Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]


Rzym

środa, 11. VIII 1993


Nasz rzymski hotel | Muzea, kościoły i pomniki... | Nie znoszę chamstwa!| Taki nocleg się nie powtórzy


Plac św. Piotra Po tym ostatnim noclegu, którego już prawie nie pamiętam, ruszyliśmy do centrum. Chyba z godzinę jechaliśmy przedmieściami, by w końcu mijając Watykan znaleźć się na parkingu. Kilka słów o nim, gdyż wokół niego miało się kręcić nasze życie przez trzy dni. Była to więc długa, jednokierunkowa ulica pozbawiona zabudowań idąca wzdłuż ogrodów Wzgórza Janiculum. W połowie ulicy utworzono parking dla autobusów. Poza ujęciem wody, do którego wciąż podjeżdżali Włosi, by umyć swe samochody, znajdował się tu tylko dwumetrowej szerokości asfaltowy chodnik - miał stać się on naszym hotelem, wokół siatka druciana. Praktycznie zero możliwości przyzwoitego wysiusiania się. Mnóstwo śmieci, syf. Byliśmy skonsternowani. Zaczęły się pojawiać pytania i pretensje, dlaczego nie nocujemy na obrzeżu Rzymu. Pilot wciąż wyjaśniał, że najbliższe miejsce jest kilkadziesiąt kilometrów stąd. Argument nie był prawdziwy, lecz może pozostanie na miejscu było o tyle sensowne, że można było zwiedzać miasto do późnej nocy.
Z tymi wątpliwościami poszliśmy oglądać Wieczne Miasto.

Pomnik Ojczyzny Mając do dyspozycji kilka godzin, zaczęliśmy od przejścia przez Plac św. Piotra i Pawła na Corso Emanuelle II. Staraliśmy się zaglądać do każdego kościoła po drodze bacznie patrząc, czy nie ma gdzieś tanich owoców. Na tzw. Campo di Fiori nie było wbrew zapowiedziom z przewodnika dużego wyboru owoców, ale i tak kupiliśmy pomidory. Zobaczyliśmy S. Andrea di Valle, Gesu, Pomnik Ojczyzny, i spotkaliśmy się z innymi na Kapitolu przy muzeach. Udało się po pewnych pertraktacjach gratisowo wejść do obu muzeów. Wewnątrz mnóstwo rzeźb bez podpisów (były ponumerowane!) - typowe idiotyzmy Włochów. Gorzej poszło z Forum Romanum - tu nie weszliśmy, gdyż nasza kartka nie zawierała potwierdzenia z uczelni rzymskiej. Niemniej jednak rzut oka na imponujące Forum w pełni nas zadowalał. Teraz odłączywszy się od innych spróbowaliśmy wejść do darmowego Koloseum. Pech nadal nas prześladował - akurat było zamknięte. W tym czasie upał był już nie do zniesienia - zrobiliśmy sobie więc sjestę na Wzgórzu Eskuline.
Forum Romanum Naszym marzeniem było znalezienie wody, owoców i chleba [gdy czytam to po latach, brzmi to zabawnie, ale naprawdę nie było wokół sklepów spożywczych, itd.]. Nie zapominając o nich, spróbowaliśmy odfajkować region między Koloseum a Dworcem Termini. Przede wszystkim zobaczyliśmy S. Maria Maggiore, a obok kupiliśmy album za jedyne 5.000 L. czym się szczególnie ucieszyłem, gdyż mogłem teraz tą okazyjną ceną denerwować pozostałych ludzi. Spod Palazzo dei Quianali odeszliśmy z kwitkiem - pilnują tego swego premiera jak diabli, nawet nie wolno zbliżyć się do bramy. I w końcu usiedliśmy przy fontannie di Trevi. Rzeczywiście to miejsce robi wrażenie, może by było warto właśnie tu spędzić noc? Nie braliśmy tego serio pod uwagę - już wtedy Rzym wydał się nam zbyt niebezpieczny. Przeszliśmy wzdłuż Via del Corso, zajrzeliśmy do Panteonu, który robi wrażenie dopiero wewnątrz. Spodobał nam się kościół .... ze sklepieniem pokrytym freskami w ten sposób, że poprawna perspektywa jest zachowana tylko z jednego miejsca w nawie głównej. Miejsce to pokazywał turystom jakiś nawiedzony Murzyn, widocznie pokazywanie sprawiało mu przyjemność. Słoń na placu Minerwy wciąż dźwigał swój obelisk. Spacerowaliśmy po rzymskich uliczkach podziwiając te wszystkie kościoły, monumenty, ale czułem jakiś niedosyt, niepokój, dyskomfort psychiczny. Perspektywa noclegu, obcość miasta, moje stosunki z Sylwią - to wszystko sprawiło, że chciałem już wyjechać z Rzymu.

Muzea Kapitolińskie Na parkingu - zaskoczenie. Pojawił się drugi "nasz" autobus. Zrobiło się dość nieprzyjemnie: przede wszystkim jak pomieścić 80 osób na tym wąskim chodniku. Zarzutów i pretensji nikt nie wyrażał wprost ale i też nie było przyjacielskich rozmów. Tamta grupa była mniej ciekawa niż nasza, ktoś tam handlował, popularne było picie, a ludziom wcale nie chciało się zwiedzać Włoch. Dodatkowym minusem byli kierowcy - wulgarni, chamowaci, prostaccy, traktujący autobus jak swoją własność, nie pozwalający ludziom korzystać z niego poza wyznaczonymi godzinami.
Drugi autobus dość nieoczekiwanie odjechał, natomiast zjawiła się policja i kazała się nam wynosić z parkingu. Zapewnienia, że nie będziemy tu nocować, że spokojnie sobie jemy obiad, tylko ich rozjuszyły. Doszło nawet do tego, że kazali mi zwinąć karimatę, na której siedziałem. Stało się wtedy dla mnie jasne, że Włosi są narodem wyjątkowo nieprzyjemnym, żeby nie powiedzieć chamskim. To jest być może niesprawiedliwe rozciągnięcie opinii z policji na resztę społeczeństwa, ale w końcu policja jest wizytówką kraju.
Część ludzi się rozeszła, część kręciła się po okolicy. Szczęście, że w pobliżu był otwarty do wieczora sklepik z owocami i chlebem.

Była już godzina 21.00, gdy okazało się, że pilota nie ma, poszedł gdzieś z dziewczynami, co gorsze, nie było wiadomo, czy w ogóle wróci na noc. Brak było koncepcji, gdzie nocować. Jasne - nie na parkingu. Oświadczyliśmy kierowcy, że nie wyjdziemy z autobusu dopóki nie wróci Maciek. W okolicy było po prostu zbyt niebezpiecznie. Ostatecznie gdzieś koło północy jedyny sensowny w tym towarzystwie facet - Sucharek podjął decyzję, że trójka - on, ja i Piotrek (Remek był... śpiący) pójdą sprawdzić teren. W całkowitych niemal ciemnościach obeszliśmy Wzgórze Gianicole nie znajdując niestety odpowiedniego miejsca. Wtedy zjawił się Maciek. Po przedstawieniu mu swych pretensji poszliśmy nad Tybr.
Schodząc nad rzekę wyminęliśmy śpiącego pod mostem lumpa i rozłożyliśmy się w chaszczach. To był naprawdę niezwykły nocleg. Zakole Tybru, jak pod Wawelem, wysoki brzeg z 2-piętrowym murem, z którego schodzi się po schodach. W zasięgu wzroku znajdowało się kilka mostów, a niesamowitości scenerii nadawały silne sodowe światła ustawione wzdłuż bulwarów i huk samochodów jeżdżących przez całą noc. Jako tako przedrzemaliśmy do szóstej rano.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej