Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Qazvin-Alamut (Gazor Chan)

niedziela, 13 VIII 2006


Cóż za wspaniały widok! |Trudna sztuka negocjacji... |W krainie Alamut |Nasza krótka przyjaźń


Alamut

Heh! Kolejny udany dzień. Tym razem bez pośpiechu, można powiedzieć pełny relaks.
Dochodzi teraz godzina piąta, w Polsce ludzie wracają po pracy do domów, za chwilę włączą Teleekspres, posłuchają wiadomości o Rutkowskim lub wojnie w Libanie. A tu tak spokojnie... Wyobraźcie sobie grzbiet górski z wielką dziurą na wylot. W takim właśnie oknie sobie siedzę zerkam w obie strony. Ciepły wiatr niewiele chłodzi, lecz siedzę w cieniu i jest mi dobrze. Dwadzieścia metrów ode mnie znajdują się resztki 1200-letniego zamku Gazor Khana. To jeden z Zamków Zabójców (Castles of the Assassins). O potędze tego króla świadczy fakt, że posiadał kilkadziesiąt twierdz i zamków w okolicy, łącznie około trzystu w Iranie,
Syrii i Turcji. Po inwazji Mongołów w XIII wieku niewiele z nich zostało.
Na dobrą sprawę nie te ruiny są tu najważniejsze - lecz fenomenalne góry, które rozpościerają się wokół. Góry te to Alborz, zwane po polsku Elbursem. Teraz jestem na wysokości około 2.100 metrów, przede mną pokryty rumoszem szczyt 3.200 m n.p.m., gdzieś tam daleko, niewidoczny stąd oczywiście, wznosi się Demavend (5.671 m n.p.m.). Zbocza są pozbawione lasów, w wyższych partiach brak nawet trawy, jednak różnorodność form skalnych i ich kolory sprawiają, że góry są tu arcyciekawe. W żlebach, w dolinkach, tam gdzie jest więcej wilgoci, gdzie czasem nawet i strumień się trafi - tam wszędzie zielenią się kępy najwytrzymalszych drzew. Poniżej, w dolinach rozłożyły się wioski. Domy - proste i liche - uczepiły się zboczy, zieleń ogrodów skrywa podwórza. Trafiają się tu niewielkie poletka z warzywami i sady. Alamut Serpentyny asfaltowej drogi prowadzą od wioski do wioski, wspinają na zbocza, przełamują się na grzbietach górskich. Powyżej wiosek - już tylko ścieżki dla osłów i dzikich kozic. Pasma górskie wydają się nie mieć końca, giną gdzieś w powietrznej perspektywie. A ponad tą przepiękną krainą - bezmiar błękitnego nieba poznaczonego ledwie kilkoma obłoczkami.
Powinienem ruszyć w góry, zdobyć jakiś trzytysięcznik. Mam jednak tylko sandały, które muszą wytrzymać jeszcze trzy tygodnie. Trudno. Popołudniowe słońce wydobywa coraz głębsze cienie na zboczach, wiatr zrobił się chłodniejszy. Jest czas na podsumowanie dnia.


Jak zwykle źle spałem. Ruchliwa ulica i obfitość zdarzeń sprawiły, że znów wstałem o szóstej i, starając się nie budzić innych, wymknąłem się z hotelu. Przegryzając cieplutki chleb kupiony w okienku piekarni tuż obok dostałem się metrem na Western Bus Station (8.30). Mercedesa jak na złość nie było, mmachnąłem ręką na kilka tysięcy riali i nie czekając dłużej pojechałem klimatyzowanym volvo do Qazvinu (10.000 IRR). Popełniłem jednak błąd wjeżdżając do centrum, trzeba było wysiąść przy wjeździe do miasta. A tak - musiałem podjechać okazją (5.000 IRR) z dworca głównego do Qaribqosh Sq. (taksówkarze chcieli 10.000 IRR). Tu, na rondzie stoczyłem bój z mafią taksówkową. Do Gazor Khan jest 105 kilometrów, taksówkarze chcą 100.000 - 200.000 IRR zależnie od fantazji. Miejsce w savaris to 40.000 IRR. Miejscowy dziadek pomógł mi umawiając mnie z Irańczykiem na transport za 40.000 IRR. Mohamed jechał sam do Mo'allem Kalayeh i wracał. Przed ruszeniem w drogę (2.5h) upewniam się co do ceny pokazując mu dwa banknoty po 20.000 IRR. No to w drogę. Alamut

Zaczęła się jedna z najwspanialszych moich górskich dróg w życiu. Serpentynami zaczęliśmy wjeżdżać w góry i początkowo wyobrażałem sobie, że za przełęczą zjedziemy do doliny i będzie to koniec przyjemności. Ale gdzież tam! Za doliną był kolejny potężny grzbiet, potem trzeci i czwarty. Okolica stawała się coraz piękniejsza, złoto-brązowe góry wydawały się nie mieć końca. Pokonawszy kolejną przełęcz Mohamed przystanął i zataczając łuk ręką powiedział: "Alamut". Słychać było dumę w jego głosie. Kraina rzeczywiście była śliczna: szeroka dolina z soczystą zielenią pośrodku, z rzeczką przegrodzoną mostem, z poukrywanymi w ogrodach domami. Gdzieniegdzie w wiosce błyszczała w słońcu kopuła meczetu, strzelał w niebo smukły minaret. Na najbliższych i dalszych zboczach - małe osady wśród drzewiastych kęp. Zjechaliśmy do doliny, a potem znów w górę i w dół. Nie mogłem wprost uwierzyć, że tej drogi nie dało się poprowadzić wzdłuż dolin.
W pewnym momencie zjechaliśmy z głównej drogi gdzieś w bok, do wioski. Irańczyk pokazał mi na migi, że będziemy jeść. Po chwili już siedzieliśmy na dywanach w domu jego rodziców. Na ceratowym obrusie pojawił się zielony ryż, placki chlebowe, kwaśne mleko o cierpkim smaku (ale nie kumys), jakaś zielenina. Wzorem gospodarzy jadłem ryż zawijając go w kawałki ciasta. Tym samym ciastem wyczyściłem miseczki po mleku do sucha i rozłożywszy się wygodnie na poduchach czekałem na herbatę. Tę, podaną w szklankach, przelewaliśmy po trochu do czarek i, trzymając kostkę cukru w między zębami, powoli piliśmy. Muszę powiedzieć, że byłem bardzo a bardzo mile zaskoczony tym poczęstunkiem. Ale moja przyjaźń z Mohamedem nie trwała długo.
Gazor Khan

W Gazor Khan zaczął mnie naciskać, bym wracał do Qazvinu, twierdził, że nie ma tu hotelu (choć przejeżdżaliśmy koło niego), a gdy zapłaciłem mu umówione 40.000 IRR - zaczął domagać się dodatkowych 20.000 IRR tłumacząc, że jechałem sam. Brzydkie to zachowanie, facet nie miał innych chętnych; gdybym wybrał miejsce w savaris, jechałby sam i nie zarobiłby 40.000 IRR. Skąd takie zachowanie u Irańczyków się bierze? To nie pierwszy raz - podobnie było w Choqa Zanbil, podobne sytuacje spotykałem w polskich relacjach. No nic, dałem mu jeszcze 10.000 IRR a conto posiłku, rezygnując z naszej przyjaźni ;-) Nie lubię tego.
No dobrze. Zamek położony jest na wysokiej skale, przed wejściem na szczyt odpocząłem w bazie archeologów zlokalizowanej u jej podnóża. Pogadałem z jednym z nich - Irańczyk był bardzo pazerny na moje widokówki z Krakowa, z trudem pogodził się z faktem, że dostanie tylko jedną. Zakwaterowałem się w hotelu, właściwie w sali wyłożonej dywanami w obskurnym budynku (25.000 IRR). Jutro mam niby zapewniony transport minibusem o 6.30. Pozostała mi tylko półgodzinna wędrówka do ruin Gazor Khan...
Alamut
Alamut
Alamut
Alamut
Alamut
Gazor Khan
Muzułmańskie akcesoria

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej