Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]


Suczawa-Czerniowce

wtorek, 19 VIII 2003


Suczawa: będę cierpliwie czekać |Hanul Domnesc |Jeszcze jeden monastyr...|Na miejskim targu |Cetatea de Scann: lunch w malowniczym otoczeniu |Kupuję kolczyki - co za babsko :-( |Diewoczka i mużcziny |


Suczawa: monastyr sw. Dymitra

Rano byłem trochę rozczarowany brakiem przygotowanego dla mnie śniadania. Pożegnałem się z gospodynią i poczłapałem do Gura Humorului. Stąd bus do Suczawy (30.000 lei) i do centrum (7.000). Po drodze minęliśmy miejscowość Ciprian Porumbescu związaną z tym czołowym rumuńskim kompozytorem. Na marginesie: jego matka nazywała się - jak powiedział uroczy przewodnik z Braszowa - Gołębiewska czego ślady widać w zniekształconym nazwisku autora "Ballady na skrzypce i fortepian". Na dworcu autobusowym w Suczawie mało sympatyczny pan zapewnił mnie, że biletów do Przemyśla nie zabraknie, rezerwacja jest niepotrzebna (i niemożliwa), muszę tylko przyjść o 3.00 w nocy (autobus odjeżdża o 4.00, bilet 700.000 lei). Ok, będę cierpliwie czekał. Zostawiłem bety w kanciapie zwanej przechowalnią bagaży (8.000 lei, tylko do 20.00) i poszedłem na internet (20.000 lei). Z krótkiego wywiadu przeprowadzonego z tubylcem wynikało, że powinienem odwiedzić Muzeum Etnograficzne, twierdzę czy zamek na wzgórzu, skąd rządził Stefan Wielki oraz miejski targ, by zapoznać się lokalnymi klimatami.

Zacząłem od Hanul Domnesc - XVI-wiecznego dworu przekształconego w sympatyczne muzeum etnograficzne. Na parterze kilka izb i salonów: kuchnia, pokók myśliwski, spiżarnia pokój gościnny. Dużo przedmiotów codziennego użytku; w sumie niższa kondygnacja sprawia wrażenie starego domu a nie sal muzealnych. Na piętrze ekspozycje z ludową odzieżą i stroje weselne... Stroje są ładne i różnią się dla poszczególnych wsi Bukowiny. Ale buty... Ech!
A dalej akcesoria z gospodarstwa pasterskiego: cebrzyki, maselnice, metrowe drewniane łyżki do owczego mleka, większość z XIX wieku. Także ręcznie malowane talerze - jakież pole do popisu dla uzdolnionych bab na wsi :-) Na koniec zwiedziłem jeszcze piwnice - niestety beczki były puste...Suczawa

Dłuższą chwilę spędziłem w kościele św. Dimitra ufundowanym przez hospodara Petru Raresa w XVI wieku. Również wymalowany jak poprzednie choć na zewnątrznej ścianie prawie nic nie widać. W przednawiu freski poczerniałe i zniszczone, zdaje się ze scenami mąk piekielnych. Przycupnąłem sobie w stallach. W nawie głównej na sklepieniu jak zwykle Chrystus Pantokrator. Niektóre malowidła pachniały świeżością - ani chybi z bieżącego wieku ;-) Tym niemniej podobały mi się te komiksowe wnętrza. Chociaż w dobie Cartoon Network dzieci mogą nie czuć się dość zachęcone, by tu przychodzić.

Kilka kroków stąd na wschód znajduje się targ miejski - jakże zmyślnie urządzony. Osobne hale z nabiałem, osobno owoce, gdzie indziej warzywa, z boku mięso... Skuszony dziwnym wyglądem sera białego (60.000 lei/kg) kupiłem kawałek. Był to niby ser biały (nie zapytałem czy krowi czy owczy) ale z dziurkami w środku, mało się kruszył i był lekko kwaskowaty. Smaczny. Winogrona (20.000) i pomidory (4.000) były tanie, ale ileż ich można zjeść!?

Cetatea de Scann czyli Twierdza Tronowa, siedziba kolejnych wojewodów mołdawkich począwszy od Museta, który ją zbudował, była kolejnym punktem zwiedzania Suczawy. Mało przyjemna ścieżka parkowa wyprowadziła mnie pod pomnik Stefana Wielkiego na wzgórzu. Pomnik jest współczesny i w dodatku bardzo zarośnięty przez drzewa. Następnie zwiedziłem "zewnętrznie" sąsiadujący z pomnikiem skansen (jeden skansen w Branie wystarczy, zresztą gdzie mu tam do skansenu w Kiżi!)
Ruiny (10.000 lei) wydały mi się odbudowane od podstaw, ale niech tam! Pospacerowałem trochę, usadowiłem się na murach z widokiem na miasto i w takim ładnym otoczeniu zjadłem swój lunch. Suczawa: twierdza

Było wczesne popołudnie, miałem przed sobą jeszcze wiele godzin oczekiwania na autobus, ale myślałem o dwóch rzeczach: zakupie kolczyków i kompaktów z muzyką, która tak mi się spodobała w Plaiul Foii.
W pierwszym, a jak się później okazało jedynym w okolicy sklepie ze złotą biżuterią przeżyłem nieprzyjemne chwile, które bardzo wpłynęły na moją ocenę miasta i późniejszy stosunek do jego mieszkańców. Mianowicie poprosiłem panią o pokazanie mi palety z kolczykami - tak, bym się mógł im przyjrzeć z bliska i wybrać. Zdołałem obejrzeć tylko jeden, gdy kobieta niemal wyrwała mi paletę, schowała i przestała mnie obsługiwać: może przestraszyła się mojego trochę trampowego wyglądu (choć byłem ogolony i z czystymi włosami)? Mimo nalegań i prób mediacji poprzez innych klientów - po prostu mnie ignorowała! Poczułem się jak zbity pies i poszedłem ukoić swe nerwy przy fontannie nieopodal Cerkwi Zmartwychwstania Pańskiego. Zachęcony chóralną muzyką rozchodzącą się z kościoła wstąpiłem i tam, zdrzemnąłem się ździebko w pięknych stallach, powdychałem trochę atmosfery tego mrocznego miejsca.
Później obszedłem zamknięty na głucho pobliski Dom Polski i zaatakowałem raz jeszcze sklep z tą wstrętną panią. Odzywała się co prawda złośliwie do mnie po rumuńsku, ale po pomerdaniu jej przed nosem plikiem banknotów łaskawie dała mi kolczyki.
W sklepie muzycznym pan natomiast był bardzo uprzejmy i wyczarowywał wszystko, co chciałem. Znikał na chwilę i przynosił zamelinowane gdzieś pirackie kompakty (100.000 lei)... Kupiłem składankę muzyki etno i hity muzyki Manele.

Zrobiła się 19.00, odebrałem bagaż; na dworcu kręciła się para plecakowiczów - Karolina i Bartosz. Wkrótce podszedł do nas naganiacz i zaproponował kurs do Czerniowców (bus 150.000 lei lub 5 $). W zapadającym zmroku przekroczyliśmy granicę ukraińską (tu wymieniłem 10 € na 58 hrywien). Na miejscu byliśmy o 22.15, stanowczo zbyt późno, by zdążyć na nocny pociąg do Lwowa (20.45). Pociąg do Przemyśla był dopiero o 8.07. Podjęliśmy szybką decyzję o noclegu w dworcowym hotelu po 18.30 hr. Łatwo powiedzieć. Brak żeńskich miejsc. A "Diewoczek z mużczinami posieliat' nielzja". "Ale ona może spać na podłodze, przecież jej nie zostawimy na dworcu" - tłumaczyłem. "No ja nie mogu. U mienia tol'ko dwa mużskije miesta. A w etoj komnatie uże spit mużczina. Niewozmożno!"     :-))))
Ostatecznie miejsce dla Karoliny się znalazło. Wspólna kolacja i przerywany sen przy hałaśliwej ulicy.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej