwili oczekiwania, pojechać do Turfanu (30Y). Gdyby nie to, że podobnych górskich widoków naoglądałem się wcześniej - zachwycałbym się teraz tą piękną autostradą poprowadzoną przez dzikie skaliste tereny. Najciekawsze miejsce po drodze to przełom nieznanej mi z nazwy rzeki wypływającej spod Bogda Feng (5445m npm), jutro to samo miejsce będę oglądać z okien pociągu, którego trasa wiedzie nie dnem doliny lecz wysoko po skałach...Turfan: Emin TaTurfan: Emin Ta

Hotel Jinhao w Turfanie usytuowany jest właściwie na dworcu. Zapłaciłem 25Y za miejsce w czteroosobowym dormie, w holu z trudem opędziłem się od naganiacza-kierowcy oferującego jednodniowe toury po okolicach. Udało mu się wytargować 40Y ode mnie za jutrzejszą wycieczkę.
Turfan: Emin Ta Pokoik mam z klimatyzacją, pusty w tym momencie, tylko plecak w kącie i gruby manual do Nikona D-70 świadczy o tym, że będę nocował z nadzianym turystą. Odszukałem prysznice (ciepła woda!), obmyłem się i ruszyłem zwiedzać miasto. Autobus #6 podwiózł mnie pod minaret Emin Ta pochodzący z 1777 roku, jak podpowiada przewodnik. Okolica jest pełna winnic, pomiędzy którymi skryte są gliniane domki. Na dachach wielu z nich znajdują się ażurowe ceglane konstrukcje służące jako klimatyzacja. Gorące powietrze ochładza się wewnątrz zacienionego pomieszczenia i spływa w dół, na parter, dostarczając miłego chłodku. Podobne rozwiązania zastosowano w licznych tu magazynach, w których przechowywane są zebrane winogrona. Z przyjemnością bym się położył w takiej winnicy pod krzaczkiem i poobjadał dojrzałymi winogronami, spieszyłem się jednak do minaretu.
Z obojętną miną minąłem napis "Entrance 30Y" i wspiąłem się po schodach prowadzących do meczetu. Minaret, ponoć w stylu afgańskim, o kształcie stożkowatej wieży pokryty jest ceglanymi ornamentami i jest tak wysoki (44 metry!), że trudno go ładnie skadrować. Chętni mogą go zwiedzić - za dodatkową opłatą - wchodząc na jego szczyt spiralnymi wewnętrznymi 72 schodami. Turfan: Jiaohe Ja skupiłem się na historycznie młodszym meczecie Króla Imina (Amin King Mosque), również glinianym. Wejście prowadzi przez skromnie ozdobioną bramę, wewnątrz labirynt ciemnych korytarzy drewniane belki podpierają strop. Pusto tu jakoś... Prócz kilku czerwonych dywanów jedynymi kolorowymi elementami były żółte czapeczki Koreańczyków zwiedzających świątynię. Zrobiłem jeszcze krótką sesję zdjęciową na wyższych kondygnacjach meczetu, by uwiecznić tutejsze panoramy.
Wróciłem - dla urozmaicenia - autobusem #102, który za jedyne 5 jiao zawiózł mnie na zachodni kraniec miasta. Tu szybko wynegocjowałem 5Y za podwiezienie mnie do Jiahoe Gucheng i już jechałem motorikszą do ruin starożytnego miasta. Turfan: Jiaohe

Gdy tylko ujrzałem - jeszcze z drogi - Jiaohe tak pięknie usytuowane na skalnej wyspie, wiedziałem, że będzie to równie wspaniałe miejsce jak Palmira, Volubilis, czy Petra. Pozostał tylko kwestia płacenia za wstęp (20Y) - i znów miałem szczęście, że przyjechałem o tak późnej porze, gdy ludzi mało a kasjerzy zmęczeni.
Miasto sprzed 23 wieków leży na skale, wysokiej na może 100 metrów, pomiędzy dwoma rzeczkami obmywającymi ją ze wszystkich stron. Na powierzchni skały rozciągają się zniszczone ulice i zabudowania. Tyle właściwie wiedziałem z internetu i to mnie pchało do Kotliny Turfańskiej (oprócz rekordowej depresji i rekordowych temperatur). Ale rozmiary miasta przeszły moje oczekiwania: to było dobre dwa kilometry spacerów w jedną stronę - aż po tzw. Pagodę i Wielką Świątynię. Oczywiście samo miasto zachowało się w kiepskim stanie, użyty budulec często nie pozwalał na odróżnienie, co zostało wykonane ludzką ręka a co jest dziełem natury. Pewną pomocą były chińskie tablice informacyjne. To, co było dla mnie najpiękniejsze, w tym miejscu, to blask zachodzącego słońca na resztkach ścian, głębokie cienie w zakamarkach i wspaniała panorama Bogda Szan na horyzoncie. Praktycznie pustki - spotkałem może 5 osób.
Turfan: Jiaohe Wróciłem motorikszą do hotelu, pokręciłem się po bazarze, najadłem się lodów po pół juana, kupiłem 3-kilogramowego arbuza za kolejnego juana i zacząłem czekać na mojego współspacza z pokoju. Właścicielem Nikona okazał się Robert, obywatel brytyjski z matki Hiszpanki i ojca Taja. Zapalony fotograf z 40 GB bankiem na zdjęcia. A przy okazji wykładowca literatury angielskiej na Tajwanie. Zabawny facet, musiałem mu ze szczegółami opowiadać, na czym polega moja praca.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej