Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Tbilisi-Telawi-Tsinandali-Szuamta-Ikhalto-Alaverdi

piątek, 8 IV 2011


Nocny lot | Świt na Ortaczali | Marszrutką do Telawi | Nasza kwartira | W zamku Irakla Drugiego | Mam ochote na czurczchele | Z wizytą u Czawczanadze | Przez bajkowy las do Szuamty |Tu, gdzie nauczał Arsen Ikhaltoeli... |Chrzciny w Alawerdi | Gruzińskie wino


Siedzę teraz na pokładzie Embroidera 744. Za oknem noc, niebo czarne jak smoła, tylko w dole powoli przemieszczają kolorowe punkciki. Zbliżamy się do Tbilisi zataczając krąg. Żółte światła latarń ustawionych wzdłuż ulic błyszczą i drgają niczym kropelki rosy na pajęczynie o świcie. Krótki lot dobiega końca: nieco ponad trzy godziny i już znajdujemy się w innym świecie. Mamy osiem pełnych dni na poznanie tego kaukaskiego kraju. To mało, wiem. I może nie najlepsza pora na tramping. Ale kilka dni zaległego urlopu i okazyjne bilety w promocji LOT-u zachęciły mnie do wyrwania się z Krakowa. Liczyłem na prawdziwą wiosnę w Gruzji, polskie majowe temperatury. Z prognozy pogody wynika jednak, że czeka nas okres chłodów. Mam ze sobą świeżo uprany śpiwór puchowy, nie boję się mrozów!

Lądujemy. Na lotnisku widzę pracowników wyładowujących bagaże, są wśród nich, zapakowane w niebieskie worki foliowe, nasze plecaki. Pani z kontroli paszportowej ogląda moje wizy po kilka razy i przygląda mi się uważnie. Ja jej też!

Para studencka, z którą przed odlotem pogadałem w Warszawie, wypłaca pieniądze w bankomacie, my wymieniamy dolary w kantorze. Za 100 dolarów dostajemy 166.5 lari. Liczyłem, że razem z tą dwójką weźmiemy ewentualnie taksówkę, ale znikają bez śladu. Nie, to nie. Dworzec kolejowy vis-a-vis portu lotniczego zamknięty jest na cztery spusty. Jest oczywiście naganiacz, łazi za nami od chwili i proponuje taksówkę. Ostatecznie ulegamy i za 15 lari jedziemy na dworzec Ortachala. Stąd chcemy pojechać do Telawi.

Jest 4:30, marszrutki jeszcze nie jeżdżą. Pierwsza będzie ponoć o 7:00, a może o 8:00, krążą różne wersje. Jest zimno, chcemy posiedzieć w hotelowym holu naprzeciw dworca. Poznajemy tam ochroniarza, z którym pędzamy najbliższą godzinę. Gruzin opowiada nam o sobie, swojej rodzinie, życiu w kraju. Narzeka na niskie zarobki, psioczy na system promujący służby mundurowe. Wyciągamy z plecaka kartki ze znalezionymi w sieci słówkami i zwrotami gruzińskimi, uczymy się prawidłowej wymowy. Jak się później okaże, będę miał problem z prawidłowym wymawianiem gardłowych głosek. Nie szkodzi, wystarczy mi zapamięta gamardżabat i madlobt. Chiny przeżyłem znając tylko ni hao i xie xie, więc i tu sobie poradzę.

Świta. Żegnamy się z sympatycznym Gruzinem. Kręcimy się po dworcu. Kilkadziesiąt autokarów czeka na pasażerów na dolnej płycie dworca, by ich zawieźć do Erewania, Baku, Trabzonu lub jeszcze dalej do Stambułu... Oglądamy przez okna wystawowe towary w kioskach. Ceny różne, na ogół niższe od polskich. Tylko ta globalizacja! Widać te same marki, loga, opakowania co w Polsce i w innych krajach europejskich: od fanty i marlboro po kinder-niespodziankę. Przypomina mi się Maroko z colgatem i vizirem... Na każdym kroku pełno wódki i wina. Ceny zachęcające ;-) Mam nadzieję popróbować gruzińskich trunków. O siódmej zaczyna się ruch. Kupujemy w bufecie herbatę i kawę i pijemy naprędce, bo właśnie podjechała marszrutka i trzeba kupić bilety (7 GEL). Marszrutki to podstawa transportu w tym kraju. Jeżdżą często, docierają prawie wszędzie i, co najważniejsze, są względnie tanie. Jedyny problem to odczytywanie gruzińskich"makaronów" na tabliczkach z nazwą miejscowości. Ja znam kilka liter, Aga resztę. Poradzimy sobie ;-)

Z Tbilisi wyjeżdżamy trasą ku lotnisku, potem kierujemy się na północny wschód ku stolicy Kachetii. Niestety, nie będziemy zachwycać się zielonymi winnicami uginającymi się pod ciężarem dojrzałych kiści. Nie będzie więc powtórki z Sycylii i Chin... Nie szkodzi, wino jest dostępne przez cały rok ;-) Na olbrzymich połaciach Kachetii stoją równe rządki krzaków winorośli. Są jeszcze nagie, bez liści. Niektóre mają sporo lat, ich poskręcane konary zostały zimą podcięte. Tylko patrzeć, jak wypuszczą zielone pędy! W przydomowych ogródkach krzątają się starsi mieszkańcy. Kobiety pracowicie spulchniają glebę motyczkami, mężczyźni poprawiają druty w winnicach. A skoro już mowa o gospodarstwach, to wszędzie widać biedę i zaniedbania. Aż smutek serce ściska. Domy gruzińskie są najczęściej nieotynkowane, o ocieplaniu nikt tu jeszcze nie słyszał, a przecież zimy tu mroźne i długie. Mury domostw są kamienne, nierówne, popękane jak po trzęsieniu ziemi. Uroku nie dodają porozrzucane po podwórku zbędne rzeczy, fragmenty popsutych maszyn, rozlatujące się przybudówki i szopy. No i sterty śmieci - tak widocznych po ustąpieniu zimy na szaroburej ziemi. Trafiliśmy akurat na okres po wiosennych roztopach, brzegi rzek i strumieni upstrzone są odpadkami, na krzakach powiewają kolorowe worki foliowe.
- Przydałaby im się akcja "Sprzątanie Świata" - mówi Aga.

Mijamy kolejne wioski usiłując przeliterować ich nazwy. Niestety, tablice informacyjne są rzadkie a dodatkowo z tylnych miejsc busa niewiele widać przez przednią szybę. Wiemy tylko, że pojedziemy dwie i pół godziny. Krajobraz staje się bardziej górzysty, w oddali nieśmiało odkrywają się pokryte śniegiem szczyty. Jeszcze jeden stromy podjazd i jesteśmy w Telawi. Odnajdujemy kierunek ku twierdzy i po drodze wstępujemy do placówki Geocell - gruzińskiego operatora telefonii komórkowej. Tu kupujemy kartę SIM i impulsy (w sumie za 6 GEL). Zmieniamy również taryfę na bardziej korzystną - płacić będziemy 13 tetri za minutę. Mamy nadzieję, że komórka przyda się przy organizowaniu noclegów. Przy okazji pytam panią z Geocell o nocleg z Lonely Planet za 20 GEL. Wie, gdzie to jest, ale po lekkiej sugestii z mojej strony, wyszukuje nocleg u swojej znajomej. Wsadza nas do taksówki (płaci za nią już nasza gospodyni) i jedziemy niecały kilometr. Wąska uliczka, przy której znajduje się nasze lokum, musi uroczo wyglądać latem, kiedy przydomowe winnice tworzą zielone baldachimy nad chodnikiem. Ale i teraz jest na co popatrzeć: na ceglane domy skryte między cyprysami, na przepiękne ażurowe podcienia rzeźbione w drewnie, na ozdobne kraty w oknach i furtach...

50-letnia gospodyni przyjmuje nas ciepło i gościnnie. Od razu częstuje nas kawą i pyta, skąd i na ile przyjechaliśmy. Podkreśla, że przyjeżdżają do niej turyści "iz wsiech stran", i Japończycy i Polacy. Daje nam do wyboru jeden z kilku pokojów. Wszędzie stare, tapicerowane meble z rzeźbionymi ozdobami, dywany i wzorzyste tapety. W przedpokoju biblioteczka z rosyjską klasyką, łazienka wykafelkowana, ciepła woda będzie wieczorem. Pani oferuje kolację z winem przy kominku i śniadanie. Aga ma miękkie serce, więc decydujemy się na gruzińskie śniadanie (5 GEL). To, oczywiście, nie koniec propozycji naszej chaziajki, może nam zamówić taksówkę, która za jedyne 40 lari obwiezie nas po czterech okolicznych atrakcjach. Przedstawia swoją ofertę w miarę delikatnie, nie nachalnie, ale jest konsekwentna w dbaniu o swe interesy. Na razie idziemy do zbudowanego w siedemnastym wieku zamku Batonisciche. Muzeum tam znajdujące się jest zamykane, o 17:00, więc nie zdążylibyśmy go zwiedzić po powrocie z objazdówki.

Przed murami zamku, na trawiastym cyplu dumnie wznosi miecz jeździec na koniu. To pomnik króla Erekla II, władcy Kachetii i Kartli. Przechodzimy przez bramę z ozdobną kratą i naszym oczom ukazuje się pałac zbudowany w perskim stylu. Po wnętrzach oprowadza nas starsza przewodniczka.
- Tu mieszkał Iraklij II, tu się urodził; oto jego łoże, tu jego portret - opowiada wskazując eksponaty.
Ciemnymi korytarzami przechodzimy do sali tronowej. Jest bardzo ascetyczna, gdzie jej tam do
teherańskiego pałacu Golestan, ułanbatorskiego pałacu Bogdo Gegena, sal tronowych radżasthańskich maharadżów, czy choćby sali tronowej cesarzy w Zakazanym Mieście? Nie mówiąc już o pełnym przepychu brukselskim pałacu Baudouina...

W sąsiednim budynku znajduje się ekspozycja ukazująca archeologiczne dzieje i historię Kachetii a także skromne zbiory etnograficzne. Uwagę zwraca gliniany sarkofag przypominający olbrzymi kokon. W otwartych średniowiecznych księgach ozdobionych miniaturami wiją się gruzińskie makaroniki... Legenda mówi, że mieszkańcy Kartli pozzazdościli Ormianom pisma i w tym celu udali się do mądrego mnicha, Mesropa Masztoca z prośbą, by ten wymyślił dla nich alfabet. Pechowo zastali go w porze obiadowej. Mnich, zezłoszczony przerwaniem posiłku rzucił miską, a przylepione do ściany kluseczki utworzyły gruziński alfabet...
Zaglądamy jeszcze do galerii malarstwa gruzińskiego. Podobnie jak w muzeum, obserwujemy przerost zatrudnienia - panie plotkują i nudzą się; praktycznie nikt nie zwiedza obiektów. A obrazy? Kilka bardziej barwnych rzuciło mi się w oczy, ale poza tym nic szczególnego.

Wracamy do naszego"domu" kolejny raz zastanawiając się, jak można tak zeszpecić miasto budując na wzgórzu kilkunastopiętrowy budynek? Niedokończony hotel przypomina mi krakowski"Szkieletor" - pewnie i tu zabrakło funduszy. Ozdobiony antenami satelitarnymi budynek widoczny jest z każdego punktu miasta. Gospodyni oferuje nam objazd taksówką po czterech miejscach w okolicy Telawi.
- Zobaczycie Akademię Ichalto, Szuamtę, Alawerdi i muzeum w Cinandali. I to wszystko za jedyne 40 lari - zachęca.
- No, ale rozmawialiśmy z taksówkarzami i za tę trasę chcą 30 lari - zmyślam.

Kobieta dzwoni. Zgadzamy się na 35 GEL. Jest rzeczą pewną, że nie zdążylibyśmy marszrutką i stopem objechać tych wszystkich miejsc dziś popołudniu...

Taksówka to czarna wołga, zeszłowieczna. Przednia szyba popękana, wnętrze zdezelowane.
- Pojedem wpierwyje na bazar, my choczem pofotografirowat’ nemnożka - instruuję kierowcę. Spodziewam się bowiem, że wieczorem, gdy będziemy wracać do miasta, nikt nie będzie już tam handlować.

Bazar, położony przy skrzyżowaniu głównych ulic, jest częściowo zadaszony. Z przyjemnością przeciskamy się między długimi stołami i stoiskami uginającymi się od różnorodnych produktow. Czegóż tu nie ma! Owoce, warzywa, wielkie krążki sera, ważące czasem po kilkanaście kilogramów. Naszą uwagę przyciągają dziwne"kabanosy" zwisające na sznurkach.
- To jakieś podroby? Jelita baranie czymś wypchane? - zastanawiam się ze skrzywioną miną. Bez względu na to, co jest, trzeba to sfotografować! Później poznamy nazwę tego przysmaku: czurczchele i dowiemy się, jak się go przyrządza. Dużo tu ryb, od wędzonych szprotek, po metrowe okazy dumnie prezentowane przez sprzedawców. Jest i wieprzowina, a jakże: wielkie płaty tłustego mięsa zwisają z haków sprzedawcy zachęcają do kupna wystawiając do obiektywu swe złote zęby. Dla chętnych są świńskie nóżki, ale mi najbardziej podobają się poobcinane łby wieprzów. Zabawnie się uśmiechają ;-) Są też grzyby ale jakieś dziwne, bo bez nóżek...
Kręcimy się przez 20 minut. Inspekcja miejscowego rynku wypada pozytywnie: zaopatrzenie jest niezłe ;-)

Jedziemy teraz do Cinandali. Dokładniej: przejeżdżamy 200 metrów, gdy pod maską coś zgrzyta i... stajemy. Gruzin wie, co dolega jego maszynie, dokręca coś tam, reguluje. W porządku, jedziemy dalej. Ostrożnie, czterdziestką ;-) Dojeżdżamy pod bramę majątku rodu Czawczawadze. W subtropikalnym ogrodzie z kępami bambusów, jukami, palmami i miłorzębami znajduje się XVIII-wieczny pałac, w którym kiedyś mieszkał książę Aleksander, pasierb Katarzyny Wielkiej. Oprowadzać nas będzie Gruzinka. Mówi po rosyjsku niewyraźnie, łapię piąte przez dziesiąte. Nie szkodzi: wszystko, co trzeba - widzę. Jadalnię z piękną zastawą i eleganckie meblami, salonik z pianinem, sypialnie i inne pomieszczenia. No, pięknie. Historia rodu Czawczanadze, (ten sam, którego imieniem nazwano jeden z kanałów w Petersburgu) obejmująca kilka pokoleń kończy się na współczesnych potomkach aktywnych dziś w polityce. Jest może interesująca dla Gruzinów, ale nas nie fascynuje. Ciekawsza dla zwykłego turysty będzie wizyta w tutejszych piwnicach, gdzie od kilkuset lat przechowywane jest wino. Oglądamy więc tysiące butelek ułożonych w stosy we wnękach, zastanawiam się tylko nad jednym: dlaczego są one puste?! Lokalne wino można tu próbować, można też nabyć kilka butelek. Jednak lampka wina za kilka lari nas nie interesuje. Obiecujemy sobie wieczorną libację w naszej kwartirze.

Czas na Dzweli i Achali Szuamtę. To dwa interesujące miejsca położone blisko siebie przy drodze na zachód od Telawi. Przejeżdżamy znów przez miasto i skręcamy w leśną drogę. Ależ ten las jest piękny! Pnie drzew poskręcane, pogięte, na tle zeszłorocznych opadłych liści wyglądają baśniowo, jak z opowieści o Strasznym Lesie. Zatrzymujemy się pod murem otaczającym średniowieczne kościółki. To Dzweli Szuamta czyli stara Szuamta. Najstarszy z trzech kościołów liczy sobie, bagatela! 1600 lat. No cóż, nie można zapominać, że chrześcijaństwo do Gruzji dotarło znacznie wcześniej niż do nas. Jeśli dobrze pamiętam Gruzja przyjęła chrzest w 320 roku, w kilka lat po chrzcie sąsiedniej Armenii... Zachęceni przez kierowcę kupujemy kilka cieniutkich świeczek od babuszek tkwiących pod murem, i idziemy przez ukwieconą kaczeńcami łąkę. Pierwszy z kościołów to wspomniana już świątynia z V wieku naszej ery. Trójnawowa bazylika z białego wapienia przykryta jest pomarańczową dachówką. Po przejściu kruchty znajdujemy się w mrocznej nawie oddzielonej od naw bocznych kolumnami o prostych kapitelach i bazach. Całe otynkowane wnętrze pozbawione jest zresztą jakichś ozdób zaś całe wyposażenie kościółka sprowadza się do kilku stojaków na świeczki, skarbonki i obrazków świętych położonych - zapewne z powodu braku gwoździ - na podłodze pod ścianą. Wrażenie opuszczenia potęgują czarne pasy kopcia na ścianach w prezbiterium. Sąsiedni, młodszy o 150 lat, kościółek to dopiero maleństwo! Lonely Planet poucza, że zbudowany został na planie kościółka Świętego Krzyża (Dźwari) koło Mcchety. Wierzę, ale sprawdzę ;-).

Kolejny przystanek to Nowa Szuamta. Kościół jest "całkiem" nowy, bo z szesnastego wieku. Na ceglanym frontonie wgłębienie w kształcie wielkiego krzyża. Kobiety w spodniach są tu niemile widziane, na szczęście, przed murem otaczającym klasztor jest tu samoobsługowa przebieralnia. Aga zakłada spódnicę z grubego brązowego materiału. Jak się za chwilę okaże - niepotrzebnie, bo wewnątrz żywego ducha (oprócz świętego ducha, ofkorz), nawet kościół zamknięty na cztery spusty. A my jakoś nie mamy ochoty szukać zakonnicy, by nam udostępniła wnętrze. W drodze do taksówki Aga, jak zwykle, zaprzyjaźnia się z psami. Gdyby wzięła do Polski wszystkich nowych czteronogich przyjaciół, miałaby niezły zwierzyniec!

Czas teraz na coś szczególnego: Ikhalto - jedną z dwóch sławnych średniowiecznych gruzińskich akademii. Drugą, tę w Gelati, zobaczymy za kilka dni. Na podjeździe do monastyru taksówka po raz kolejny rzęzi, krztusi się i staje. Jakaś część wymaga sklejenia. Zostawiam kierowcy taśmę do pakowania, na pewno sobie poradzi. My idziemy zwiedzać monastyr. Brama do niego prowadząca jest zamknięta, musimy poszukać innej drogi. Wybieramy dróżkę w prawo, prowadzi wzdłuż muru. Mijamy gruziński cmentarz z charakterystycznymi "kojcami": groby otoczone są niskimi płotkami. Gdyby jeszcze bliscy dbali o groby zmarłych krewnych, to takie "kojce" mogłyby mi się podobać. Ale pordzewiałe, powywracane płotki - zwyczajnie straszą. Ścieżką przez chaszcze zawracamy ku widocznej wśród drzew wieży kościoła. Co kilka kroków trafiamy na zapomniane kamienne krzyże z gruzińskimi inskrypcjami. W końcu dochodzimy do wyrwy w murze. Przed nami monastyr.
Dziś nic już nie pozostało ze świątyni zbudowanej tu w VI wieku n.e. przez Zenona, jednego z trzynastu ojców syryjskich. Tu, gdzie spoczęły jego doczesne szczątki, ćwierć wieku później wybudowano stojący przed nami kościół Przemienienia Pańskiego (Transfiguracji). Kościół wewnątrz prezentuje się ascetycznie, nagie ściany pokryte są nierówno tynkiem. Na słupach dźwigających dobudowaną w XIX wieku wieżę wiszą obrazy ze świętymi. Wśród nich - jakże by mogło go zabraknąć! - święty Jerzy, patron Gruzji. Na skromny ikonostas składają się tylko cztery ikony, nawa jest tak wąska, że na drzwi diakońskie zabrakło miejsca. Pośrodku - trzy pulpity dla diakona. Wychodzimy.

W ogrodzie monastyru ustawiono rząd wielkich dzbanów na wino. Wyglądają naprawdę malowniczo. Spędzamy tu dłuższą chwilę. Ja fotografuję płyty nagrobne, Aga zabawia się z kotem. Pod murem odnajdujemy zakopane w ziemi dzbany, najwyraźniej w ten sposób przechowywano w Gruzji wino. Miło jest pospacerować wśród cyprysów, tak jak czterysta lat temu chadzał tu ze swymi uczniami Arsen Ikaltoeli propagując neoplatońskie idee. Znajdują się tu jeszcze dwie inne świątynie: kościół pod wezwaniem św. Trójcy i kościół św. Marii, rzucamy na nie tylko okiem - są zamknięte. W rogu dziedzińca zniszczony budynek akademii. W sumie - ciekawe miejsce.

Ostatni punkt programu to tysiącletnia katedra w Alawerdi - chyba najładniejszy zabytek sakralny w Kachetii. Już z daleka widzimy rozłożone w szerokiej dolinie zabudowania klasztoru otoczone podwójnym kamiennym murem. Pośrodku góruje olbrzymia katedra z pięćdziesięciometrową wieżą oplecioną koronką rusztowań. Wybudowany przez Kwirika Kachetyjskiego monastyr stanowi dumę mieszkańców tej prowincji. Sąsiedni, siedemnastowieczny budynek klasztorny wzmocniony jest po zewnętrznej stronie potężnymi okrągłymi przyporami, które nadają mu charakterystyczny i niepowtarzalny wygląd. Przechodzimy przez bramę.
Przed nami szara bryła katedry na lewo zabudowania klasztorne z ładnym ganeczkiem, odgrodzone płotem. Wchodzimy do kościoła przez skromnie ozdobiony portal i oto znajdujemy się w tonących w mroku wnętrzach. Wysokie sklepienie, brak ławekskromny ikonostas, na który składają się zaledwie cztery obrazy i troje drzwi, kilka stojaków na świeczki - to wszystko sprawia, że katedra poraża ogromem i surowością. Emanuje z niej chłód i dostojność. Malowidła na ścianach są bardzo zniszczone, sceny i postacie prawie nierozpoznawalne.
Oglądamy kilka płyt pamiątkowych na ścianach i w posadzce, zaglądamy do bocznej kaplicy przy prezbietrium. Tu trwa uroczystość chrztu świętego. Sakrament przyjmuje dwoje dzieci, gości w pomieszczeniu jest pełno, ledwo mogę wcisnąć głowę do ciemnego wnętrza.

Wracamy do Telawi. Aga, zmęczona po nocnym locie i pełnym wrażeń dniu, przysypia, ja oglądam górskie krajobrazy Tuszetii. Ech, ależ bym chciał pochodzić potych ośnieżonych szczytach! Rozliczamy się z kierowcą, wysiadamy w centrum, by zrobić zakupy. Aga chce skosztować miejscowych wyrobów, kupujemy cieplutkie placki z ziemniakami. Bierzemy jeszcze butelkę wina i wracamy do domu.
- Chwileczkę! A korkociąg? - rzucam przytomnie.
Wstępujemy do sklepu "ze wszystkim" i przy pomocy gestów wyjaśniam sprzedawczyni, czego potrzebujemy. Niestety, zapomniałem słówka po rosyjsku.
- Aaaa! Sztopor? Wy chotite sztopor? - uśmiecha się Gruzinka.
Ja też się uśmiecham w myśli. Przypomina mi sie moja pierwsza "zagranica" - kolonia letnia w NRD. 14-letnie dziecię, zamiast kupić sobie za ostatnie marki jakąś zabawkę lub czekoladę, stało przed wystawą sklepu papierniczego w Rostocku i wpatrywało się w suwak logarytmiczny jak sroka w kość. O, jakże ja chciałem go mieć :) Długo i bezskutecznie pokazywałem na migi sprzedawczyni ruch suwaka, w końcu zaciągnąłem ja przed sklep i pokazałem go palcem. Wracałem do domu dumny ze swego zakupu.

Zaopatrzywszy się w korkociąg idziemy do naszego guest house'u. Pokój jest chłodny, woda w termie dopiero się grzeje, mamy jednak ciepłe śpiwory i gruzińskie wino. Nie jest najgorzej ;-)

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej