Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25]


Sao Paulo-Lima

czwartek, 18 IV 2013


Na brazylijskiej ziemi | Czy chcę tu zamieszkać? | „Las capitales son grandes y ruidosas” | Kamila i jej apteczka | Ocean całkiem spokojny | Miasto pod napięciem | Marek odkrywa karty


Nad ranem łyk kawy - zbyt mało dla mnie, by w pełni oprzytomnieć. Ostatnie setki mil trasy przebiegają nad Brazylią, równolegle do atlantyckiego wybrzeża. Lądujemy w Sao Paulo bladym świtem, za nami 9800 kilometrów. Wędrujemy oszklonymi korytarzami okrągłego budynku portu lotniczego. Dwie godziny oczekiwania na lot do Limy poświęcamy na odświeżenie się i rozprostowanie kości. Kamila oświadcza, że idzie na zakupy i wraca z wodą i kawą dla mnie (4 USD).
- To bardzo miłe z twojej strony - czuję się nieco skrępowany.
- Przecież mówiłeś, że miałeś za mało kawy!
Może nie będzie tak źle z tą dziewczyną! ;-)
W kolejce przed bramką poznajemy kolejne dwie turystki Polski i znów spotykamy się ze znajomą trójką z
Paryża. Jest też polska ekipa z laptopami i tabletami, ale jakoś nie wzbudzają mojego zainteresowania. Ze swym nieużywanym, wypasionym ekwipunkiem wyglądają jak grupa na wyjeździe incentive.

Lot do Limy to kolejne pięć godzin. Będziemy przemieszczać się w poprzek kontynentu. Początkowo pod nami rolnicze krajobrazy z polami uprawnymi i pastwiskami. Są znacznie większe niż małopolskie poletka ;-) Później zaczyna się selwa z meandrującymi rzekami i kanałami. Na bardziej suchych terenach wyznaczono dziesiątki prostokątnych działek, na których pobudowano hacjendy.
- Co tak się zamyśliłeś? - Kamila nachyla się ku mnie i patrzy przez okienko.
- Zastanawiam się, czy chciałbym tu wieść żywot gaucho...
- No i? Chciałbyś?
- E, nie... chyba jednak nie.
Przelatujemy teraz nad działkami w kształcie kół. Pokrojone są niczym torty na kawałki. A na każdym kawałku - domek. Oto inny wymiar wolności: możliwość wykrawania sobie ziemi według własnej fantazji! Potem robi się jeszcze ciekawiej: zaczynają się Andy. Jeszcze niewysokie, dwa-trzy tysiące metrów. Można powiedzieć:
Beskidy. Ale Beskidy bez źdźbła trawy, nagie, brunatne, szare i rude skały. Płyną nad nimi kępki małych obłoków, a my - prując na wysokości 11 kilometrów - zmierzamy ku Altiplano. Zerkam od czasu do czasu na monitor z wyznaczonym torem lotu i zastanawiam się, czy będziemy przelatywać nad jeziorem Titicaca. Jak się później okaże - nie. Korytarze powietrzne szerokim łukiem omijają jezioro, być może ze względów ekologicznych.

Pod nami piętrzą się teraz przyprószone śniegiem 5- i 6-tysięczniki. W oddali wznoszą się samotne wierzchołki wulkanów z białymi czapami. O, jakże chciałbym wspiąć się na któryś z nich!
Strasznie długo lecimy. Na szczęście karmią nas przyzwoicie i nie jest zbyt ciasno. Znów ciągniemy opowieści o podróżach i życiu. W końcu poznaliśmy się ledwie kilkanaście godzin wcześniej... Samolot leci teraz nad brzegiem oceanu. Dostrzegam kalafiorowaty kształt Półwyspu Paracas i mikroskopijne wyspy Ballestas obok. Odwiedzimy je wkrótce! Stalowoszary ocean przykryty jest gęstym kożuchem szarych chmur. Oby tylko słońce nad Limą było...

O godzinie 11:30 samolot pochyla się na prawe skrzydło i wchodzi w łagodny zakręt. Przelatujemy nad rozpostartymi na wzgórzach bieda-osiedlami. To już przedmieścia Callao, miasta zbudowanego wokół twierdzy, o zdobycie której toczyła się słynna morska bitwa w 1866 roku. Dziś Callao, choć z odrębną administracją, stanowi jedną aglomerację z Limą. Podchodzimy do lądowania. Na monitorze przede mną widzę zbliżający się pas, lekki wstrząs i kołujemy do rękawa. Bienvenido a América!

W hali portu lotniczego wymieniamy w jednym z kilku kantorów dolary i euro i idziemy na przystanek autobusowy znajdujący się tuż za wiaduktem przy głównej trasie w kierunku Limy.
- Miraflores? - pytam oczekujących na busa. Kiwają głowami. Pokażą.
Co minutę, gwałtownie hamując, podjeżdża jakiś bus. Po chwili wskakujemy i my upychając plecaki na kolanach. Jest dobrze!

„Las capitales son grandes y ruidosas.” - to zdanie zapamiętałem z samouczka hiszpańskiego, który przed wyjazdem ściągnąłem z fenomenalnej strony goethe-verlag.com. Tak, stolica Peru jest olbrzymia i gwarna.
Jedziemy busem przez miasto już od godziny. Kierowca na prostych odcinkach rozwija szaleńcze prędkości. Raz na kilka minut ostro hamujemy, by zabrać kolejnych chętnych. Bileter, który pełni też rolę odźwiernego i naganiacza, zwleka z wydawaniem reszty pasażerom.
- Zauważyłaś, jak oni dokładnie oglądają banknoty? - mówię do Kamili.
Kamila uśmiecha się i kiwa głową.
- Pewnie dużo fałszywych pieniędzy jest w obiegu.
Dojeżdżamy do starszej części miasta. Za chwilę będzie Miraflores, gdzie mieści się nasz hostel.
- Do you know Kennedy Park? - pytam młodą Peruwiankę. Spłoszone dziewczę zaprzecza. Na szczęście inni pasażerowie wypakowują nas we właściwym miejscu. Daję za przejazd po 2 sole, zdaje się trochę za dużo. Nieważne.

Po chwili docieramy do hostelu „Flying Dogs” mieszczącego się w trzech budynkach w pobliżu skweru zwanego parkiem. Po krótkich perypetiach trafiamy do właściwego lokum, w którym mamy spać (30 USD za dwójkę bez łazienki). Upewniamy się, że Marek z koleżanką tu się zameldował. Odświeżamy się i coś zjadamy na szybko. Po pół godzinie zjawia się Marek i Marcela w towarzystwie innych Polaków. Przedstawiam się i mówię Markowi, że chciałbym pogadać o trampingu.
- Teraz nie mam czasu, idziemy coś zjeść, spotkamy się wieczorem - stwierdza i odwraca się na pięcie.
Hm...
My jesteśmy akurat po zupce i kawie, ale też pójdziemy się przejść. Kierunek - ocean! Mam wielką ochotę zanurzyć się w Pacyfiku!
- Wzięłaś strój kąpielowy? - pytam Kamilę, choć wiem, że go nie ma.
- Nie!!! - warczy do mnie.
- To jak chcesz pływać?!
Droczę się z nią przez chwilę. Fajna jest!
Idziemy ulicą Malecon Balta. To reprezentacyjna arteria Miraflores.
- Musimy wstąpić do apteki - mówi Kamila.
- Coś nie w porządku? - uprzejmie pytam a w duszy jęczę: „Oho: zaczyna się!”.
- Nie mam nic na komary...
- Spoko. Mam Off!-a. Ale i tak nie będzie potrzebny. Zaręczam ci, że nie zobaczysz ani jednego komara - uspokajam dziewczynę.
Nie dodaję, że Off! jest... dość wiekowy! Objechał ze mną w zeszłym roku
Indochiny - tylko raz go tam użyłem, w Delcie Mekongu. Miałem go też ze sobą w Egipcie dwa lata temu. No... ale jest ;-)
A propos medykamentów. Kama wzięła ze sobą całą aptekę - z kilogram lekarstw. Ma dosłownie wszystko!
- A szynę Kramera masz? I zestaw do resuscytacji?
- Nie, ale tabletki na chorobę wysokościową - tak. No i na malarię...
No, ja nie mogę! Przecież nie będziemy w regionach zagrożonych.
- Dziewczyno! Przegięłaś z tą malarią! - załamuję ręce.
- Spokojnie. Lariam ma datę ważności 2016, przyda się przy innych wyjazdach.

Okay. Przed nami ocean. A dokładniej - pod nami, gdyż znajdujemy się na wysokim, 25-piętrowym, skalistym klifie. By dostać się na plażę Waikiki, trzeba przejść na północ i zejść schodkami pod wiaduktem. Wiatr przynosi słony zapach i targa na wszystkie strony włosami Kamy. Wygląda zachwycająco w promieniach popołudniowego słońca. Wbiegam do wody nie ściągając sandałów i mocząc spodnie. Kamila śmieje się i robi mi zdjęcia. Pacyfik, jak na jego nazwę przystało, jest gładki jak stół. Przybrzeżne fale, choć małe i krótkie, nie zrażają miejscowych surferów do rozrywki. Wypływają na deskach ze dwieście metrów od brzegu i starają się przesurfować choć 20 sekund.
Spacerując plażą La Estrella w kierunku dzielnicy Surco spostrzegamy liczne plansze i sygnalizatory z elektronicznymi wyświetlaczami, które przestrzegają przed szkodliwym promieniowaniem UV. Kamili nic nie grozi - wróci bledziutka, gdyż do końca podróży będzie smarować się kremem z filtrem 50. Ja - tradycyjnie liczę na złuszczenie starego naskórka ;-)

Zagłębiamy się teraz w uliczki mieszkalnej części Miraflores. Jest okazja, by z bliska przyjrzeć się drutom kolczastym i instalacjom pod wysokim napięciem, które oglądaliśmy jadąc busem z lotniska. Nie do uwierzenia, że w centrum miasta mieszkańcy stolicy czują się tak zagrożeni włamaniami i napadami. Kraty w oknach, 4-metrowe płoty, zaostrzone pręty, kawałki szkła lub kikuty butelek zakotwiczone w betonowych murach sprawiają, że miasto wygląda jak twierdza lub więzienie.
- Patrz! - wołam do Kamy i robię zdjęcie - przedszkole pod napięciem!
- Przynajmniej rodzice mogą być spokojni...
- Chyba bardzo się bali Świetlistego Szlaku... Jeszcze 10 lat temu to był poważny problem, w Peru. Ale teraz...?
Oglądamy również bujną, tropikalną roślinność: kaktusy, juki, agawy, drzewiaste fikusy i rododendrony. Zachwycam się kwitnącymi drzewami: akacjami a zwłaszcza kwitnącymi fioletowo jakarandami.
- Wiele osób kojarzy to drzewo z
Afryką Południową. Podobno cała Pretoria i Kapsztad kwitnie we wrześniu - mówię - widziałem te drzewa w Egipcie i Libanie. Prawda, że są niesamowite?

Powoli kierujemy się ku hotelowi. Jest naprawdę gorąco, grubo ponad 30 stopni. Chłodzimy się przez chwilę w mrocznym wnętrzu barokowego Iglesia Medalla Milagrosa przy Parku Kennedy’go. Tuż obok, a dokładniej na placu za kościołem, rosną dwie olbrzymie araukarie. Te przepiękne drzewa kojarzą mi się z opisami w „Orinoko” Arkadego Fiedlera. Cieszę się, że jest tu tak inaczej. Do hostelu - sąsiedni budynek - dwa kroki.

Posiłkując się informacjami z internetu, ustalamy roboczy plan na jutro. Wciąż niepokoi mnie kwestia trampingu z Markiem. Wieczorem zjawiają się.
- Kiedy ruszamy dalej? - pytam Marka.
- Mówiłem ci, że jest taki nocny autobus do Paracas.
- No, ale jest więcej autobusów w ciągu dnia...
Ja chciałbym ruszyć jak najszybciej. Limę będzie można obejrzeć przed powrotem. Wiadomo, że nie można wrócić tu na ostatnią chwilę... Marek z Marcelą mają lot powrotny do Europy z Cuzco, dowiedziałem się o tym dosłownie trzy dni przed wyjazdem - chociaż bilety kupili miesiąc temu.
- A co widzieliście dziś? Byliście w Muzeum Złota? My jutro chcemy podjechać do Muzeum Etnograficznego.
Nie, nie byli w Muzeum Złota. Ani w starej części miasta. Tylko na plaży a teraz w dzielnicy Chorrillos. Zastanawiam się, co tam mogło być ciekawego...
- Eee... jest taka sprawa - mówi Marek - bo jest taka jeszcze jedna dwójka do podróżowania... Przylecą dziś w nocy...
- A! Dobrze. - mówię bez zająknięcia.
Ciekawe, jak Marek rozegra sprawę. Jeszcze nie wie, że my wiemy, że gra na dwa fronty. Ale rozmowa kończy się nieoczekiwanie.
- No to idę teraz z Marcelą do miasta.
Aha.
My sprawdzamy jeszcze w internecie połączenia z Pisco oraz dojazd do jutrzejszego muzeum. Jeszcze kolacja, prysznic i hyc! do łóżka.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej