Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]


Split-Makarska-Metković

niedziela, 14 VII 2013


|


Brak relacji z tego dnia. Zajrzyj za jakiś czas...

...

Za oknem ściemniło się. I pasażerów sporo wysiadło. Już niewiele kilometrów zostało do końca trasy.
- Porozmawiam z kimś, tu już pewnie wszyscy jadą do Metković - mówię do syna.
- No, porozmawiaj.

Przysiadam się do starszego Chorwata. Nie za bardzo mówi po angielsku, zresztą wysiada trochę wcześniej. Ale mówi, że jest hotel w mieście, 3 kilometry w stronę granicy. Na temat kempingów nic nie wie. Młode Chorwatki mówią po angielsku ale niewiele mogą nam pomóc. Ładnie się uśmiechają ale wysiadają w ... Hotele ponoć tam są.
Hm. Dobrze i niedobrze. Nie spodziewałem się, by w tym mało turystycznym mieście były tanie hostele i kempingi. Jakoś będzie.

W Metković jesteśmy około 22:00. Wysiadamy wraz z dwójką innych pasażerów. Na nich przynajmniej ktoś tu czekał: wpadają w ramiona kogoś z rodziny. Zaczepiam na dworcu chłopaka z rowerem.
- Znasz jakiś hostel tu? Albo miejsce, gdzie można rozbić namiot? Ogródek?

Nie wie, podobnie jak dwie panienki, które spotykamy później nad rzeką. Na szczęście trafia się tablica z planem miasta.
- Ech, zobacz, jaka to duża miejscowość! - kręcę głową - Ta ulica w stronę Bośni ma ze trzy kilometry... - A gdybyśmy poszli tutaj? - Sergiusz pokazuje zieloną plamę na planie - to pewnie jakiś park...
- Raczej lasek miejski. No nic, chodźmy. Zapamiętaj tylko nazwy ulic, którędy będziemy szli!
- Dlaczego ja?!

Młody jest, więc niech pamięta. Skręcamy z głównej drogi, idziemy teraz ciemnymi wąskimi uliczkami opustoszałego miasta.
- Popatrz, hotel! - pokazuję napis na kamienicy.

Dzwonimy i pukamy. Ciemno i głucho. Otwiera się okiennica na drugim piętrze w kamienicy naprzeciw. Starsza pani tłumaczy, że ten hotelik jest nieczynny. No, to teraz mam czyste sumienie, że idziemy w krzaki ;-)
Ulica wyprowadza nas pod jasno oświetlony kościół.
- To miejsce odpada – orzekamy.

Nie ma gdzie tu się schować. Ani kawałka balustrady, jak to było, gdy nocowaliśmy na schodach kościoła w Rzymie. Powyżej kościółka skręcamy w leśną alejkę. Osłaniając ręką czołówkę prowadzę nas coraz wyżej. Las jest zbyt gęsty a podłoże zbyt strome, by tu obozować. Dochodzimy do jakiegoś ogrodzenia.
- Wchodzimy? - pytam naciskając lekko kratę furtki.
Sergiusz nie oponuje.

Hm... cmentarz! Całkiem dobre miejsce na nocleg. Będziemy mieć towarzystwo, chociaż nieco małomówne. Idziemy alejką wzdłuż grobowców, na których migoczą dziesiątki czerwonych płomyków. W przeciwieństwie do polskich cmentarzy – są to płomyki elektryczne. Cmentarz znajduje się na szczycie góry – rozciąga się panorama na całe miasto i okolice. Nie jest to tak spektakularny widok, jak podczas pamiętnego noclegu na kraterze Wezuwiusza, ale przyjemnie jest popatrzeć na tysiące świateł w dole. No i tysiące świateł w górze – bo niebo jest rozgwieżdżone.
Rozkładamy karimaty na końcu alejki i włazimy do śpiworów. Jeszcze zabezpieczamy się Off!-em i obserwujemy sztuczne satelity i samoloty przelatujące nad nami. Sergiusz zasypia koło pierwszej, ja czuwam popadając okresowo w drzemkę.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej