Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


Pushkar

czwartek, 8 III 2007


Miasto czterystu świątyń |Hanka dostaje paszport puszkarski |Modły w świątyni Durgi |Mundurki dla Giertycha |Jedno wesele i jeden pogrzeb |Moja pierwsza gurdwara |Hindusi nas fotografują


Pushkar: mnich i ghaty

Ponoć Brahma upodobał sobie to szczególne miejsce, w którym dziś stoi w Pushkarze świątynia Durgi. Hindusi zbudowali dla niej świątynię, później drugą i trzecią. A potem poszło jak z płatka. Dziś w Pushkarze - świętym hinduskim mieście jest trzysta a może i czterysta świątyń. Co niektórzy przewodnicy utrzymują, że jest ich 900, ale to i tak nie ma znaczenia. Czyż nie jest to miasto godne wizyty?

---.---

Pobudka przed czasem, czyli o 6.00. Jest jeszcze ciemno, noc była chłodna, zaczynamy od kawy. Hanka źle się czuje po wczorajszym dniu, najlepszy będzie więc rosołek. Mi wystarczy chlorchinaldin i polopiryna.

Pushkar budzi się do życia. Gospodarze zamiatają ulice, myją schody. Oczywiście, że są to tylko pozorne zabiegi, miasto jest zaśmiecone non-stop. To raczej przerzucanie śmieci z jednej strony ulicy na drugą. Heh! Gdybym był tu burmistrzem urządziłbym konkurs czystości lub zachęciłbym mieszkańców jednego kwartału do dania przykładu innym. Od razu turyści by wyczuli, gdzie im się przyjemnie nocuje. Pushkar: ghaty

OK, zostawmy estetyczne potrzeby Indusów. O 7.00 jesteśmy nad świętym jeziorem, zdejmujemy na schodach buty. Dziś dopiero możemy dokładnie przyjrzeć się temu miejscu. Budynki wokół jeziora są niewysokie, dwu- trzypiętrowe, niektóre ładnie ozdobione, inne zaniedbane i popadające w ruinę. Przed nimi kamienne schody prowadzące wprost do wody. To słynne ghaty. W niewielkiej odległości od brzegu znajduje się wysepka z różową świątynia. Białe budynki nad wodą i wyrastające spomiędzy nich wieże świątyń tworzą niezwykłą scenerię. Jest pusto, tylko w oddali kilku mężczyzn zajmuje się praniem rzeczy.

Przyczepia się do nas Indus i wciska do ręki płatki kwiatów. Opowiada o jeziorze, ghatach i szczęściu, jakiego doznamy odmawiając wspólną modlitwę. Już wiem, że to jeden z miejscowych naciągaczy, będzie nam oferować słynny puszkarski "paszport". Oddaję mu płatki, niech Hanka sama się w to bawi. Przystajemy nad wodą, Indus każe jej powtarzać słowa modlitwy. To nic, że zostają one całkowicie przekręcone, ważna jest intencja! Hanka wrzuca płatki do jeziora i na jej przegubie zostaje zawiązana czerwona nitka. Pierwsza część zabiegów ku szczęśliwości zakończona. Teraz druga część - płacenie. Indus dostaje 10 rupii (akurat tylko tyle mamy drobnych) i zaczyna się denerwować. Mówi, że zwykle za usługę dostaje 100 a nawet 1000 dolarów. Ależ ma dzisiaj pecha! Facet jęczy i jęczy, ostatecznie spod spódnicy Hanka wyciąga jednego dolara. Pushkar: Durga Temple

Uwalniamy się od natręta, siadamy między świętymi kupami a świętymi śmieciami. W brudnej, choć świętej wodzie myją się hindusi. Inni piorą swe rzeczy. Na szczęście nie używają do tych czynności ani mydła ani detergentów. Wystarczą kijanki lub biczowanie materiałem kamiennej półki. Słoneczko wychodzi spoza chmur, robi się coraz cieplej. Rozpoczynamy niespieszny spacer wokół jeziora. Droga prowadzi nas czasem całkiem blisko brzegu, to znów wspinamy się po schodach, by obejrzeć pobliską świątynię. Dochodzimy do tamy spiętrzającej wody jeziora. Tabliczka informuje, że przed wejściem trzeba tu ściągać buty, obowiązuje zakaz fotografowania. O tyle to dziwne, że spotykamy kilku Indusów przechodzących tędy w obuwiu.

Skręcamy do świątyni Durgi. Jej czerwona sikhara z daleka przyciąga wzrok. Wokół pełno straganów z owocami, kwiatami i dewocjonaliami. Mimo nagabywań właścicieli półek na buty, zostawiamy sandały bez opieki i mijając kilka zastępów dyżurnych żebraków wchodzimy po schodkach na teren świątyni. Na niewielkim dziedzińcu wznosi się zgrabny budynek pomalowany krwistoczerwoną farbą. Na wystających fragmentach dachu przysiadły cztery żółte dziki, szczerzą kły. Zewnętrzne ściany są ozdobione płaskorzeźbami, lecz znacznie mniej interesującymi niż tamte - z dżinijskich świątyń w Jaisalmerze. Przed ołtarzem, jak zwykle gromadzi się grupa hindusów. Hinduski siedzą w kilkuosobowych grupkach na podłodze i rozmawiają Po schodkach wychodzimy na ganek budynków otaczających dziedziniec. Z tego miejsca dopiero widać jak wiele w Pushkarze jest świątyń. Zanim wrócimy do miasta muszę jeszcze wyrwać swoje sandały właścicielowi szafek ;-) Pushkar: tancerka

Spacerując uliczkami trafiamy na szkołę, wokół mnóstwo dzieciaków w mundurkach. Co ciekawe, w Indiach bywa tak, że każda klasa ma inny kolor sweterka lub koszuli, uczniów danej szkoły łączą natomiast wspólne elementy: emblemat lub jednakowy wzór krawatu. Tak, tak, nie pomyliłem się! Krawaty tu noszą tu nawet 6-latki! I to często również dziewczynki! Giertych by się ucieszył!

Wędrując dalej trafiamy do lokalnego domu pielgrzymkowego. To kilka budynków z setkami pokoików, które - sądząc po widoku Indusów gromadnie myjących się w umywalniach na dziedzińcu -pozbawione są zbytnich wygód. Ceny i rezerwacje pokojów zapisane są na wielkiej tablicy w języku hindi - przypuszczam, że nocleg dla nich jest tu dość tani. Pushkar: tancerka

Zwabieni muzyką dochodzimy pod dom panny młodej. Grupa kilkunastu bajecznie kolorowo ubranych Indusek tańczy przy dźwiękach piszczałek i bębnów. Są w różnym wieku, niektóre zgrabne inne z fałdami tłuszczu wyskakującymi spomiędzy zwojów sari. Ostry makijaż, bordowe tilaki na czole, dłonie pomalowane chną we wzorki, kolorowe bransolety na przegubach i łydkach, złote kolczyki i naszyjniki - to wszystko sprawia, że patrzę na tańczące kobiety jak urzeczony. Tancerki chwytają się za ręce, robią młynki, wirują coraz szybciej, by po chwili się oderwać od siebie i podjąć solowy taniec. Ruchy ich kibici i ramion są pełne ekspresji i bardzo zmysłowe. Teraz znów tańczą parami, śmieją się przy tym do siebie, można rzec - wygłupiają się. Wokół zebrała się sporo grupa gapiów, powychodzili z domów mieszkańcy, nawet straganiarze oderwali się na moment. Tak, te właśnie sceny z Pushkaru będą jednymi z milszych indyjskich obrazków...

Narastający upał sprawia, że postanawiamy oddalić się od centrum, poszukać nieco cienia wśród zieleni. Dróżka wiedzie nas wśród akacji, kaktusów i bananowców. Pasterz prowadzi swoją trzodę na łąkę, w tumanach kurzu wymijają nas rozklekotane wozy terenowe. Między drzewami uwijają się zielone papugi, wciąż są one dla nas niecodziennym widokiem. Ptaków w ogóle jest tu dużo, najczęściej spotykamy biegające po ziemi brązowe majny - ptaki wielkości szpaka. Pushkar: farby

Nieoczekiwanie trafiamy na tradycyjny pogrzeb. Na pustym podwórku płonie niewielki stos. Między językami ognia widoczne są zawinięte nogi zmarłego. W odległości dziesięciu metrów siedzi na murku samotny mężczyzna. W milczeniu wpatruje się w ogień. To pewnie ktoś z najbliższej rodziny. Kilkunastu mężczyzn, z wyglądu Sikhów, zgromadziło się za ogrodzeniem. Siedzą, patrzą, cicho rozmawiają. Gdy będziemy tędy wracać pół godziny później - stos już będzie dogasał.

W okolicach biur agencji turystycznych spotykamy pusty autokar Logos Travel, a w chwilę później piątkę wrocławian indywidualnie podróżujących po Indiach. Chwila miłej rozmowy i idziemy do stojącej nieopodal świątyni sikhijskiej. Ten biały budynek stojący przy głównej drodze wygląda bardziej na pałac niż na świątynię, i co ciekawe, nie jest wspomniany w przewodnikach. Tuż za bramą wita nas ubrany na biało Sikh. Dr Singh nosi malinowy turban, ma długą brodę owiniętą siateczką, by mu zbyt nie przeszkadzała i jest bardzo rozmowny. Przy wejściu musimy obmyć nogi w progu wodnym z wolno przepływającą wodą oraz przykryć głowę. Sikh prowadzi nas do wnętrza. Pushkar: dr Singh

Jest półmrok, światło wpadające przez bramę oświetla kolorowy "ołtarz". Właściwie nie wiem, jak nazwać to miejsce: pod alabastrowym baldachimem przykryte brązowo-złotą kapą. Tu zasiada "kapłan", wokół dużo kwiatów, zwraca uwagę wykonany ze srebra 50-centymetrowy przedmiot. "To święta głoska Om" - tłumaczy Sikh. Oznacza ona właściwie wszystko ;-) Znana jest i w buddyzmie i w hinduizmie i w dżinizmie. Dla Sikhów jest symbolem jedności boga. W pobliżu ustawiona jest złota tarcza z dwoma skrzyżowanymi mieczami. Obchodzimy wnętrze wokół. W kącie znajduje się nieużywana obecnie "lektyka" do noszenia Guru Granth Sahib - świętej księgi sikhizmu. Słuchamy opowieści o tej młodej religii, o jej 400-letniej historii i zasadach. A także o pięciu "k" tak ważnych w życiu Sikha: keś - zwyczaj nieobcinania włosów, kangha - drewniany grzebień noszony we włosach, kaćch - specjalne portki, kirpanv - krótki ceremonialny miecz, kara - metalowa bransoleta noszona na przegubie.
Później zaglądamy do dużego langaru - hallu spełniającego funkcję stołówki. Jest akurat pora obiadu, w dwóch rzędach na podłodze siedzą Sikhowie, kobiety i mężczyźni. Przed nimi rząd tac i misek. Kucharka nalewa chochlą z wiadra jakąś zupę, chłopak roznosi chapati. Nikt nie zwraca na nas uwagi. Zwyczaj nakazuje, by każdy wstępujący do gurdwary został nakarmiony, napojony i jak trzeba - przenocowany. Za darmo. Pushkar: kobiece ozdoby

Siedzimy jeszcze chwilę z innymi Sikhami na krzesłach przed świątynią, robimy pamiątkowe fotografie, dopytuję o interesujące mnie sprawy. To krótkie spotkanie z tą niewielką społecznością wywarło na mnie wyjątkowo pozytywne wrażenie. Nabieram coraz większej ochoty, by odwiedzić Złotą Świątynię w Amritsarze. Żegnamy się i wracamy do hotelu.

Robimy sobie herbatkę, gdy zjawia się właściciel "Koh-i-nooru" z żądaniem zapłaty za kolejny dzień. Robi się nieprzyjemnie, tłumaczę Indusowi o ustaleniach z rana, lecz ma on to w nosie, mówi, że on decyduje o wszystkim a nie jego pracownicy. Wołam na świadka chłopaka z dachu, troszkę krzyczymy na siebie. Gdzież się podział ten miły, sympatyczny menedżer, z którym robiliśmy sobie zdjęcia wczoraj? Unosi się w końcu honorem, wychodzi, nie chce żadnych pieniędzy. Mam ochotę dostosować się do tego, w końcu brzydko traktuje swych gości, jednak Hanka każe mi zapłacić umówioną wcześniej kwotę. Zanoszę mu pieniądze na dach i wynosimy się z hotelu. Pushkar: świątynia hinduistyczna

Przed biurami sprzedającymi bilety zebrało się sporo turystów, jadą głównie do Delhi. Nasz kierunek jest mniej oblężony, do Adjmeru podjeżdżamy zwykłym autobusem. Tam, czekając na spóźniający się godzinę autobus sypialny, ucinamy sobie pogawędkę z sympatycznym Koreańczykiem jadącym do Nepalu. Ma doktorat z wulkanologii, mówi w hindi, po nepalsku i w trzech innych jeszcze językach. Kilku chętnych na przejazd Indusów przysłuchuje się naszej rozmowie, później proszą o "one photo". W porząsiu, możemy troszkę popozować. Zdjęć nam robią pełno, i tak z nich niewiele wyjdzie, bo nie używają lampy błyskowej a noc już przecież.

- Thank you, mister, thank you!

- No problem, five dollars - uprzejmie odpowiadam. Śmiejemy się.

Nasz nocny autobus do Agry różni się chińskich sleeperów. Ma dwie części: sypialną na piętrze i zwykłe fotele na parterze. Miejsca leżące są oddzielone od korytarzyka szybami, są zasłonki, otwierane okno zewnętrzne. My mamy dwójkę po drugiej stronie jedynki ;-) I wszystko byłoby OK, gdyby nie indyjski rozmiar kuszetek ;-) Noc jest męcząca, prawie nie śpię, tutejsze drogi to nie irańskie autostrady :-(

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej