Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Dolina Ongolog - Dolina Hirbiseg

wtorek, 13. VII 2004


W górę! W górę! |Na grzbiecie |Wściekam się |"Choć burza huczy wokół nas" |Wycieczka Francuzów


Dolina Ongolog (G. Chubsugulskie)

Opuszczamy kwieciste łąki doliny Ongolog. Początkowo idziemy lewym brzegiem wzdłuż suchego koryta rzeki. W odległości może dwóch kilometrów dostrzegam w górnym odcinku doliny gigantyczny monolit. Ta samotna skałka opisana jest w przewodniku Bezdroży. My jednak przecieramy nowy szlak. Po półgodzinie przekraczamy łożysko rzeki i zagłębiamy się w las. Tu trafiamy od razu na przyjemny strumyk i łapczywie pijemy zimną wodę. Teraz przez pół godziny pniemy się ostro pod górę w kierunku południowo-wschodnim aż do osiągnięcia grzbietu. Szlak koński znaczony zielonymi plamami skręca tu w dół gdzieś do doliny Hirbisteg, musimy poszukać innej drogi. Tymczasem zrzucamy ciężkie plecaki i odpoczywamy pod drewnianym owoo (1h od rzeki). Widać stąd Chubsuguł - jest po prostu piękny!

Odpoczynek przeciąga się do 45 minut, w końcu ruszamy i prawie bez ścieżki wdrapujemy się na wpółzarośniętą kopę. Na szczycie odnajdujemy ścieżkę prowadzącą na zachód ku głównemu grzbietowi Gór Chubsugulskich. Znów towarzyszą nam wspaniałe widoki. Za nami modra tafla jeziora, przed nami grzebień skalny, po obu jego bokach stromo nachylone gołoborza i piargi. Za grzebieniem przełęcz, na którą zmierzamy, nieco na południe "Czerwona Góra" - wybitny szczyt ozdobiony rudymi skałami (na mapie brak nazwy, więc prawem zdobywcy tak ją nazwałem). Gdzieś za nią skryty jest Ich Uuł - cel naszego trekkingu. Główny grzbiet G. Chubsugulskich

Kończą się trawiaste zbocza, znajdujemy się na wysokości około 2000 m n.p.m. Jako pierwszy dochodzę do "Orlej Perci". Zrzucam plecak i idę na krótki rekonesans. Pierwszą olbrzymią skałę obchodzę od południa i wracam do Grzegorza. Omawiamy dalsze przejście. Proszę go, byśmy teraz się nie rozdzielali, bo teren jest trudny. Podchodzę pod następne potrzaskane skały, zrzucam plecak i idę spenetrować teren. OK, da się przejść. Wracam do plecaka. Grzegorza nie ma. Wołam go przez kilka minut. Zjechał po gołoborzu? Czy może odpoczywa gdzieś pod skałą i nie odzywa się? Znów krzyczę. Wracam ścieżką do punktu, gdzie widziałem go ostatni raz. Nie ma go. Cholera! I wtedy go dostrzegam 100 metrów niżej, na gołoborzu - schodzi sobie! Myślałem, że mnie szlag trafi! Woła, że on po skałkach nie da rady. Tylko to trzeba powiedzieć wcześniej! A nie znikać zostawiając mnie na grzbiecie samego. W dodatku szaleństwem jest schodzić w poprzek piargu o nachyleniu 50 stopni! Później powie, że "myślał", iż poszedłem granią, i że się spotkamy po drugiej stronie. Grzbiet między Ongolog a Hirbiseg. W dali Czerwona Góra

To nie koniec moich stresów. Eksplorując północne obejście "Perci" zauważyłem zbliżającą się chmurę burzową znad jeziora. Zjeżdżam do Grześka po skalnym rumoszu i mówię mu, co nas za moment czeka. Po chwili grzmi i spadają pierwsze krople. Musimy zejść do doliny. Osuwisko jest gigantyczne, schodzimy, a raczej osuwamy się kierując się ku kotłowi pod Czerwoną Górą w górnym odcinku doliny Hirbisteg. Teraz już leje, zabezpieczam plecak, rozbijamy się na makabrycznie nierównym terenie. Nie ma co wybrzydzać - wokół grzmi i błyska, zaczął lecieć grad. Pakujemy się do śpiworów, Grzegorz mówi dobranoc. "Za chwilę nas trafi piorun a ty idziesz spać?" - nie mogę się nadziwić. "Rurki od namiotu są przewodzące, nic nam nie będzie" - uspokaja. Z pewnością ;-)

Po godzinie deszcz ustępuje, wychodzi nawet słonko, idę szukać wody na herbatę. Ulewa była jednak zbyt krótka, by wypełnić wapienne koryto potoku Hirbisteg, wodę znajduję dopiero powyżej nas, przy wychodni skał granitowych. Tymczasem grupa Francuzów w towarzystwie jucznych koni pnie się na Czerwoną Górę. Jestem zdezorientowany. Może pójdziemy i my dalej, jest wszak dopiero 17.00? Ale namiot już rozbity, my mokrzy a i widzę, że Grzegorz ma dość na dziś wrażeń. Odpoczynek. Za chwilę ruszymy na 'Orlą Perć'
Kilka razy wyprawiam się później w okolicę po wodę i do skalnego grzyba górującego nad V-kształtną doliną. Widać stąd jezioro i zastanawiam się, czy uda mi się stąd w końcu zobaczyć rano wschód słońca. O 18.00 kilku Francuzów, którzy ostatecznie rozbili się kilkaset metrów od nas, idzie na grzbiet pod Czerwoną Górą - pewnie chcą popatrzeć na zachodzące krwawo słońce. Stoję przed namiotem i patrzę na nich z żalem. "Patrz dobrze, którędy idą, jutro pójdziemy za nimi" - Grzegorz wychyla głowę z namiotu. W pół godziny później grupa jest już na grzbiecie, chmurzy się jednak, więc cieszę się, że nie pognałem za nimi.
Rozmawiam trochę z Grześkiem o zeszłorocznym wyjeździe do Rumunii i o mnie. Poza wnioskiem, że trzeba zjeść beczkę soli, by kogoś poznać, nic z rozmowy nie wynika.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej