Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [1] [2] [3] [4] [5]


Porąbka - Przełęcz Kocierska - schr. na Leskowcu

niedziela, 21 II 2010


Przecieranie szlaku |Zwierzaki na imprezie |Niedzielna turystyka |Byłoby miło, ale... |Młodzież zdobywa góry |Nocna wędrówka |Sympatyczny wieczór w schronisku


Porąbka (Kozubnik) 8:00 - Żar 10:50 - Przełęcz Isepnicka 11:50 - Przełęcz Przysłop - 12:40 - Kocierz 13:10 - Przeł. Kocierska 14:10 - Potrójna 15:40 - Łamana Skała 16:50 - Leskowiec 18:30 - schronisko na Leskowcu 18:30 Żar

Dziś swą wędrówkę zaczynam z Porąbki-Kozubnika. Idę do końca wsi i rozpytuję o dojście do czerwonego szlaku. Dwóch staruszków wracających z kościoła zażarcie dyskutuje nad wariantami drogi dla mnie, decyduję się zawierzyć opinii jednego z nich. Idziemy razem w górę niebieskim szlakiem, którego, notabene, nie mam na mapie. Ledwo mogę nadążyć za 60-latkiem. Mężczyzna wkrótce skręca do swojego gospodarstwa, ja po kilkuset metrach skręcam w prawo w las. Tabliczka "Dojście do czerwonego szlaku 50 min." działa na mnie uspokajająco. Do czasu. Na razie idę tropem lisa. Jego "sznureczek" jest poznaczony co kilkadziesiąt metrów moczem. Widocznie był na obchodzie swego rewiru. Dzień zapowiada się pogodnie. Ptaszki ćwierkają, słonko przedziera się przez chmury. Gałęzie jodeł i świerków uginają się od śniegu. Piękna zimowa sceneria, szkoda, że nikt tędy nie chodzi - mniej bym się męczył! Zapatrzony w ślady i tropy na ścieżce nie zauważam gwałtownej zmiany szlaku, który pobiegł w lewo w skos przez zbocze. Muszę się cofnąć z pół kilometra. Ugh! Przecieranie na nowo szlaku jest tu mało przyjemne, pół godziny później wychodzę na otwartą przestrzeń polany na mocno nachylonym zboczu. Jest ślicznie. Patrzę z zapartym tchem i nie mogę zrobić ani kroku. Tkwię bowiem w półmetrowej zaspie! Innej drogi nie widzę. Powolutku, czasem na kolanach, wielokrotnie przewracając się, wdrapuję się stok. Jeszcze mały zagajnik, jeszcze 50 metrów i wychodzę na równą drogę biegnącą wzdłuż ogrodzenia zbiornika elektrowni szczytowo-pompowej na górze Żar. Tu już jest czerwony szlak. Droga z Kozubnika zajęła mi 2.5 godziny. Kapliczka pod Żarem

Zjadam zasłużone drugie śniadanie, herbatka i ruszam! Muszę się pospieszyć, przecież dziś chcę dojść do Potrójnej. Wychodzę na wzgórze a raczej szeroką płaskość: na prawo ode mnie wały ziemne wokół zbiornika, na lewo jakieś pogierkowskie nieudane inwestycje, a szlaku... brak. Hm, może jakiś Winnetou zorientowałby się w tej plątaninie ludzkich śladów krzyżujących się w tym miejscu. Nieco na wyczucie idę dalej, niepewnie zawracam kika razy. Złoszczę się. W końcu znaki się odnajdują, mijam powieszoną na starym drzewie kapliczkę i idę po głębokim śniegu w stronę Kiczery (831 m n.p.m.). A propos kapliczek. W zimie, w tym biało-szaro-brązowym świecie, są one często jedynym barwnym elementem ożywiającym krajobraz. Lubię je fotografować. Tu wreszcie widzę szerszą panoramę Beskidów: w dole Międzybrodzie Żywieckie, gdzieś za Żarem skrywa się w kotlinie Żywiec. A w dali przymglone pasma Baraniej Góry i Pilska. Lasy w tej okolicy są liściaste a przez to wydają się gołe i mało atrakcyjne. Porastają zbocza jak szczecina u młodzieniaszka. A! Zapomniałbym. Od godziny do moich uszu dobiega muzyka i głos z megafonu. Gdzieś - może u podnóża Żaru - odbywa się jakaś impreza sportowa lub kulturalna. Ukształtowanie terenu sprawia, że głos wydaje się dochodzić z wnętrza zbiornika elektrowni. Ciekawe zjawisko, pytam tylko: czy muszą o tej imprezie wiedzieć wszystkie zwierzęta w promieniu 10 kilometrów?! Muzykę i hałasy słyszałem nawet na przełęczy Przysłop (795 m n.p.m.). Gruba przesada. W drodze na Kiczerę

Za Wielkim Cisownikiem (873 m n.p.m.) natrafiam na odpoczywającą piątkę wycieczkowiczów ubranych w kolorowe kurtki, buty hi-tech i gustowne stuptuty. Plecaczki karrimora mają niewielkie, pewnie niedzielny wypad. Pozdrawiamy się. Później mnie wyprzedzają w drodze na przełęcz Kocierską. W porząsiu, tylko dlaczego dziurawią śnieg kijkami trekingowymi?! Taki ładny śnieg a podziobany! Im dalej na wschód, tym szlak lepiej udeptany, widać też ślady nart. Na Kocierzy (879 m n.p.m.) zwanej przez innych Wielką Górą kolejna kilkuminutowa przerwa na kubek herbaty. Stwierdzam, że palnik i butla są nieprzydatne w takiej wędrówce, prawie litr wrzątku w termosie wystarcza na większość dnia. Teraz już szybko w dół ku Przełęczy Kocierskiej. Na tym odcinku szlaku coraz więcej osób, jakieś małżeństwa z pieskiem, staruszki... hm. "Elegancką" grupkę doganiam na parkingu przy zajeździe "Kocierz". Kilkaset metrów stąd znajduje się Przełęcz Kocierska i dalszy ciąg szlaku biegnącego na Łamaną Skałę. Rychło się przekonuję, że po drugiej stronie przełęczy szlak jest znacznie rzadziej uczęszczany, choć równie atrakcyjny. A oznacza to ni mniej ni więcej, że turystyka jest tu zdominowana przez zmotoryzowane rodziny, które podjeżdżają asfaltową drogą do knajpy i idą na krótki spacer w las - tam gdzie bliżej, łatwiej i wygodniej - czyli w stronę Wielkiej Góry. Hm. Nie szkodzi. Tłumy to ja mam w Krakowie. Mchy

Pod Roczenką (735 m n.p.m.) urządzam sobie dłuższą przerwę: na lunch zamówiłem sobie pyszne kanapki z pasztetem. Ciekawe, ile schudnę po tym tygodniu? Obawiam się, że nic, bo dokarmiam się codziennie czekoladą. No dobrze, jest już po 13.00, przeciągam się i ruszam. Przed Potrójną (884 m n.p.m.) spotykam dwóch 30-latków, z rozmowy wynika, że tuż za szczytem znajduje nowa chatka, z ciekawości tam zajrzę. Póki co, szybkim krokiem maszeruję na wierzchołek. Nowe miejsce noclegowe, jest rozreklamowane w całej okolicy, trudno przeoczyć drogowskazy. Pomysł na interes góral miał dobry, ino klienci zawodzą: w chacie ciepło, ale pusto! Dziewczę podaje mi cenę 15 zł/noc i zachęca do oglądania komnat na pięterku. Można zresztą spać na dole, wyciągnąć na kanapie grzejąc się żarem buchającym z pieca. Byłoby miło, ale jest dopiero 16.00, szkoda mi jeszcze dnia. Może innym razem. Wracam na czerwony szlak biegnący pod lasem. Mam teraz do wyboru dwie opcje: nocleg w chatce studenckiej lub w schronisku na Leskowcu. Wybór czysto teoretyczny, bo wiem, że będę dziś szedł do upadłego. Sprawdzam jeszcze tylko działanie czołówki i ruszam a właściwie zbiegam w stronę Łamanej. Pod Potrójną spałem dwadzieścia lat temu, mówiło się wtedy o chatce w Basiach. Miłe wspomnienia z klubowego letniego obozu. Pod Beskidem

Zapadający wieczór zastaje mnie przy skałkach Madohory. Teraz już prosta droga na Leskowiec. Z oddali widzę, że bocznym szlakiem z... eeee... Rzyków-Praciaków (powinienem mieć jednak nowszą mapę!) pnie się kilkudziesięcioosobowa grupa młodzieży. Gdy ich mijam, większość już jest na skrzyżowaniu i głęboko oddycha, kilka osób posapując z trudem wspina się po stoku. Słyszę błagalne głosy osób prowadzących grupę: "Jeśli wyjdziecie na górę, dostaniecie dobrą kolację. Tylko wyjdźcie na górę!". Hm. Poszli chyba do chatki studenckiej. Kilometr dalej trafiam na dwie, może 18-letnie narciarki. Idą niby na nocleg do Groty Komonieckiego. "Ale nie wiemy, gdzie to jest" - dodają. Mam nadzieję, że żartowały. W każdym razie łączność i światło miały. Życzę powodzenia i żegnam się. Swoją drogą... nigdy nie słyszałem o tej jaskini. Na mojej mapie jej nie ma :-p. Pod Roczenką

W lesie jest znacznie ciemniej, najwyższa pora zapalić czołówkę. Chwycił lekki mróz, śnieg skrzypi, idzie się znacznie lepiej niż za dnia. Mając w pamięci liczne opisy nocnych wędrówek z latarką, staram się nie świecić światłem po bokach: po co mam denerwować jakieś leśne potwory czyhające na mnie? Od czasu do czasu nie wytrzymuję i zataczam głową krąg: a nuż ujrzę gdzieś błyszczące ślepia? Niestety, świecą tylko gwiazdy nade mną, a nawet wychynął zza chmur kawałek księżyca. Widzę Pas Oriona i wielkie "W" Kasjopei, i myślę sobie, że dobrze, że nie muszę się dziś orientować według gwiazd. Żałuję wciąż, że przez całe życie nie nauczyłem się rozpoznawania gwiezdnych konstelacji i znam tylko te podstawowe gwiazdozbiory. Pod Potrójną

Ale oto już Leskowiec. Znów kapliczki i jakieś tablice poświęcone polskiemu papieżowi. Jeszcze kilka minut w stronę Jaworzyny. Tak, tak: Jaworzyny. Moja Babcia całe życie mówiła "ulica Starowiślna". I chociaż poprawiałem ją: "To ulica Obrońców Stalingradu, nie Starowiślna!", to przecież doczekała przed śmiercią przywrócenia starej nazwy.

W schronisku milutko: bez krzyczenia "Buty!", z uprzejmą pania kierowniczką. Dostałem pokój dla siebie. Nocuje tu jeszcze trójka: młode małżeństwo i dwudziestokilkulatek. Siedzą teraz w jadalni i sączą piwo. Ja zamawiam wrzątek, dużo wrzątku!, i siadam w pobliżu przy chińskiej zupie. Spragniony ludzkiej mowy łapczywie słucham, o czym rozmawiają. Włączam się do dyskusji, gdy rozmowa schodzi na temat Kirgistanu i Kazachstanu. Chcą się tam wybrać, ja sugeruję rezygnację z Kazachstanu, kraju raczej dla koneserów, na rzecz Iranu. Muszę im trochę wyprostować zafałszowany medialnym szumem obraz pięknej i bezpiecznej Persji. Szkoda, że nie mają ze sobą laptopa (cóż za niedopatrzenie!), bo pokazałbym niezłą prezentację. Chłopcy wyciągają pół litra i coca-colę i drinkujemy. Rozmawiamy też trochę o Trzeciej Rzeszy, widać, że ten temat to pasja młodego człowieka. Godne uznania. Proponują ciąg dalszy rozmów u siebie, ale ja muszę wstać wcześnie. Mówię dobranoc i zmykam.
To był dobry dzień: 27 km, 10.5 godziny.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej