Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]


Rawenna-San Marino

niedziela, 8. VIII 1993


Mozaiki, które trzeba zobaczyć | Zamki i spóźnialscy | Burza nad Adriatykiem


Rawenna- mozaiki Właściwie do dzisiejszego dnia nie doceniałem Rawenny. Chyba w ogóle nie słyszałem przed wyjazdem o tym mieście. A przecież nagromadzenie mozaik w kilku miejscach wywołujących tak potężne wrażenie, powinno przekładać się na powszechną znajomość tej nazwy.
Do miasta przyjeżdżamy około 8.00. Pada drobny deszczyk. Wyskakuję z autobusu do WC-automatu. Dobrze, że z opisu znam jego działania, nie muszę się przejmować nie spuszczoną wodą.
Idziemy całą grupą do Narodowego Muzeum Starożytności. To już kolejna próba wejścia za darmo do muzeum - i tym razem udana. Kolekcja jest olbrzymia, Sylwia zwiedza jak zawsze dokładnie, reszta goni. Podobają mi się inkrustowane szkatułki.
"Turystycznymi" uliczkami przechodzimy obok kościołów S. Apolinare Nuovo, gdzie skazani zostajemy na indywidualne bilety (4 obiekty). Każdy wybiera swój wariant zwiedzania. Rawenna- mozaiki My zostajemy w kościele podziwiając dwa szeregi mozaikowych postaci idących wzdłuż nawy głównej (ołtarz w remoncie). po drodze do Baptysterium i Muzeum Archidiecezjalnego (z mozaikami) wstępujemy do San Francesco z podziemną sadzawką i do grobu Dantego. Później pędzimy do najwspanialszego kościoła San Vitale i Mausoleo di Galla Placida. Mnóstwo ludzi snujących się między mozaikami. Przepiękne sklepienia i ściany. Odszukujemy fragmenty mozaik z widokówek, które wcześniej kupiliśmy.
W sumie Rawenna wydaje mi się wspaniałym miastem. Cóż, kiedy kolejne miasta, także stresy towarzyszące zwiedzaniu, powodują, te wspaniałości bledną. Dopiero po wycieczce będę w stanie docenić piękno tych miejsc.

Ale to nie koniec atrakcji na dzisiaj. Półtorej-dwie godziny drogi dalej czeka na nas San Marino - do którego tak lubią jeździć wszyscy cudzoziemcy. Jeszcze jedno państwo !? Powoli wdrapujemy się krętą drogą do miasta. Mija nas trąbiąc "pierwszy" autobus. Ciekawe, jak się im zwiedza? My dojeżdżamy do parkingu i rozchodzimy się. Postanawiam z Sylwią przejść grzbietem wzdłuż tego turystycznego miasta. Zatrzymujemy się na chwilę pod każdym z trzech czy czterech zamków. Widoki są fascynujące. Początkowo nie ma nawet turystów, w miarę dochodzenia do czwartego zamku jest ich więcej, więcej kramów, kafeterii, widokówek. San Marino: na lewo zamek, na prawo zamek a w dole włoska ziemia
Przebojem na ulicy są lody czy też galaretka o zabójczych kolorach podawane ze słomką. Nie stać nas na takie przyjemności, korzystamy natomiast z WC, i przy tej okazji stajemy się posiadaczami sanmarinowych 200 L.
Wieczorem, po dwóch godzinach zwiedzania (?) zbieramy się w autobusie. Jak zwykle w takich sytuacjach na kogoś czekamy. Jest to naprawdę denerwujące, że 40 dorosłych osób wiecznie spóźnia się po 10, 20 minut. Często powtarzają się te same osoby, ale dotyczy to nas wszystkich. Pozostali wściekają się w nagrzanym autobusie. Kierowca wścieka się, że będzie musiał zapłacić rozpoczętą za rozpoczętą godzinę postoju. W końcu spóźnialscy wracają i ruszamy w kierunku adriatyckiego wybrzeża. Szczęśliwie rezygnujemy z szukania noclegu w Rimini na rzecz bardziej niezwykłego miejsca na dzikiej plaży pod urwiskiem.

San Marino Dość długo jedziemy wzdłuż ciągu miejscowości wypoczynkowych, wreszcie stajemy w Casteldimezzo. W dole, sto, może więcej metrów niżej rozciąga się morze z wąską, kamienistą plażą. Ale jak się tam dostać? Włosi rzekomo nie wiedzą. W końcu ustalamy, którędy zejdziemy po zmroku, a pozostały czas wykorzystujemy na przygotowanie posiłków i umycie się na pobliskim kempingu (w powrotnej drodze musimy przeskakiwać przez płot).
Schodzimy na nocleg bardzo stromą dróżką. Okazuje się, że nad samym brzegiem nie da się wygodnie nocować, decydujemy się na rozłożenie się na bocznej ścieżce w połowie zbocza. Chmurzy się, a po chwili niebo rozświetlają błyskawice odległej burzy. Wierzymy, że przejdzie bokiem. Ci, którzy spragnieni byli morza (lub tylko umycia się) zeszli ponownie na dół; my, rozłożeni na karimatach z niepokojem obserwujemy niebo. Sceneria jest niesamowita: skała nad nami, urwisko pod nami, w dole Adriatyk a wokół burza. Uciekamy: część decyduje schować się pod okapem kawiarni na brzegu, reszta wraca do autobusu. My jesteśmy w tej drugiej grupie: wygrywamy - nad ranem docierają do nas z przemoczonymi śpiworami ci z dołu.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej