Dzień: [1-2] [3-4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26-27-28]


Przysłowie syryjskie

Stambuł-Antakia-Aleppo

poniedziałek-wtorek, 10-11 VII 2000


Samotny spacer | Czuję się świetnie | Zwiedzamy Błękitny Meczet i Topkapi | Uwodzę Gozde | Granica: czy nas rozstrzelają? | Aleppo | Jestem Arabem | Suki | Impreza na dachu


Hagia Sophia

Miasto wcale nie wyglądało na uśpione. Ulicami rosyjskiej dzielnicy spacerowali mężczyźni, a w porcie pasażerskim nad Morzem Marmara kręciły się już całkiem spore tłumy. Powtórnie zajrzałem pod Błękitny Meczet chcąc w świetle poranka uchwycić na zdjęciu blask złota i mozaik. Wróciłem przez Dzielnicę Butów i Ubrań;
Dorota i Jarek już wstali i ściągnąłem ich na śniadanie (głównie ze względu na mój własny głód). Darek dopiero o 10.00 wrócił z biletami do Aleppo. Zostało niewiele czasu na zwiedzanie wnętrz Błękitnego Meczetu i Pałacu Topkapi (Hagia Sofia była zamknięta - poniedziałek!)...

Błękitny Meczet - dziedziniec Zmiana długopisu (mój gdzieś się zapodział) i jednocześnie zmiana czasu na teraźniejszy. Pisanie o chwili bardziej mi pasuje. Opis ostatnich dwóch dni wydaje mi się okropny - częściowo z powodu owego czasu przeszłego - denerwowało mnie to i źle mi szło. Inna rzecz, że pisanie w autobusie to nie szczyt komfortu.
Tak, teraz jest o wiele lepiej - siedzę z ukochaną herbatką ugotowaną na ukochanym palniku Campingas. Herbatka jest lekko posłodzona - efekt kompromisu między moimi wyprawowymi przyzwyczajeniami a syropem, który tu się pije.
Siedzę pod gołym niebem na dachu hotelu w Aleppo. Jest cudownie. Mimo że zmęczony, spocony i zadumany nad ułomnością psychiki ludzkiej wróciłem z włóczęgi po mieście, jest cudownie. Trzy piętra niżej rozbrzmiewa nieustanny ryk klaksonów i zwykły gwar uliczny. Obok w pokoju rozmawia dwóch Arabów. Przyszedł przed chwilą Salem, nie chciał herbaty ani kawy. Węszy. Ale przyjacielski. Wpisał moje nazwisko poniżej.

Ja - po arabsku

Wracam teraz do dnia wczorajszego. Tak, to rzeczywiście było wczoraj, choć zdarzyło się tak dawno i tak daleko.


Topkapi Pałac Topkapi wart był swojej ceny 5.000 TTL + 2.250 TTL (harem). Wiele, wiele sal o ścianach wyłożonych pięknymi kafelkami - tak będzie mi się kojarzył harem, który zwiedzamy z Beatą i Andrzejem. Darek zostaje na zewnątrz - już tu był i niezbyt go to interesuje. Taka sytuacja będzie się zdarzać wielokrotnie: wchodźcie, ja tu poczekam. Jest to denerwujące. Trochę gubimy się, i resztę sal zwiedzamy we dwójkę. Beata bardzo dba, bym się nie zgubił. Delikatnie (jak to w moim stylu) zwracam jej uwagę na nadopiekuńczość.
Ozdobne inskrypcje w pałacu Topkapi (Harem) Przed pałacem dołączamy do reszty. Poruszamy się dość chaotycznie po okolicy. Dłuższą chwilę pertraktujemy ze strażnikiem wpuszczającym zorganizowane grupy do zamkniętej dziś Hagia Sofii. Później idę z Darkiem do znajdującej się nieopodal kawiarni internetowej. Niestety, przy pierwszym komputerze wszystkie programy są po turecku, przy drugim próbuję Outlook Expressa, lecz nie potrafię się zalogować.- w pracy to wszystko jest dużo prostsze. Coś tam w końcu wysyłam z obcego konta; później loguję się w Wirtualnej Polsce ale hasło mam z polskimi fontami... Poddaję się ze względu na uciekający czas.
Podjeżdżamy tramwajem (żetony!) do biura, gdzie zostawiliśmy bety, jeszcze szybki kebab (5.000 TTL za 6 sztuk) i pakujemy się do busa, który bardzo skomplikowaną trasą zawozi nas na dworzec autobusowy. Kolejny posiłek w dworcowym barze (jedzą Andrzej i Darek - oczywiście). Poznajemy sprzedającego tam sympatycznego Abdula. żarty, zdjęcia, wygłupy...
Zbliżamy się do granicy turecko-syryjskiej

Wsiadamy do klimatyzowanego autobusu jadącego do Antakii, miasta leżącego tuż przy granicy syryjskiej. Wynegocjowana cena 32$ jest wyższa o kilkadziesiąt procent od wymienionej w programie trampingu. Takie sytuacje powtarzają się - wciąż jesteśmy zaskakiwani: coś jest droższe, coś jest zamknięte. Szczerze mówiąc - wpieprza mnie to.
Zjeżdżamy z grzbietu górskiego, gdzieś tam w dole zaczyna się Syria... Jedziemy. Sadowimy się na tylnich siedzeniach. Większość pasażerów to Turcy. Steward roznosi zimne napoje a tradycyjne obrządki odświeżające - pachnącą wodę z dodatkiem alkoholu - poinstruowani uprzednio przez Darka, zaliczamy na piątkę (rozprowadzamy płyn na dłoniach, przecieramy policzki, przecieramy czoło, przygładzamy włosy i głęboko wdychamy ów cudowny aromat).

Emocje opadają, czas na zdjęcia... Od czasu do czasu kilka rzędów dalej wyciąga szyję w moim kierunku dziesięcioletnia Turczynka. Uśmiecha się, ja uśmiecham się do niej a wtedy szybko chowa się za fotelem. Taka zabawa trwa dość długo. Inną "znajomość" nawiązuje Darek podejmując rozmowę z Turkiem. Niewiele z niej wynika, gdyż tuziemiec nie zna dość angielskiego. Pytam za pośrednictwem Turka o imię dziewczynki i dostaję na serwetce odpowiedź: Gözde ("Pierworodna"). Piszę do niej pocztówkę z Krakowem, pozdrowieniami i tekstem typu "visit my town". Darek głośno i po angielsku oświadcza, że w autobusie podróżuje "Krzysztof Ibisz - polish super star", i że zakochał się w Turczynce. Trochę się denerwuję - w tym dzikim kraju wszystko się może zdarzyć. Matka na kolejnym przystanku upomina dziewczynkę i Gözde przestaje na mnie zwracać uwagę.
Emocje opadły, jesteśmy wreszcie w Syrii Nocna jazda dłuży się. Przejeżdżamy przez górzystą Anatolię. Monotonna jazda przez kolejne pasma górskie sięgające niekiedy 3300m byłaby mniej uciążliwa gdyby odbywała się za dnia. Od czasu do czasu podchodzi do nas steward i psika dezodorantem w pobliżu nas. Rzeczywiście coś śmierdzi ale to nie my - lecz Turek! Wyrażamy swe oburzenie lecz tylko w ojczystym języku.
Wszędzie żałoba po prezydencie... Na jednym z postojów Darek częstuje przygodnego Turka papierosem. Trzeba trafu, by były to Jan III Sobieski i by Turek zainteresował się nazwą. Darek z rozbawieniem opowiada wspólną historię.
Jedziemy i jedziemy. Ponad 1000 kilometrów. Jestem zmęczony, ale cieszy mnie myśl, że tak szybko będziemy w Syrii. świta. Zjeżdżamy z gór, zbliżamy się do Morza Śródziemnego. Wśród pasażerów jest coraz więcej mężczyzn ubranych w tradycyjne ubiory - galabije czyli jak zwykłem je określać - kiecki. Około 8.00 dojeżdżamy do Antakii. Aleppo

Wyjeżdżamy z tego najbardziej wysuniętego na południe tureckiego miasta dość szybko przesiadając się do kolejnego autobusu. Krajobraz ponownie staje się bardziej górzysty, roślinność ustępuje kamieniom. Autobus wspina się coraz wyżej. Z zapartym tchem obserwuję te widoki - przypomina mi się środkowa Sycylia.
Emocje zaczynają się na posterunku syryjskim. Żołnierze uzbrojeni w broń maszynową każą nam wysiąść a autobus wjeżdża na bramkę, jak sądzimy, do prześwietlania pojazdów. Piszczy. Każą nam wyciągnąć bety i pojedynczo przechodzić przez bramkę (!?). Na pierwszy ogień idą Jordańczyk z Andrzejem - piszczy. Boimy się o filmy pozostawione w plecakach i własne zdrowie. Żołnierze przepychają grubą Turczynkę. Piszczy jak cholera. Podlatują do niej z Geigerem. Kobieta szlocha, chwyta się za serce. Towarzyszący nam Arab z Libanu usiłuje coś wytłumaczyć. Ogólna dezorientacja. Czy nas wszystkich zastrzelą? (Dużo później oświeciło mnie, że była to bramka do wykrywania materiałów promieniotwórczych a sprzęt ani chybi produkcji radzieckiej)
Aleppo - Cytadela Wsiadamy do autobusu. Kontrola paszportowa. Syryjczyk przyczepia się do mojego paszportu - jest trochę zalany a folia na danych personalnych pofałdowana. Chce innego dokumentu. Chwila napięcia maluje się na naszych twarzach: wpuszczą mnie do Syrii czy nie? Gorączkowo analizuję zawartość plecaka i czuję ulgę. Z nabożeństwem podaję mu krakowską kartę tramwajową. Syryjczyk marszczy czoło i kiwa głową. Jest zadowolony, ja też - bo jadę dalej.
Na stacji benzynowej emocje nieco opadają, rozluźniamy się po ostatnich przeżyciach. Robimy pierwsze "pustynne" zdjęcia.
Arab? Docieramy do Aleppo. Czuje się bliskowschodnią atmosferę. Zgiełk, krzyki, klaksony.
Rozkładamy się na dachu w hotelu Zahert Al-Rabih. U Krokodyla, prowadzącego hotel wymieniamy 100$ po 46.2SP/$. W planie zwiedzanie miasta lecz najpierw musimy zadbać o żołądki. Ruszmy w "stałym składzie" tzn. bez małżeństwa. Przemykamy zatłoczonymi uliczkami według schematu "w prawo, w lewo, w prawo, w lewo". "Proste?" - Darek upewnia się, że zapamiętaliśmy drogę, a my kiwamy głowami. Zamawiamy szałarmę u Syryjczyka. Beata z obrzydzeniem patrzy na szklanki używane do podawania wody, ale - pije.
Wstępujemy na kawę do "lepszego" hotelu Baron i w wyludnionej kawiarni zamawiamy kawę z kardamonem (1$). Oglądamy lokalną ciekawostkę - to tutaj Agatha Christie nie zapłaciła rachunku za pobyt. Znajomy syryjczyk sptzedaje mi galabiję
W hotelu zapada decyzja - jedziemy taksówką pod Cytadelę. Oczywiście jedną - kierowca nawet nie protestuje, gdy nasza szóstka ładuje się do środka. Niestety Cytadela jest we wtorki zamknięta. Postanawiam ją obejść wokół, reszta wybiera fajkę wodną w kawiarni. Zaczepia mnie Syryjczyk, Aleksander, mówiący zupełnie dobrze po polsku. Rozmawiamy o polityce i Syrii. Facet proponuje mi wizytę w swoim sklepie. Sadza mnie na krześle, podaje coca- colę i przystępuje do rzeczy. Pokazuje mi chustę z kółkiem - dla mego przyjaciela - za 3$, ale lepiej bym kupił dodatkowo galabiję, razem wszystko za 10$, ale jeszcze lepiej dodatkowo zewnętrzną nakrycie na galabiję i zapłacił za komplet 15$. Udaję brak zainteresowania, w końcu biorę. Raz się żyje, będę miał pamiątkę.
Suki Postanawiam wrócić pod Cytadelę do reszty grupy w tym kompletnym arabskim przebraniu. Za zdziwieniem stwierdzam, że w "tym" nie da się szybko chodzić!. Zbliżam się do kawiarnianych stolików zakrywszy nieco więcej twarz. Zaskoczenie malujące się na ich twarzach jest zupełne.
Oczywiście Andrzej też chce przymierzyć. Robimy sobie zdjęcia z fajką wodną. Muszę przyznać, że Andrzej lepiej się prezentuje jako beduin. Może też zapuścić kilkudniowy zarost?
Wszyscy nas zapraszają, częstują Suki. Prowadzę wszystkich do znajomego Syryjczyka. Darek kupuje ten sam zestaw u konkurencji, zaś Aleksander dopada Jarka i chyba udaje mu się wcisnąć ozdobny nóż.
Pierwsze "nasze" suki robią wrażenie. Kosze, tace z nasionami, owocami, przyprawami, mieszanka zapachów... Przy każdym stoisku "welcome, welcome!" Zapraszają, uśmiechają się. To sympatyczne, lecz na dłuższą metą nużące. Zaglądamy do Meczetu Omajjadów - zamknięty. Jestem rozczarowany - dwie atrakcje Aleppo są niedostępne dla nas. Mijają nas chłopcy z towarami i staruszkowie na osiołkach. Suki Andrzej upiera się, by zrobić zdjęcie mułłowi i mimo protestu dostaje to co chciał. Z niesmakiem patrzę na tę scenę, wyprzedzam grupę i zaczynam rozmowę z grupką Syryjczyków. Częstują mnie herbatą, dialog jest niestety koślawy ze względu na ich angielski.
Wieczorem w hotelu część z nas decyduje się na pokój (oczywiście Dorota i Jarek, nieoczekiwanie Andrzej i niestety Beata), a ja z Darkiem wybieram roof. Przy posiłku rozmawiamy z Australijczykiem, podróżującym samotnie od kilku miesięcy po świecie. Jak to dobrze mieć bogatych rodziców. Tylko po co wybierać "Prawo Energetyczne" jako przedmiot studiów w Szwecji?
Suki Dosiada się trójka Polaków - bardzo sympatycznych wrocławian. Już wracają do kraju. Czas upływa na piciu araku z mieszanego z wodą oraz rozmowach i śpiewach po angielsku, polsku, arabsku i językach znanych tylko Darkowi.
Na dach wyprowadza się Beata ("bo w pokoju nie da się wytrzymać") i przed zaśnięciem podejmujemy wątek religijny.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej