Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Tariat-Cecerleg

poniedziałek, 19. VII 2004


Jak się robi sute-caj? |Przełom Sumyn Goł |Chcę poderżnąć gardło |Co zrobić z niedobrym wężem? |Sępy i pieniądze |Cecerleg na horyzoncie |Klasztor-muzeum |Nocleg nad strumykiem


Najlepszy zakład mechaniczny w Tariat, godzina 8.00. Budzą mnie głosy Mongołów z sąsiedniego namiotu. Pakuję się i robię kawę. Gdy kończę śniadanie, Grzegorz wygrzebuje się ze śpiwora. "Mama" zaprasza nas do domu, siadamy na fotelach, Grzesiek dżentelmeńsko ustępuje miejsca naszej ciężarnej kobiecie. Gospodyni przelewa mleko z cebrzyka do sagana i ustawia na piecu. Kuca i na podłodze młotkiem tłucze herbacianą "cegłę" na proch. Wsypuje garść herbaty do gotującej się wody i łączy z podgrzanym mlekiem. Jeszcze tylko szczypta soli i już sute-caj gotowy. Siorbię herbatę z miseczki jak przystało prawdziwego Mongoła.
Przełom Sumyn Goł Suszące się na słońcu sery owcze

Odjazd. Nasze plecaki lądują na dachu furgonu, Mongołowie kupują jeszcze zapasy herbatników na drogę. Przez pierwsze kilometry drogi niepokoję się, czy wczorajsza naprawa była skuteczna. Kierowca ma widocznie podobne obawy: gdy dłuższą chwilę nie widzi drugiego wozu w lusterku, przystaje w stepie i czeka, aż zza horyzontu wypełznie obłoczek pyłu i zbliży się reszta karawany.
Przemieszczamy się sprawnie przez mongolskie równiny. Wokół góry: za nami pasmo Tarbagataj a na południu potężny Changaj. W duszy - jęczę. Cholera! Że też nie mogę pochodzić po tych górach! Wkrótce dojeżdżamy do przełomu rzeki Sumyn Goł. Od razu widać, że to miejsce turystyczne: jest tu ger-camp, są samochody i odpoczywający Mongołowie. Sam przełom jest rzeczywiście interesujący. Rzeka wgłębiła się równinę na kilkadziesiąt metrów, na obu brzegach doliny widać ładne warstwowania osadów i skał. Dalej wije się przez step i często trudno się domyślić obecności wąskiego wąwozu.

Jest dobrze. Wyjeżdżamy na główny trakt i szybko połykamy kilometry dzielące nas od Cecerleg. Droga jest utwardzona, ma z sześć metrów szerokości i panuje na niej względnie ożywiony ruch: mijamy jeden samochód na 10 minut. Miejscami gnamy 90km/h. Mongolskie gospodarstwo Ja troszkę przysypiam, troszkę udaję, bo niezbyt mam siłę i ochotę na rozmowę z sąsiadami - młodym małżeństwem. Zresztą Grzegorz siedzący z tyłu zabawia towarzystwo doskonale. Czasem zapyta mnie o jakieś słówko rosyjskie, ale na ogół bazuje na rosyjskich końcówkach polskich słów. Przypomina mi się Krzysiu Pruciak... Niemniej jednak jestem pełen podziwu dla Grzegorza - ma siłę gadać!
Od czasu do czasu skręcamy do jurty - nasi przewoźnicy chcą kupić tanio (25$) dużego barana. Cóż, barany są, ale albo za drogie, albo za młode (czyli za mało tłuste ;-p). Wielka szkoda, bo zaoferowałem, że sam zarżnę owcę (inna rzecz, że zapomniałem, iż tu nie podrzyna się gardła tylko zaciska aortę... Ciekawe, czy bym się zdecydował?). To dość popularne zajęcie w Mongolii skoro traci tu co rok życie milion owiec! Mężczyźni na przystankach nie mogą się powstrzymać i wciąż stają do walki. Tak, Naadam jest raz do roku, a o kondycję trzeba dbać! Ja konsekwentnie odmawiam udziału w zapasach. Taichar

Kilkadziesiąt kilometrów przed Cecerleg wyrasta w stepie samotna skała wysoka może na 7 pięter. To Taichar. Rzucił ją potwór w to miejsce, by przygwoździć niedobrego węża, który miał tu swe gniazdo. O wielkości potwora świadczy przełom rzeki Sumyn Goł - to właśnie droga, którą człapał potwór. Skała jest arcyciekawym miejscem dla Mongołów - przyjeżdża tu wiele wycieczek. Fotografują się, objeżdżają skałę konno, pozostawiają napisy na ścianach. Dostawca usług turystycznych właśnie przyprowadził osiodłanego jaka (500T, powinno być 300T) - czy mógłbym odmówić sobie takiej przyjemności? Wskakuję więc, Grzegorz robi mi zdjęcia. Jak jest chyba na prochach - łagodny niczym cielę. Mimo zachęty w postaci kopania po tłustym boku, nie ma zamiaru ruszyć. W końcu robi kilka kroków ciągnięty na sznurku przez Mongoła.
- Cześć Grzegorz! - europejskie dziewczę podchodzi z wyciągniętą dłonią - Poznałam cię po dredach.
A zatem spotkaliśmy się! Co za przypadek! Oto grupa warszawsko-bydgoska a jak się okaże i sosnowiecka: Jest Kasia z Warszawy, która załatwiała nam paszporty, jest Ania z Sosnowca, po chwili dochodzi Arek, Ola i ich mongolski przewodnik. Jeżdżą po kraju w ośmioosobowej grupie od trzech dni. Opowiadamy w pośpiechu o swoich przeżyciach, o planach na resztę podróży. "Wiedziałem, że się spotkamy" - powie później Grzegorz.


Autor na jaku ;-p

Białe smugi przemierzają step. Suną furgony i dżipy. "Mongolia to droga a idea to jechać, jechać, jechać" - mówi Grzegorz. Jedziemy. Step, jurty, stada owiec. "Tas! tas!" - kierowca przyhamowuje i pokazuje nam siedzące przy drodze czarne sępy. Są podobno bardzo silne, według zapewnień Mongołów potrafią podnieść barana...
Rozmowa o pieniądzach. Oglądamy banknoty z różnych krajów, pokazuję Mongołom poczet królów polskich na polskich pieniądzach. Później dyskutuję z Grześkiem o euro. "Ekonomii nie będziesz mnie uczył. Studiowałem 3 lata". Hm, a ja chciałem tylko zrozumieć, dlaczego euro będące w obiegu w Polsce jest dla niej szkodliwe...

Zza kolejnej przełęczy wynurza się Cecerleg. Jest ładnie położone u podnóży gór Chantej: centrum u zbiegu dwóch rachitycznych strumyków, jurtowiska grzecznie ustawione w kwartałach na zboczach wzgórz. Najbardziej rzucającym się w oczy elementem miejskiego krajobrazu jest niewielki klasztor, którego żółta bryła wyraźnie się odznacza na tle skał pobliskiej góry. Wjeżdżając od zachodu do Cecerleg mieliśmy więc ułatwioną orientację.
Klasztor-muzeum w Cecerleg Stajemy na chwilę przy źródełku i odświeżamy się. W to miejsce, ciągnąc wózki z beczkami i kanistrami podążają codziennie z oddalonego o trzy kilometry miasta mieszkańcy Cecerleg. Zatrzymujemy się później przy parkingu dla busów, przy pożegnaniu wręczam "mamie" dwie drewniane pisanki cepeliowskie tłumacząc, z jakim zwyczajem są one w Polsce związane.

Zostawiamy plecaki w pobliskim hotelu i idziemy do klasztoru-muzeum położonego nieco poniżej "żółtej" świątyni.
Nad wejściową bramą lśni w słońcu złoty czojdż chorał, koło nauczania wiary z postaciami dwu gazel po bokach. Symbol ten, jak poucza przewodnik, przypomina, że nauk Buddy słuchały również zwierzęta... Na dziedzińcu trzy budynki w stylu chińskim tj. z podniesionymi ku górze końcami dachów. Słupy i belki ganeczków biegnących wzdłuż świątyń są kolorowe, z rzeźbionymi detalami. Tradycyjny strój mongolski Wewnątrz budynku po lewej stronie urządzono na dwóch kondygnacjach wystawę etnograficzną. Przy wejściu rozłożona jurta z kompletnym wyposażeniem widocznym przez uchylone drzwi - chałgę. Na półkach rozstawionych pod ścianami elementy jurty, między innymi tonoo - drewniana obręcz, na której opiera się konstrukcja dachu. Dalej trochę sprzętu domowego i akcesoriów potrzebnych w podróży. Jest miniaturowy młyn do mielenia ziarna: niewielkie kamienne korytko, do tego okrągły kamień z dziurką i patykiem. Ziarno było pewnie importowane - przecież Mongołowie ziemi nie uprawiali... Dalej chochle, dzieże, także worki skórzane do transportu żywych owiec. Zwracają uwagę paleniska z kociołkiem: cztery nóżki, kilka żelaznych obręczy, konstrukcja prosta, ale jakie ładne ozdoby! Jest też wersja składana, wystarczy wyciągnąć dwa bolce i palenisko zostaje przygotowane do transportu. W sąsiedniej salce - wystawa instrumentów muzycznych oraz fajek i czapek. W szklanej gablocie ładnie wyeksponowana srebrna biżuteria przyozdobiona kamieniami półszlachetnymi. W żadnym muzeum tego typu w Mongolii nie może zabraknąć gutuli - tych śmiesznych butów z podniesionym czubkiem.
W środkowym budynku trafiamy na olbrzymią, 2-kondygnacyjną salę wspartą na czterech słupach. Wzdłuż ścian, wokół pomieszczenia biegną na wysokości pierwszego piętra krużganki. Sufit jest kasetonowy z rzeźbionymi w drewnie motywami roślinnymi. Pośrodku ławy i mosiężne figury Buddy. A wszystko to niesamowicie kolorowe. Podoba mi się tu! Pod każdym posągiem powtykane w szczeliny lub po prostu położone pieniądze. Najwięcej jest banknotów 50 i 100-tugrikowych. Pomiędzy buddami mały ołtarzyk ze zdjęciem Dalaj Lamy. W sali stoją również ozdobione błękitnymi wstążkami surragi - kamienne konstrukcje będące w istocie grobami ważniejszych mnichów. Trzeci budynek jest najmniej ciekawy: na ścianach kilka współczesnych obrazów, jakieś makiety, stoisko z pamiątkami. Grzegorz nie może się powstrzymać i kupuje daalin - wełniany mieszek za 5000T, niby na tytoń ;-) Ołtarz lamajski

Czas na drugą świątynię, ów żółty budynek na wzgórzu. Niestety! Odchodzimy z kwitkiem: drzwi zamknięte a wejścia pilnują dwa wilczury na długich łańcuchach. Ograniczam się do kilku zdjęć. Rekompensatą jest krótka wizyta w trzecim klasztorze, przy parku nad strumykiem. Po raz pierwszy mogę sobie obejrzeć z bliska mnicha ;-) Przed nadciągającą burzą chronimy się w "europejskiej" restauracji. Nawet znalazło się coś bez baraniny! Słodzona (fuj!) kawa dla mnie, dla Grzegorza dwa piwa. Odbieramy bagaże z hotelu i rozbijajmy się na łące wskazanej w przewodniku. Robimy pranie, naprawiam podarte pod Ich Uuł spodnie. Grzegorz tankuje jeszcze cztery piwa i odpływa.Świątynia w Cecerleg

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej