Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Tbilisi-Rustawi-David Garedża

czwartek, 14 IV 2011


Szukamy taksówki | Bierzemy wojsko podstępem | Dalsze nie pojediem | Bieg przez góry | Kościółek wykuty w skałach | Gruzin tapla się śnieżnej brei | Zabawy w błocie | Incydent międzynarodowy ;-) | Łaźnia Siarkowa, Łaźnia Mineralna | Twierdza Narikala | Po drugiej stronie Kury | Monumentalna Cminda Sameba | Chinkali, synagoga i nocne Tbilisi


Dziś mamy w planach wizytę w monastyrach Dawid Garedża. To kompleks kilkunastu klasztorów wykutych w skałach i rozrzuconych na zboczach wąwozów tuż przy granicy azerskiej. Zgodnie z instrukcją naszej gospodyni, wsiadamy do marszrutki 150 (przystanek przed domem) i jedziemy na Ortaczalę. Tu jednak o busach do David Garedży nie słyszano. Kierowcy marszrutek kierują nas na rondo kilkaset metrów wcześniej, gdzie mają przejeżdżać marszrutki do Rustawi i Gardabani. Transferujemy się na rondo a tam uprzejmy Gruzin podpowiada nam, że najlepiej dostać się do Rustawi i tam wziąć taksówkę. Bez przekonania ładujemy się do właśnie nadjeżdżającej marszrutki. Kierowca, poinstruowany przez Gruzina, zaczepia w Rustawi kilku taksówkarzy i wypytuje o kurs do Dawid Garedży. Jakoś żaden z nich się nie kwapi, ponoć w nocy spadł śnieg i "doroga isportiłas". Podejmujemy decyzję o podjechaniu do Gardabani - może stamtąd będzie łatwiej i taniej. Taksówkarze są. I to z fantazją - pierwszy chce 100 GEL za przejazd. Spławiam go. Mogę pojechać za 40 lari. Po chwili znajduje się chętny.
- Damy radę? - dopytuję.

Taksówka to zdezelowany model Ł-6 z 1986 roku, sowietskaja maszyna. Szyba przednia popękana, boczne szyby zaczopowane przy pomocy drewnianych klinów. Przerdzewiała podłoga już mnie nie dziwi. Kierowca podjeżdża do znajomego i bierze kilka litrów mętnego paliwa w plastikowych butelkach po oleju słonecznikowym lub winie. Z zapalonym petem w zębach sprawdza patykiem poziom benzyny w baku i dolewa paliwo.

Jedziemy początkowo asfaltem wpadając od czasu do czasu na stada wychudzonych krów przechodzących przez jezdnię. Przy drodze spotykamy też kamienne wieże, jednak szybka jazda nie pozwala mi na wykonanie porządnego zdjęcia. Skręcamy w stronę gór, na szczycie jednej z nich znajdują się budynki z instalacjami wojskowymi. Po stu metrach drogi gruntowej zatrzymują nas żołnierze z lotnego posterunku. Rozmowa toczy się po gruzińsku, ale domyślam się, że nie możemy dalej jechać. Kierowca coś tam mruczy do siebie, ale nie odpuszcza. Wracamy na główną drogę i za kolejnym zakrętem, z którego już nie widać żołnierzy, znów skręcamy w tym samym kierunku omijając posterunek. Wspinamy się coraz wyżej po rozmiękłej ziemi, dolina zwęża się i wyprowadza na rozległy płaskowyż. Po prawej stronie teren wojskowego poligonu, tuż obok drogi - stanowiska strzeleckie i przygotowane tarcze. Jedziemy dalej.

Wokół - jak okiem sięgnąć - przyprószone śniegiem góry, aż po horyzont. Jest po prostu pięknie! To zupełne pustkowie, zero drzew, zero domów. Nad nami ciężkie, bure chmury, na szczęście nie pada. Tylko silny wiatr wdziera się przez nieszczelne okna. Droga prowadzi to w górę to w dół, niekiedy się rozwidla lub krzyżuje. Przypomina mi się mongolski step - pofałdowany teren z plątaniną dróg. Na zeszłorocznej trawie leży świeży śnieg, taksówką zarzuca co chwilę. Choć kierowca stara się uniknąć głębszych kałuż i większego błota, kilka razy grzęźniemy a koła buksują w miejscu. Zaczynam się niepokoić, czy dojedziemy. Po lewej stronie znajduje się głęboka dolina z kamienną osadą. Jest w odległości dziesięciu może kilometrów, więc nie widać szczegółów w tej zimowej scenerii. Wieża na skalistym cyplu podskakuje w teleobiektywie tak, że nie mogę jej uchwycić.

Teraz jedziemy już po śniegu. Kierowca najwyraźniej jest zaskoczony warunkami na trasie. Z trudem przejeżdżamy przez lodowatą breję na skrzyżowaniu traktów, próbujemy jeszcze wjechać na kolejne wzniesienie i... stajemy.
- Nie pojedziemy dalej. Nie da rady - mężczyzna zapala papierosa. Za oknem zacina śnieg
- Jak daleko stąd do Dawid Garedża?
- Sześć kilometrów.
Hm. Nie wiem, czy to prawda, czy nie. Może to już za wzniesieniem a może rzeczywiście ponad godzina na piechotę? Na drodze śnieg bez śladów opon i butów. Na pewno łatwa wędrówka by to nie była.
- Można iść do innego monastyru - taksówkarz wskazuje kierunek - Kilometr, w godzinę, można obrócić.
Chcę iść! Mimo błota, mrozu i szalejącej wichury. Aga uznaje, że nie da rady. Zostaje w taksówce. Biorę tylko aparat i ruszam.

Wiatr z całą siłą dmucha we mnie i, mimo że droga prowadzi w dół, wydaje mi się, że stoję w miejscu. Pochylam się i zaczynam biec. Dobrze wiem, że do monastyru jest dużo dalej niż mówił kierowca, może dwa kilometry w jedną stronę. I, że jeśli się nie pospieszę, to zamarzną w taksówce. Ślizgam się na błotnistej nawierzchni, wciąż wpadam w śnieżno-błotną breję, ale uparcie biegnę. Wiatr świszczy, targa kapturem. Dołączam do szerszej drogi schodzącej z przełęczy. Na wprost mnie, u wylotu doliny widzę budynki gospodarcze, po prawej mam długi garb skalny oddzielający dolinę od sąsiedniej. A na końcu owego garbu - skalne miasto z kamienną wieżą. Wicher ani trochę nie ustaje, widzę, jak porywa w powietrze wodę ze strumyka przepływającego w poprzek traktu. Skręcam w prawo, mijam żółtą tabliczkę z nazwą monastyru. Później dowiem się ze zdjęcia, gdzie byłem ;-) Przystaję na moment i odgarniam kaptur z głowy. Teraz dopiero jestem w stanie lepiej przyjrzeć się temu miejscu. Przypomina Wardzię w miniaturze: podziurawione grotami zbocze, kilka budynków wolno stojących lub przyrośniętych do skał. A na wysokiej skale - wspomniana już wieża. Ostatnie kilkaset metrów to udręka. Błoto po kostki, gdzieniegdzie płaty śniegu. Przed monastyrem stoją dwa wypasione dżipy z napędem na cztery koła.
- Turyści! - myślę sobie - czyli nie tylko mi się chciało tu dotrzeć.
Na śniegu sporo śladów, ale nikogo nie dostrzegam. Mijam kamienną strażnicę, kamienną bramę. Przede mną niewielki placyk, tu ślady butów znikają. Penetruję wykute w zboczu groty służące za cele dla mnichów. Niektóre są puste lub porozrzucanymi współczesnymi rzeczami: jakieś taczki, dachówki, wyrka.

Przez skalną szczelinę przechodzę na wąską, półkę. Dalej trzeba przejść po oblodzonej desce wiszącej nad pionowym urwiskiem. Otwór w skale, który znajduje się po drugiej stronie, okazuje się tunelem biegnącym ukośnie w górę. Ciekawość pcha mnie dalej, wspinam się po pokrytych pyłem schodach wykutych w piaskowcu. Wychodzę na światło dzienne i czuję, że natychmiast muszę się czegoś przytrzymać, by wiatr nie zdmuchnął mnie ze skały. Chwytam się kamiennego muru wieży, przy której się znalazłem. Ostrożnie obchodzę ją wokół, lecz ku mojemu zdumieniu nie odnajduję do niej wejścia na poziomie gruntu. Może otwór jest gdzieś wyżej, lecz nie mogę odsunąć się od muru, ze względu na urwisko. Teraz, gdy piszę tę relację, przychodzi mi do głowy, że wejście mogło być podziemne, kto wie?

Przede mną przepiękna kraina - przyprószone śniegiem góry aż po widnokrąg, w dolinie para koni skubiących mizerną trawę. Słonko na chwilę wyjrzało spomiędzy szybko płynących chmur i zalało dolinę jasnym światłem. Oj, jakże cudne miejsce wybrali mnisi dla siebie! Zawsze przy takich okazjach przypominam sobie pięknie położone klasztory: zawieszone na skałach jak w Meteorach, zagubione gdzieś we mgle jak na Wyspach Sołowieckich, rozpostarte w szerokim stepie jak w Karakorum, z himalajskimi krajobrazami w tle jak te w Dardżylingu lub McLeod Ganj. Ależ ja lubię te obrazki...

Wracam na taras. Stąd można się przedostać do kilku pomieszczeń: wewnątrz są prycze, przy nich buty górskie i sprzęt turystyczny, Może to mnisi udostępniają to miejsce dla turystów, a może sami tu śpią? Schodzę na placyk poniżej tarasu. Już, już mam wracać do taksówki, gdy dostrzegłem niewielkie metalowe drzwi ozdobione krzyżem. Wewnątrz półmrok, ale zachęcony głosami pieśni wstępuję dalej. Kilka kroków przez ciemny korytarz i oto znajduję się w kościele wykutym w skale. Grupa kilkunastu mnichów modli się wspólnie. Pop, skryty za ikonostasem, śpiewa psalmy na zmianę z innym mnichem stojącym w nawie. Stoję cichutko pod ścianą. Wsłuchuję się w głos modlitwy. Światło wpada przez małe okienko i wzmocnione blaskiem świec wyłania z mroku kolorowe malowidła na ścianach i sklepieniu. Ciepło tu i nastrojowo. Słucham jeszcze przez parę minut modlitw i z ociąganiem wychodzę.

Czas nagli. Zarzucam kaptur na głowę, aparat chowam za pazuchę i ruszam. W kontrolowanym poślizgu zjeżdżam po rozmokłej ziemi. Biegnę z rozłożonymi dla równowagi ramionami. Wiatr popycha mnie tym razem do przodu, lecz wcale nie ułatwia to przemieszczania się. Mimo to biegnę oglądając się od czasu do czasu za siebie. Mijam stado krów, które, nie wiadomo jak, wypełzło z sąsiedniej doliny. Pod górę nieco zwalniam, widzę już taksówkę. Oni też mnie zobaczyli, bo kierowca zapuścił silnik i zawraca. Ściągam pożyczone od Agi rękawiczki i wskakuję do samochodu. Uff! Godzina i dziesięć minut...

Podekscytowany ostatnimi przeżyciami chcę opowiedzieć Adze, co widziałem, ale chwilowo musimy skupić się na wydobywaniu taksówki ze śnieżnej brei. Kierowca, zamiast objechać nieckę na skrzyżowaniu dróg, wjechał prosto, w sam środek. Szarpie teraz maszyną w przód i w tył, błoto zalewa wszystkie szyby i... nic. Uchyla drzwi, by ocenić sytuację - woda do wysokości progu. Klnie i podejmuje kolejne próby, co powoduje, że zagłębiamy się coraz bardziej. Na razie nie czuję niepokoju, ale sytuacja się przedłuża. W oddali dostrzegamy wóz policyjny, kołysze się na wertepach i powoli zmierza w naszym kierunku. Kierowca staje na progu, by ich przywołać, mroźny wiatr znów wpada do środka. Policjanci podjeżdżają do nas, lecz sami boją się ugrzęznąć. Taksówkarz podwija nogawki, zaciska zęby i wychodzi z samochodu. Brr! Wygrzebuje z bagażnika kilka metrów grubego sznurka i łączy zderzaki samochodów. Moje przypuszczenia, że powróz zaraz się urwie, spełniają się. Zabawa zaczyna się od nowa. Tym razem ruchy obu pojazdów są bardziej zgrane. Centymetr po centymetrze jedziemy do przodu. I udaje się. Spasiba, bolszoje spasiba! Policjanci odjeżdżają.

Odetchnęliśmy. Kierowca przyspiesza i z fantazją przeskakuje przez rozlewiska. Do czasu. Z kolejnego poślizgu nie potrafi już wyprowadzić samochodu. Wylatujemy z drogi obracając się o 360 stopni i zatrzymując się bajorze. Spokojnie. Sprzęgło, gaz, sprzęgło, gaz. W przód, w tył i znów do przodu. Wydaje mi się, że w ten sposób tylko zagłębimy się w miękkim gruncie, ale ufam, że kierowca ma większe doświadczenie. Tym razem policyjnych wozów jest jak na lekarstwo. Sokolim wzrokiem Aga wypatruje mikroskopijną sylwetkę piechura poruszającego się po drodze z Dawid Garedży. Czy możemy na niego liczyć? Chyba nie, bo mężczyzna - mnich albo żołnierz na zwiadzie - schodzi z przełęczy ku "mojemu" monastyrowi.
Stiopa prosi mnie, abym pchnął samochód. Jasne!
- Nie stawaj za kołem - przestrzega mnie Aga.
Staję z boku i pcham z całej siły ślizgając się po błocie. Oczywiście, wiadomo, co było później! Ochlapany od stóp do głów wracam do środka. W amerykańskich filmach pytają wówczas bohatera: "Are you o'kay?". Tak, wsio w poriadkie. Zrobiłem, co mogłem i co musiałem. Kierowca wyżyma skarpetki, staje na progu i bezradnie się rozgląda. Rzuca kilka przekleństw i podejmuje ostatnią próbę. Silnik wyje, a z łysych opon idzie dym. Ale... udaje się! Dalej jedziemy już ostrożnie modląc się w duchu, by nic się już nie przytrafiło.

Mijamy białą niwę stojącą opodal traktu i wjeżdżamy na poligon. Żołnierze szykują się do strzelania do tarcz. Przed nami, za "wojskową" górą, już odkrywa się dolina Jandary. Wydaje się, że to już koniec przygód na dziś, gdy przed maską samochodu wyskakuje żołnierz i podnosząc kałacha do góry pokazuje, by się zatrzymać. Do samochodu podbiegają inni wojskowi w panterkach, potem inni żołnierze w czarnych mundurach. Pytają, skąd jedziemy, którą drogą i czy widzieliśmy białą niwę. Okazuje się, że był to lotny posterunek, który miał nas zatrzymać. A że żołnierze w samochodzie usnęli lub sobie gdzieś poszli - wjechaliśmy na ostre strzelanie.
- Ponimajete, jeśli by czto nibut' słucziłos s wami, eto by był internacjonalnyj incident! - mówi młody sympatyczny chłopak w mundurze - eto nie wasza wina.
- Pozwajte naczalnika, propust'te nas
- prosi kierowca.
Trzeba czekać na decyzję rukowaditielstwa. Spisują dane z naszych paszportów, wypytują o adresy hotelu w Tbilisi.
Wychodzę z taksówki, częstuję żołnierzy orzeszkami, ale wszyscy odmawiają. Chłopak, który nas pilnuje opowiada o życiu w armii. Jest na 4-letnim kontrakcie, spędza osiem godzin w pracy, potem wraca do domu. Weekendy ma wolne. Nie narzeka na swój fach.

Nasz kierowca jest zdenerwowany, wyraźnie zdenerwowany... Nie za dobrze rozumie język gruziński (prosi nawet żołnierza, by mówił po rosyjsku). Ma chyba nieczyste sumienie: w drodze do Dawid Garedży na pierwszym poście kazali mu przecież zawrócić. Tymczasem przywożą żołnierzy z niwy, przepytują. Będą mieli sprawę w sądzie a kierowca ma być świadkiem.
- Co z nimi zrobią? - pyta Aga.
- Jak to co? Razrabotka a patom rasstriełka.
Puszczają nas w końcu. W Gardabani jest już sporo słońca. Kierowca jęczy o 50 lari pokazując przemoknięte buty, ale ostro go traktuję: nie tylko nie dowiózł nas tam, gdzie chcieliśmy, ale i ja cały jestem obłocony. Płacę umówioną kwotę. Doprowadzam się do względnego porządku, obmywam buty w kałuży i wskakujemy do przejeżdżającej marszrutki.

Wysiadamy w Tbilisi w okolicach kościoła Metechi. Tu właśnie, nad Kurą, zobaczyłem rano malowniczo położone domy na skalistym brzegu rzeki. Teraz są pięknie oświetlone popołudniowym słońcem. Sąsiadujący z nimi kościół Metechi z pomnikiem z konnym pomnikiem króla Wachtanga Gorgasalego zostawiamy na później. Dzisiejsze zwiedzanie zaczynamy od Abanotubani - łaźni miejskich. Czyż może być lepsze miejsce dla mnie - wybłoconego i zziębniętego? Patrząc na charakterystyczne kamienne budowle przykryte kopułkami natychmiast przypominają mi się łaźnie w Iranie. Ten widok mnie cieszy, tym bardziej, że w oddali widzę meczet! Łaźnie Siarkowe są najbardziej eleganckie. Wykafelkowane wnętrza, nastrojowe światło w recepcji. Z pewnością podobały się Dumasowi i Puszkinowi, gdy byli tu w XIX wieku. Pani zachęca nas do indywidualnej kąpieli, nie mamy strojów kąpielowych przy sobie, ale chyba to żaden problem...? Niewielka, tonąca w półmroku salka z kilkumetrowej wielkości basenem... Kusi, ale powstrzymuje nas cena 50 lari.

Sąsiednie łaźnie - Mineralne - również są skryte pod kamiennymi kopułkami takimi jak w Yazd. Są tańsze (30 lari), ale też i mniej zadbane. Cały czas z zainteresowaniem zerkam na nieodległy meczet. Kolorystyką, stylem wieżyczek i wzorami kafelek przypomina mi irańskie świątynie. Fotografuję jeszcze piękne drzwi i wchodzimy do środka. I tu zaskoczenie: wewnątrz kolejna łaźnia - Orbeliani! Hm...
Idąc uliczkami w górę, w stronę twierdzy Narikala, odnajdujemy czynny meczet, ale ze względu na moje... ehm, niezbyt czyste nogi - nie wchodzimy.

Przeciskamy się między samochodami usiłującymi zaparkować na ciasnej uliczce i wspinamy ku murom twierdzy. A te są potężne: mają kilkanaście metrów wysokości a gdzieniegdzie wbudowano olbrzymie głazy. Wygląda to równie atrakcyjnie jak cyklopi mur w Tyryns czy mur kremla na Sołówkach. Wraz z tłumem wiernych zmierzających na uroczystości chrztu wchodimy do odrestaurowanego w zeszłym roku kościoła św. Mikołaja. Dokładniej: usiłujemy wejść do świątyni. Jest tak zapchana Gruzinami, że nie sposób się wcisnąć. Większość z nich kupiła przed momentem miniaturowe świeczki i teraz - starając się nikogo nie podpalić i nie pobrodzić - trzyma je zapalone przed sobą. Stojąc w przedsionku uważnie się rozglądam. Kościół jest mroczny, ale w całości pokryty obrazami malowanymi bezpośrednio na ścianie i obwieszony ikonami. Jest bardzo kolorowo i... śpiewnie. Pieśni religijne śpiewane na dwa głosy przez kobiety i mężczyzn są tak niesamowite... W stronę środka kościoła przeciska się ubrany w liturgiczne odświętne szaty pop ubrany w wysoką czapkę. Może to i miejscowy biskup? Towarzyszy mu kilku pomniejszych kapłanów. Dziś chrzczonych jest kilkoro dzieci. Jak się później zorientuję, okres przed Paschą jest szczególnie tu przeżywany i wykorzystywany na takie okazje jak sakrament chrztu.

Wygnieceni, ale pod dużym wrażeniem, wycofujemy się z kościoła. Lekki wiatr owiewa nasze twarze, gdy stajemy przy dzwonach ma murze okalających twierdzę. Panorama stolicy Sakatrwelo doprawdy fascynująca. To właśnie dla takiego widoku miasta rozłożonego na wzgórzach otaczających Kurę warto tu wracać. Lśnią w popołudniowym słońcu złocone kopuly licznych cerkwi i innych świątyń. Przed nami, po drugiej stronie rzeki, wyróżnia się Pałac Prezydencki. Widać też jak na dłoni największą gruzińską katedrę - Cmindę Samebę, czyli mówiąc bardziej po ludzku świątynię Świętej Trójcy. Bliżej - mosty na rzece a wśród nich, zbudowana ostatnio kładka dla pieszych, przez tbilisijczyków zwana żartobliwie - z racji niezwykłego kształtu - podpaską. Zaś u podnórza fortyfikacji, na których się znajdujemy - dostrzegamy kościółek św. Jerzego, synagogę i inne kościoły. Będzie co zwiedzać!

Ale wróćmy do twierdzy Narikala. Zbudowana 1700 lat temu została rozbudowana w XII wieku przez Umajjadów - tych samych, którzy zbudowali przepiękny meczet w Damaszku. Król Dawid Budowniczy też miał tu swoje zasługi, ale on zbudował pół Gruzji, więc to zrozumiałe samo przez się. Przebudowywana przez kolejnych władców i niszczona przez kolejne kataklizmy najazdy ostała się w postaci ruiny. Wchodzimy po schodkach do górnego zamku: widzimy stąd rosnące tłumy przy bramach kościoła św. Mikołaja. Powoli wycofujemy się starając się zapamiętać te wszystkie widoki

Odpoczywamy chwilę w ormiańskim kościele św. Jerzego. Również jest mroczny, ale... całkiem pusty nie licząc kilku osób. Na stojakach wypełnionych piaskiem stoją płonące świeczki wotywne. Ołtarz jest zasłonięty czarną kotarą - być może trwają prace konserwatorskie.
Czas na cos ciekawszego - przechodzimy przez most na Kurze, pozdrawiamy Gorgasalego i wchodzimy po schodkach do kościoła Metechi. Swoją bryłą ten kościół nie wyróżnia się na tle innych gruzińskich świątyń: jest prosta, na planie krzyża z 12-kątna wieżą zwieńczoną spiczastym hełmem. Wewnątrz skromny ikonostas z dwiema parami ikon wzorzyste, sfatygowane dywany i dużo drewnianych elementów. W bocznych nawach konchy wymalowane na kolorowo z postaciami Matki Bożej i dwoma apostołami. Wszystko Współczesne, zapewne, jako że kościół miał pecha w swej historii: W okresie Związku Radzieckiego mieścił się tu teatr dla dzieci. W kościele znajduje się podobno grobowiec świętej męczennicy Zuzanny, bohaterki najstarszego zachowanego tekstu gruzińskiego pt. Męczeństwo świętej Szuszanik. Dobra chrześcijanka, która nie chciała jak jej mąż przejść na
zoroastryzm. Powiedzmy, że wierzę.

Kierujemy się teraz w stronę dzielnicy Avlabari. Mijamy ładnie położone kamienice z drewnianymi balkonami a dalej idziemy ulicą Metekhis Qucha. Tu zauważam kilka hosteli i hoteli. Na oko droższych niż nasze lokum ;-)
Próbujemy odszukać katedrę Echmiadzin. Jak się za chwilę okaże - to niewiele warte ruiny. Co prawda LP pisze o odnawianiu, ale można to między bajki wsadzić: nic z tej ruiny nie będzie (a jednak restaurację zakończono jesienią 2011). Okolica, przez którą się przemieszczamy to dzielnica biedy. Rozwalające się domy, zrujnowane dachy, odrapane mury. Brzydkie przybudówki, nadbudówki, walające się rupiecie, których nie jest w stanie zasłonić zieleń dopiero co budzącej się wiosny. Jedyny sympatyczny akcent to dzieciaki: grające w piłkę na ogrodzonym boisku, bawiące się na ulicy pod opieką starszej siostry. No cóż. Kontrasty są w każdym prawie mieście na tym świecie.

Czas na Cmindę Samebę. To olbrzymia, współczesna katedra konsekrowana w 2004 roku. Niby dar dla Cerkwi Gruzińskiej od narodu. Coś jakby Świątynia Opatrzności Bożej w Warszawie. Tylko, że na ukończeniu ;-). Wchodzimy na wielki plac katedralny mijając w bramie dwie uśmiechnięte kumoszki-żebraczki. Plac ozdobiony jest olbrzymimi kandelabrami, niczym z epoki socrealizmu, wciąż trwają tu prace wykończeniowe - układany jest bruk i podłączane nawadnianie do trawników. Świątynia wykonana jest z żółtego piaskowca, na planie krzyża, i z centralną wieloboczną wieżą zwieńczoną złotym hełmem. Dwie pary naw bocznych o różnych wysokościach i długościach sprawiają, że bryła kościoła jest interesująca z każdej strony. Obramowania okien i portale są zdobione tradycyjnymi wzorami gruzińskimi - byc może za 200 lat będzie to podziwiany zabytek...
Pierwsze wrażenie wewnątrz kościoła to przestrzeń i pustka. Jest tu wprawdzie troche osób, ale biel ścian, niemal całkowity brak elementów dekoracyjnych - sprawia takie wrażenie. Ikonostas jest murowany, z białego marmuru. Świeża farba bije z ikon... Zauważam tu dużo młodzieży, głównie dziewcząt w czarnych lub kolorowych chustach. Przyszły się tu pomodlić, nie zwiedzać. Z nabożeństem zapalają świeczki i umieszczają na podstawkach przed obrazami świętych.

Wychodzimy. Czuję lekkie ssanie w żółądku. - Może byśmy zjedli coś? - pytam. - Tak! Chodźmy w końcu na chinchali. Słusznie, jutro już może nie być okazji. Idziemy na chinkali - charakterystyczne pierogi z mięsem. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić: jak na złość w okolicy nie ma barów ani knajp. Odnajdujemy w końcu własciwe miejsce w okolicy metra Avlabari. Pierożki są takie, jak sobie wyobraziłem: zwyczajnie dobre. Wracamy na drugą stronę Kury i podchodzimy pod synagogę. Gdyby nie symbole żydowskie na portalu i płocie - ciężko byłoby się zorientować, że w tej murowanej czerwonej kamienicy mieści się bożnica. Ku naszemu zaskoczeniu - nie można tam wejść.
- Nie wozmożna - mówi Gruzinka mówiąca trochę po polsku.
. Trudno. Idziemy więc wzdłuż Kury, mijając prześlicznie podświetloną kładkę dla pieszych. Po drugiej stronie zapłonęły światła wokół Pałacu Prezydenckiego, pięknie się prezentuje gruzińska flaga na tle szafirowego nieba. Z zapadających ciemności żółte światła reflektorów wydobywają najważniejsze budowle - Narikalę, Cmindę Samebę, Metechi i pomniejsze kościoły. Jesteśmy oczarowani wieczornym Tbilisi. Powoli wracamy do naszego hostelu.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej