Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]


Pietrosul(2303m)-Romuli

wtorek, 5 VIII 2003


Pietrosul zdobyty! |Niecodzienna "gloria" |Co za żmija! |Mordercze zejście do Romuli |W nocnym pociągu


Pietrosul, 2303m

Siedzę teraz na przełęczy pod Rebrą poniżej Pietrosula i wcinam rodzynki. Dziewczyny nadchodzą z góry ze śpiewem na ustach (jak zawsze). Chyba wszyscy jesteśmy zadowoleni. Pietrosul (2303m) zdobyty - Alpy Rodniańskie odfajkowane. Jeszcze 2 godziny temu siedzieliśmy w namiocie nad jeziorkiem w kociołu pod "La Cruce". Mój zegar biologiczny nastawił się tym razem na 5.50, szybko ubieramy się, kawa, herbatka. Wyruszamy o 6.25 tracąc kilka minut na znalezienie dobrego kierunku w górę doliny. Poszliśmy "na lekko" jak mówią dziewczyny, prowadziła Madzia na skróty, wprost na pierwszą przełęcz prze Rebrą. Tu odnaleźliśmy niebieski szlak prowadzący wprost na Pietrosul. Ścieżka szła tuż pod granią, raz lewą, raz prawą stroną. Mgła spowijała zachodnie zbocza grzbietu, od czasu do czasu mijaliśmy prawie pionowe żleby zachęcające do saneczkarstwa ekstremalnego.
Na zachodnim trawersie Rebry (2268m) wydałem jęk boleści i zachwytu. Ujrzałem bowiem zanurzony we mgle masyw Pietrosula oddzielony piękną lecz szeroką przełęczą - a więc jeszcze sporo drogi było przed nami.Pietrosul, gloria

Za przełęczą, na grzbiecie Pietrosula spotkałem nie znane mi wcześniej zjawisko. Mgła kryła dolinę jak wspomniałem po zachodniej stronie zbocza, cień grani wyraźnie odcinał się na mgle oddalonej ode mnie o 100 metrów. Zobaczyłem swoją sylwetkę na białej mglistej ścianie, a wokół ciemnej sylwetki - tęczowe kręgi o rozmiarach dwukrotnie przekraczających wysokość mojego cienia. Intensywność barw tej glorii zależała od oświetlenia. Gdy słońce świeciło ostro widziałem wyraźnie wszystkie kolory tęczy a nawet dodatkowe purpurowo-szmaragdowe kręgi. Niesamowite. Gloria i zjawisko Brockenu towarzyszyło mi w drodze niemal do szczytu.

Kolejne, wyłaniające się z mgły ostre wierzchołki dawały nadzieję, że to już wierzchołek Pietrosula. Syndrom upragnionego celu... W końcu pojawiły się zabezpieczające pogięte poręcze i zniszczony schron turystyczny z powiewającą flagą. Droga od jeziorka do szczytu zajęła mi 1.5 godziny. Czekając na Magdy przyrządziłem kawę.

W drodze powrotnej rozłożyłem ręce i sfrunąłem na przełęcz. Co za przyjemność! Tu spotkałem część grupy bydgoskiej (autobus do Suczawy). "Wyszliście chyba o 5.00?" "O 6.30" - uśmiechnąłem się i poleciałem dalej. Jeszcze tylko trawers Rebry i już było widać mikroskopijne namioty nad naszym jeziorkiem.


Gloria W obozowisku jesteśmy o 10.00. Pakowanie i jedzenie zajmuje nam 1.5 godziny (sic!), o w pół do dwunastej ruszamy dalej. Czerwony szlak wiedzie nas dalej niby wygodną drogą ale zmęczone stopy domagają się mchów a nie twardego gruntu. Stąpam więc uważnie upatrując dla każdego kroku płaskiej powierzchni, by broń Boże nie stanąć na kamieniu. A kamienie tutaj przepiękne. Nigdy w życiu nie spotkałem tylu błyszczyków lśniących w słońcu niczym odlane ze srebra przedmioty. Od czasu do czasu trafiają się olbrzymie kwarcowe głazy o śnieżnobiałej barwie. Nieraz dostrzegam ich heksagonalne zrośnięte ze sobą słupy. W pewnym momencie Magda dostrzega na drodze maleńkiego węża. "Żmija?" - powątpiewam i zachęcam dziewczyny do chwytania. "A niech cię ugryzie, będziemy miały z tobą wreszcie spokój" - Magda nie może powstrzymać swych emocji. To niezbyt ładne i niezbyt sympatyczne. Prawdą jest, że ludzi poznaje się najlepiej w górach. Zostaję trochę w tyle, przy źródełku myję włosy, golę się i robię małe pranko. Ruszam i powoli odrabiam stratę czasu - sprzączka plecaka zabawnie skrzypi zastępując mi śpiew ptaków, których tu - o dziwo - nie słyszę. Okolice Pietrosula

Na drodze spotykam coraz więcej turystów, głównie Czechów (lub Słowaków) ale też Rumunów i Polaków (7-osobowa sympatyczna grupa wrocławsko-krakowska). Ostatnie zdjęcia z Alp Rodniańskich. Widząc baraszkujące na łące konie próbuję je podejść - płoszą się i wystawiają mi jedynie zady. Zmieniamy kierunek marszu na południowo-wschodni. Wciąż łąki i łąki. Rzucam okiem od czasu do czasu do tyłu: potężny Pietrosul pięknie wygląda w popołudniowym słońcu.
Schodzimy stromą ścieżką w dolinę rzeki Strimba. To koszmarna droga w dół i w dół (albo: w górę i w górę ;-)    ). Czuję coraz większe zmęczenie, muszę często odpoczywać. Krajobrazy stają się bardziej beskidzkie: dużo lasów świerkowych a niżej bukowych. Dziewczyny skręcają ku pasterskiej zagrodzie chcąc kupić ser - nie udaje się. W końcu po 4 godzinach mordęgi dochodzimy do potoku. Tu ciekawe żelaziste źródełko, z którego regularnie wydobywają się bąble jakiegoś gazu. Jestem jednak zbyt zmęczony, by mój zmysł eksperymentatorsko-badawczy został pobudzony. Rejestruję tylko zjawisko. Nogi same zmierzają ku strumieniowi. Oświadczam, że muszę się umyć. Magdy również zdejmują plecaki. Rozbieram się i siadam pośrodku potoku. Co za ulga, nawet nie odczuwam zimna. Dziewczyny również dokonują ablucji, lecz czynią to dość dziwnie - w ubraniu, co jako żywo przypomina mi kąpiące się Jordanki.Pietrosul, widok z Vf. Batrina

To nie koniec wędrówki na dzisiaj. Uprzedzeni przez grupę Polaków, że droga z Romuli przez Obcina Pietrei (1208m) do Moisei to jedynie utwardzona leśna droga, nie liczymy na stopa. A to oznacza dodatkowo 2.5 godziny drogi wzdłuż raul Strimba. W końcu osiągamy przysiółek Romuli. Uwagę naszą zwracają drewniane chaty pokryte charakterystycznym gontem. W niektórych domach oryginalnie wycinane deszczułki gontu zostały przez nowocześniejszych górali wymienione na przełomowy wynalazek XX wieku - eternit.
Małe zakupy: lody 7.000, chleb 11.000, herbatniki 7.500 lei. Teraz człapu-człapu na dworzec w Romuli (dojście obok szkoły). Kasjer zostaje postawiony przed karkołomnym zadaniem: chcemy jechać z przesiadkami do Sighisoary - trochę to trwało zanim sobie wszystko wytłumaczyliśmy: akcelerat do Teius o 20.17 a potem o 2.00 personal do Sighisoary. W pociągu robimy mały chlew zajadając się kolejnym 6-kilogramowym arbuzem. Trasa pociągu opuszczającego Alpy Rodniańskie z pewnością jest godna przyklejenia nosa do szyby, jednak zapadający zmierzch i wspomniana już orgia arbuzowa nie pozwalają na podziwianie widoków.
Za oknem jasne okna mijanych domów. To jednosekundowe podglądanie życia ma w sobie coś pociągającego... Wioski i miasteczka. Jak przyjemnie jest wspomnieć sobie nocny przejazd do Agrigento z bajecznymi światłami Ragusy, czy miliony świateł Ankary.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej