Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]


Wielka Sowa - Srebrna Góra - Słupiec - Wambierzyce

wtorek, 1 VI 2010


Obcy element |Poranna kawa w "Zygmuntówce" |Dużo się tu zmieniło... |Srebrna Góra: jestem na półmetku |Czasem i obiad trzeba zjeść... |Na Górze Wszystkich Świętych |Nocleg u franciszkanów


Rzeczka 5:30 - Wielka Sowa 6:60 - schr. "Zygmuntówka" 8:00-15 - Kalenica 9:00 - Przełęcz Woliborska 10:40 - Srebrna Gora 13:15-45 - Nowa Ruda 17:15 - Ścinawka Średnia 19:20 - Wambierzyce 21:00 Wieża na Wielkiej Sowie

Wstaję jak zwykle, czyli przed piątą. Nie mam możliwości zagotowania wody, trudno. Zjadam co nieco i o wpół do szóstej startuję. Dziś zamierzam dojść do Wambierzyc. W optymistycznym wariancie - trochę dalej. Zobaczymy jak pójdzie. Na razie prosta droga na szczyt Wielkiej Sowy. W lesie pojawia się mgła, powietrze przesycone jest kropelkami wody. Napotykam tu na szlak fioletowy. Brawo za przełamywanie schematów! Po dwudziestu minutach jestem przy schronisku "Sowa". Co prawda, rozpiska z sieci przewiduje na ten odcinek 13 minut marszobiegu, ale z idiotyzmami trudno dyskutować. Krajobraz i pogoda przypominają mi zeszłoroczne wejście na Baranią Górę podczas mojej wędrówki Głównym Szlakiem Beskidzkim. I tu również na szczycie znajduje się wieża widokowa. Ale inna - murowana. Ta "latarnia morska" zupełnie mi nie pasuje do tego miejsca. Na wieżę nawet nie usiłuję wejść, pewnie jest zamknięta, a mgłę to ja widzę i z dołu.

Przez najbliższe godziny będę wędrować grzbietem Gór Sowich. Szedłem już tędy dwukrotnie, raz tak się rozpędziłem, że zaszedłem aż na Górę Kłodzką ;-) Droga jest wygodna, wydeptana. I, co dla mnie ważne, sucha! Mgła powoli ustępuje, ale widoków specjalnych brak. Godna uwagi jest tylko grupa skałek z tablicą pamiątkową poświęconą Hermannowi Henkelowi, przedwojennemu popularyzatorowi turystyki. Zabawne i symptomatyczne, że na niemieckojęzycznych stronach sieci WWW praktycznie o nim się nie mówi. Na polskich - i owszem. Droga monotonnie obniża się ku Przełęczy Jugowskiej. O ósmej jestem przy "Zygmuntówce".
- Dzień dobry - witam się z gospodarzem krzątającym się przed budynkiem.
- Dzień dobry, dzień dobry. Tak sam wędrujesz? Ano, taka moda teraz...
Wchodzę do środka, ładnie urządzone wnętrze. Widać, że dla właściciela schronisko jest domem. Ma tu i swój zwierzyniec: psy, koty, kozy a nawet króliki czy jakieś inne gryzonie w klatce. Rozmawiamy sobie przez chwilę przyjemnie, później idzie robić jajecznicę dla turystów, którzy właśnie zeszli z pięterka. Wypijam kawę i zjadam drugie śniadanie. Wpisuję się do książki pamiątkowej i żegnam się z sympatycznym gospodarzem.
Pod Kalenicą

Schronisko położone jest poniżej przełęczy, aby więc wrócić na główny grzbiet muszę nieźle się natrudzić idąc pod górę. Kilka zmian kierunku i w końcu wdrapuję się na Rymarza (913 m n.p.m.). Tu wreszcie trochę otwartej przestrzeni, lecz bardziej odległe góry wciąż są przykryte chmurami. W drodze na Kalenicę (964 m n.p.m.) trafiam na turystyczną wiatę i kilka grup skałek. Na szczycie znajduje się wieża bezwidokowa o stalowej konstrukcji, ale nie wzbudza mojego zainteresowania. Idę dalej.
Mijam kolejne rozdroża, miejsca, w których szlaki lub szosy przecinają w poprzek pasmo górskie. Jest wśród nich Bielawska Polanka. Jakże to miejsce zmieniło się od czasów mojej ostatniej bytności tutaj! Obozowaliśmy tutaj przez kilka dni, las był gęsty, z bogatym poszyciem. Po latach niewiele z tego zostało: w lesie widać wszystko na pół kilometra, można poruszać się bez ścieżki. Ech!

Na Przełęczy Woliborskiej przyplątuje się niebieski szlak. Na odcinku do Srebrnej Góry będzie się krzyżować z czerwonym wielokrotnie. Przechodzę przez kolejne kulminacje: Szeroką (827 m n.p.m.), Malinową (839 m n.p.m.) i Gołębią (810 m n.p.m.). Z niecierpliwością czekam na twierdzę srebrnogórską. Co prawda byłem w niej już kilka razy, ale będzie odmianą dla tej mało ciekawej drogi przez las. Żebym chociaż kogoś spotykał! Ale wczoraj na całej 17-godzinnej trasie nikogo nie spotkałem na szlaku, dziś - jak dotąd - również nikogo! Niesamowite. Długoweekendowy tydzień a w górach pustki. Ja rozumiem, że pogoda może nie jest idealna, ale żeby aż tak? Hm... W twierdzy srebrnogórskiej

Droga robi się coraz wygodniejsza, skończyły się podejścia, idę w zasadzie po płaskim. W pewnym momencie słyszę głośno zachowującą się młodzieżową grupę w lesie - pewnie już niedaleko do twierdzy w Srebrnej Górze Istotnie, po kilkuset metrach spotykam tablicę informacyjną i skręcam z głównej drogi w lewo. Idę wąską, zarośniętą ścieżką. Po lewej pojawia się rów, pogłębia się i przeistacza w fosę otaczającą Fort Rogowy. Początkowo trudno ocenić wielkość budowli, później, w miejscach bardziej odsłoniętych, widoczne są kilkunastometrowe zewnętrzne ściany fortu. Teraz i po prawej stronie mam przepaść, ścieżka to w rzeczywistości zarośnięty szczyt zewnętrznych obwałowań. Mijam Esplanadę, okrążam Donżon. I w końcu znajoma brama Bastionu Dolnego. Byłem tu ostatnio w 2007 roku z Sergiuszem. Na dziedzińcu ten sam pan w mundurze pruskiej piechoty lądowej i z karabinem skałkowym popisuje się przed grupą. I podobnie jak trzy lata temu podczas naszego zwiedzania wnętrz - trafia się niewypał. Niezrażony ładuje broń jeszcze raz i strzela. Młodzież jest zadowolona :)

No dobrze. Jest godzina 13:15, niemal osiem godzin za mną i ponad połowa trasy. Jak na razie, dzień od strony pogodowej udany - jeśli pominąć poranną mgłę. Srebrna Góra to również umowny półmetek Głównego Szlaku Sudeckiego. Cieszę się z tego, podobnie jak cieszyłem się rok temu w Krynicy, po przejściu połowy czerwonego szlaku beskidzkiego. Schodzę na przełęcz. Liczę na jakiś sklep spożywczy, bo jedzenie mam na wykończeniu. Z przykrością stwierdzam, że nic tu nie kupię, musiałbym zejść do centrum miejscowości. Zaglądam do baru na skrzyżowaniu. Przez dłuższą chwilę waham się, czy postawić sobie obiad... No, raz na tydzień mogę zjeść coś ciepłego?
- Poproszę kotlet z frytkami i surówką.
Tak... dobre to było. Posiedziałbym tu dłużej, czas jednak ruszać do Wambierzyc. Jest 14:00. Schodzę z przełęczy w kierunku Nowej Wsi Kłodzkiej. No, myślę, że tam już jakiś sklep spożywczy będzie. I apteka! Droga mało ciekawa najpierw wzdłuż szosy, potem przez las. We wsi robię zakupy, siadam na przystanku autobusowym i coś przekąszam. Czyżby kotlet był tak mały? W sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej

Idę dalej asfaltem przez wieś, po półgodzinie skręcam w kierunku Chudzowa, znowu dwa kilometry drogą wśród pól kolejny asfaltowy odcinek w kierunku Dzikowca. Na granicy wsi skręcam w las i mokrą wąską ścieżką wspinam się na zbocza Przykrzeca. Przy skrzyżowaniu ze ścieżką grzbietową - resztki kapliczki. Za grzbietem wkrótce kończy się las, przechodzę obok kilku zabudowań i przystaję, by ogarnąć wzrokiem panoramę: przede mną Obniżenie Noworudzkie obramowane z lewej Górami Suchymi, z prawej - Sowimi. A pośrodku kotliny - Nowa Ruda. Zabawnie wygląda kolorowe osiedle 10-piętrowych bloków w tym 25-tysięcznym miasteczku. Schodzę drogą obok kamieniołomu, czerwony szlak gdzieś mi uciekł na lewo, ale za chwilę go odnajduję. Do centrum docieram kwadrans po siedemnastej rozbawiony "cukierkowym" ogródkiem pełnym figurek krasnoludków i zwierzaków, który spotkałem przed chwilą.

Chętnie kupiłbym nowe wkładki do butów, ale wygląda na to, że godzina 17.00 jest graniczną porą dla sklepów obuwniczych w takich miasteczkach. Wstępuję więc tylko do apteki po talk i gazę i idę dalej. Teraz czeka mnie wizyta w sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej na Górze Wszystkich Świętych. Nastrój mam jednak mało religijny, zważywszy, że idę wymachując niedoschniętymi wciąż gatkami. Szlak zbacza z szosy, zaczyna się droga krzyżowa. Stacje z płaskorzeźbami wykonanymi z metalu z pewnością nie są dziełami sztuki. Ale przyznaję, że dla wiernych pokonanie tej drogi z 30-centymetrowymi schodami może być męczące. Wędrówce towarzyszy mi ogłuszający dźwięk dzwonów. Trwa dobre 20 minut. Przypominają mi się wszystkie świątynie położone w górach, do których musiałem się wspiąć: nocny spacer do klasztoru św. Sergiusza w Maalouli, świątynia buddyjska w P.N. Tereldż, świątynia lamajska w Xiewu... Te wizyty zawsze były dla mnie ważne i szczególne. Z ciekawością więc zaglądam do kościółka. Jest otwarty, ale pusty. I raczej bez nastroju. To nic. W planach mam jeszcze Sanktuarium Matki Bożej na Iglicznej, może tam będzie inaczej. Pod Ratnem

Teraz godzinny spacer w dół do Ścinawki Średniej. Najpierw po asfalcie, potem po coraz bardziej błotnistej leśnej drodze. Zastanawia mnie rudy kolor gleby. Z tak intensywną barwą nigdy się nie spotkałem. Przydałoby się dowiedzieć, z jakiego minerału powstała. Wychodzę z lasu i oczom moim ukazuje się przepiękny widok. Niebo, co prawda, pokryte szarymi chmurami a Góry Stołowe dość odległe, ale za to na pierwszym planie mam olbrzymie pole żółtego rzepaku. Wprost gigantyczne! A rzepak dorodny, wystrzelił na ponad metr. Schodzę do wsi, mijam drewniany kościół, który przy bliższej inspekcji okazuje się młynem. Trwa przebudowa wiaduktu nad torami kolejowymi, zrobiono niby tymczasowe zejście, ale o schodkach w górę za torami już nie pomyślano. Wrrr! No, jakoś wdrapuję się z powrotem. Teraz idę główną drogą do centrum Ścinawki, przechodzę przez most na rzeczce o tej samej nazwie.

Jest wpół do ósmej. Do Wambierzyc jeszcze kawałek. Zastanawiam się, czy nie zanocować w Ratnie. Jeśli będzie sposobność - spróbuję. Póki co - jeszcze kilka wzniesień. Najpierw polną drogą pod Cierninę (447 m n.p.m.), tu spotykam dwóch podrostków spędzających wieczór w swoim towarzystwie. Dalej wzdłuż długiej łąki, zagajnik i znów przepiękne pole rzepaku z Górami Stołowymi w tle. Schodzę do Ratna Dolnego; tam, po drugiej stronie doliny, wznosi się zamek rycerski. Zniszczony zresztą całkiem niedawno, po pożarze w 1998 roku. Kierując się wskazówkami miejscowych zaglądam do Ośrodka "U Rycerza Hagena". Wiadukt w Ranie Dolnym
- Tani nocleg? - panienka zmywająca podłogę przerywa pracę - To raczej nie u nas, proszę pana.
No, wiem, wiem. Są tu ponoć jeszcze jakieś agroturystyki, ale nie znajduję żadnych szyldów przy szosie do Wambierzyc. Nie szkodzi. Natomiast "odkrywam" interesujący wieloprzęsłowy wiadukt kolejowy. Kilometr dalej - jestem u celu. Gdy byłem tu poprzednim razem, miejscowość tętniła życiem. Teraz jest cicho i spokojnie. Opiekun grupy młodzieżowej mówi mi, że nocują w Domu Pielgrzyma, ale zachęca mnie do wcześniejszego skontaktowania się z księżmi. Są przy ognisku obok bazyliki. Faktycznie, siedzą tam z młodzieżą i dyskutują. Przysiadam się i słucham nauk zakonnych. W odpowiedniej chwili pytam zakonnika o możliwość noclegu - nie ma problemu. Dostaję miejsce w pokoiku - tym samym, w którym nocowałem z Sergiuszem. Jestem dziś zmęczony, wskakuję do łóżka, umyję się jutro.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej