Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16-17]


Przysłowie rosyjskie

Petersburg-Kraków

wtorek-środa, 29-30 VII 2003


Jeszcze raz Ermitaż... |Powrót |"Spierdalaj, to mój parapet!"


Ermitaż

Dzisiejszy dzień nie był aż tak atrakcyjny jak poprzednie jeśli chodzi o zwiedzanie. Nie był, choć w zamierzeniu miało być inaczej... Umówiliśmy się bowiem o 10.30 pod Ermitażem z poznaną w Carskim Siole przewodniczką. Miała nas służbowym przejściem zaprowadzić do Skarbca i pokazać najpiękniejsze, nieudostępniane zwiedzającym zbiory. Jak przyszło co do czego :-(, owszem, weszliśmy tyłem do muzeum, obejrzeliśmy ileś tam sal królewskich, kobieta opowiedziała nam o historii tych miejsc i życiu carów itd. Było to wszystko ciekawym i wartościowym uzupełnieniem do piątkowego indywidualnego zwiedzania - ale Skarbca nie zobaczyliśmy. Próbowała nas również wprowadzić do Soboru Isaakijewskiego - też nie poszło. Widocznie - jak to się dziś mówi - była za krótka ;-) No wsio w poriadkie, starała się. Tyle co udało się nam zobaczyć w Soborze w czasie kilkuminutowych pertraktacji - musi mi wystarczyć. Fontanka

Wcześniej rano pokręciłem się po centrum szukając ładniejszych ujęć do zdjęć i rozmyślając (jako, że byłem bez kopiejki przy duszy), czy nie wymienić jeszcze 5€. Wymieniłem. Chcieli paszport! Nieprawdopodobne. Dla 5 euro!
Reszta grupy "warszawskiej" kłóciła się na poczcie lub zwiedzała miasto na północ od Newy.
Na dworcu robimy sobie dłuższy odpoczynek - pociąg wyjeżdża z godzinnym opóźnieniem. Moja szklana podobizna krąży z rąk do rąk wzbudzając zainteresowanie i (może nieco) zazdrość ;-). Pomnik Przewalskiego


A zatem nasza odyseja dobiega końca. Siedzę w pociągu do Brześcia cały spocony i brudny, i czekam na otwarcie drzwi do salonu odnowy biologicznej. Mają urok te rosyjskie pociągi: trzeba odczekać godzinę, czasem mniej, by opuścić miasto - sanitarnaja zona. Podobnie - przed przyjazdem do większego miasta kibelki są zamykane. Konieczne jest więc wyczucie, by odpowiednio wcześnie ustawić się do kolejki.
A zatem to już koniec wycieczki. Szczerze powiedziawszy miałem już dość Petersburga - 5 dni w jednym miejscu to stanowczo zbyt długo jak dla mnie. Opuściłem więc Pitera z poczuciem ulgi, lecz i z nutką niedosytu. Bursztynowa Komnata będzie powodem, by tu kiedyś wrócić, tak, jak chciałbym wrócić do Paryża dla impresjonistów, czy choćby do Stambułu dla Hagia Sofii.
Pociąg jest zatłoczony, mam miejsce z dala od innych, wykorzystuję więc czas na konwersacje z pasażerami. Akurat dużą rozmownością odznacza się Rosjanin wracający do siebie czyli... do Hiszpanii. Pracuje tam od lat i chwali sobie tamtejsze życie. Co chwilę pokazuje mi kolejne albumy tłumacząc dokładnie kim są ci ludzie na zdjęciach ;-) Ostatnia noc upływa spokojnie. Tu mała refleksja: spędziliśmy w pociągach łącznie 120 godzin! To pięć dni i pięć nocy. To z 9.000 kilometrów. Mniej więcej, bo na biletach odległości nie ma, a i prowadnica nigdy nie chciała powiedzieć - tajna! Tak więc wyjazd ten, choć czasowo najkrótszy z dotychczasowych, był całkiem, całkiem jeśli idzie o przebytą drogę. Sobór Isaakijewski

Brześć. Żegnam się z Hiszpano-Rosjaninem. Za kilka tysięcy białoruskich rubli kupuję pomidory i napój - przecież nie będę wiózł do domu tej makulatury. Arek daje Sławie białoruskie wafelki, lecz gdy ta się dowiaduje, że przewozi w waflach sprasowany hasz, chce szybko oddać :-)) Pytamy się Sławy, ile alkoholu wiezie na sobie, i czy wygodnie jej z przylepionymi paczkami papierosów. Ofiara naszych żartów bardzo to przeżywa, ale - śmieje się.
Później formujemy zwartą grupę przed bramką do odprawy celnej. Na 30 minut przed odjazdem pociągu bramka zostaje otwarta i zaczyna się. Białorusini atakują z lewej i z prawej flanki. Jakaś babina przeciska mi się między nogami. Dziewczyny własną piersią zasłaniają wejście do korytarza. Przeciwnik naciska, nieco ustępujemy, słychać stęki i jęki. Tłum faluje, trzeszczą torby i brzeczą butelki. Cóż za wspaniały widok! Jak obrona Pskowa! A przecież za trzy minuty ta cała dzicz mogłaby wejść za nami spokojnie. Ale nie - napierają, przeklinają, przeskakują przez barierki... Jak w programie TVN "Granice". Przemek znów szepcze coś celnikowi i przechodzimy dalej. Jeszcze odprawa paszportowa i... witaj sklepie wolnocłowy! Znów sceny godne Oscara. "Spierdalaj, to mój parapet" - Polak wykopał właśnie Białorusina, który zaczął bez skrępowania rozkładać paczki papierosów i oklejać je taśmą samoprzylepną. Dzicz z kartonami wychodzi z wolnocłowego sklepu i pcha się do pociągu. Tu, na oczach wszystkich, mężczyźni upychają kartony w suficie a miejscowe baby rozdają kartony i wódkę ludziom z naszej grupy. "Panie Jacku, może jeszcze jedną butelkę?", "A u pani jest już karton?". Głupie miny, pełne zakłopotania. Polscy celnicy urządzają tym razem odprawę w wagonie. Żegnajcie (podobno chwilowo) papierosy w suficie! Sprawdzają prawie każdego, mój podarty plecak niewątpliwie należy do przemytnika-weterana... Cóż, dla widoku zawiedzionej miny celnika, który wyłuskał z plecaka moją "St. Petersburg Vodka 0.25l" byłbym gotów powtórzyć scenę kilka razy.
Gdzies na Białorusi Terespol. Brak prądu dezorganizuje pracę kas. To rozumiem, technika... Ale dlaczego, do licha, panienka nie potrafi sprawdzić dla mnie połączeń kolejowych przez Lublin w rozkładzie jazdy? Hm. Nie może, gdyż nie ma rozkładu...
W godzinę później siedzimy w polskim pociągu, już na normalnych, swojskich torach. Te ostatnie godziny drogi do Warszawy a potem do Krakowa są dla mnie nieco stresujące, chciałbym być jak najszybciej w domu, przecież już jutro wyjeżdżam na następny tramping! Jadę do Rumunii i Bułgarii a trzeba jeszcze wyprać rzeczy, wszyć zamek do innego plecaka, przepakować się, kupić to i siamto, tysiąc spraw załatwić...


Spotkanie po miesiącu   Powrót do Wstępu   Powrót do Strony głównej