Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


New Jalpaiguri - Siliguri - Darjeeling

piatek, 16 III 2007


Uroki pociągowego życia |Strajk powszechny |Robi się gorąco! |Dżipem we mgle... |Darjeeling by night


West Bengal: tonga

Dziś zapowiada się mało atrakcyjny dzień. Większość czasu spędzimy w drodze do Darjeelingu - miasta o legendarnej dla wielu nazwie. Cieszę się, że jadę "tam w górę". Nie pojedziemy do Sikkimu, z perspektywy czasu troszkę będę żałował. Ale kolejny raz powtórzę - nie można mieć wszystkiego, zawsze jest coś za coś. Bo niby z czego mielibyśmy zrezygnować na rzecz wyjazdu do Gangtok? Z Radżastanu? Z Kalkuty? Z Nepalu? Wiem, że moje trampingi mają diabelskie tempo, oglądam dwa razy więcej niż inni. Oczywiście kosztem zmęczenia i niewyspania. Pokażcie mi kogoś, kto w tym samym czasie zobaczył tyle w Chinach, w Iranie czy Indiach?

Pociąg do New Jalpaiguri ma niewielkie opóźnienie, jedną czy dwie godziny. Za oknem głównie pola ryżowe, trwają prace rolne: orka wołami, ręczne sadzenie ryżu. Niekiedy po wiejskiej drodze potoczy się tonga - zaprzężona w parę wołów arba na olbrzymich drewnianych kołach. Wioski są obsadzone bananowcami i palmami, malownicza zieleń maskuje biedę i zaniedbanie w gospodarstwach. Szkoda nieco, że nie zatrzymamy się na dzień, dwa w takiej wiosce, poznajemy Indie od strony większych miast. West Bengal: plantacja herbaty
Życie w pociągu jest dość nudne. Trochę rozmawiamy, wertuję przewodniki, obserwuję pasażerów. Czasem przez pociąg przechodzą chłopcy z herbatą lub kawą. Herbata, jak wspomniałem, jest zmieszana z mlekiem i posłodzona. Podobnie kawa. Właściwie ciężko nam się zorientować, co pijemy. Chciałoby się zareagować, jak w tej starej anegdocie o zdegustowanym kliencie podrzędnej kawiarni: "Jeśli jest to herbata, poproszę o kawę; a jeśli kawa, to wolę herbatę!". Napoje nalewane są sprawnie do miniaturowych plastikowych kubeczków, płynu jest ledwie kilka łyków. Niekiedy kawa jest przyrządzana in situ, przy kliencie. Wówczas chłopak dzieli saszetkę z miejscową nescafé na trzy-cztery porcje! To dla nas nie problem, zależy nam przecież na wrzątku, szybko dosypujemy do kubka własnej kawy.

Na dworcu w New Jalpaiguri nerwowa atmosfera. Trwa strajk po zamieszkach w Kalkucie. Komunikacja publiczna nie działa, motorikszarze odmawiają wzięcia nas do Siliguri, miasteczka oddalonego o 10 kilometrów. Podobny problem ma para angielskojęzyczna i młody Japończyk. Ostatecznie jedziemy trzema rikszami rowerowymi nadkładając sporo drogi ze względu na trwające blokady głównych ulic. West Bengal: manifestacja
W Siliguri spotykamy więcej pechowców, którzy utknęli tu z powodu strajku: parę z Nowej Zelandii i dwie starsze Kanadyjki, które uparły się jechać do Darjeelingu kolejką wąskotorową Toy Train. Darjeeling Himalayan Railway. to miejscowa atrakcja, pociąg jedzie 86 kilometrów przez 8 godzin, wspina się do Darjeelingu na wysokość 2.000 m n.p.m. Dziś jednak żaden pociąg stąd nie odjedzie, kobiety są podłamane. Miały dużo stresów ostatnio, ich autobus na granicy nepalskiej został obrzucony kamieniami, szyby wybite, później podróżowały w konwoju policyjnym... Nowozelandczycy łapią w końcu jakąś okazję do Assamu, Kanadyjki okupują biuro naczelnika stacji.
Nasza sytuacja też się klaruje: strajk jest 12-godzinny, po 18.00 ruszą autobusy i dżipy do Darjeelingu. Mamy sporo czasu. Siadamy na chwilę w cieniu dworcowego hangaru, jakiś miejscowy fotoreporter robi nam zdjęcia. "A pieniądze gdzie?" - Hanka denerwuje się, wyjmuje swój aparat i zaczyna fotografować mężczyznę. Obiecujemy sobie kupić jutro miejscową gazetę; pewnie będzie nasze zdjęcie zatytułowane "Cudzoziemcy cierpią wskutek strajku wywołanego przez komunistów". West Bengal: powrót z plantacji herbaty

Przy głównej drodze - niecodziennie pustej i cichej - zamawiamy w knajpie thali. Nieoczekiwanie pojawia się na ulicy demonstracja. Manifestujący uzbrojeni we flagi, i transparenty krzyczą coś przez megafony. Aktywiści zachęcają gapiów do przyłączenia się do marszu. Właściciel knajpy, w której siedzimy z wyraźnym przestrachem zaczyna zasuwać zewnętrzną kratę odcinając nas od wyjścia. Manifestacja zbliża się, wołają do nas. Wycofujemy się do kuchni. Indus rozmawia z aktywistami, tłumaczy im, że jest zamknięte, że uczestniczy w strajku powszechnym. Przez moment jest gorąco, w końcu manifestanci odstępują od nas.
Idziemy z Japończykiem na internet. Chłopak wygląda na zagubionego i co chwilę dziękuje mi za "opiekę". Jest czas na spokojne napisanie e-maili i relacji z drogi, przeglądnięcie informacji ze świata i z kraju. Odstępuję trochę internetowego czasu chłopakowi. Około 16.00 wzmaga się ruch na drodze, na razie jeżdżą nieliczne prywatne samochody i ciężarówki. To znak, że strajk dobiega końca. Nieco wcześniej niż zapowiadano, lecz nam to nie przeszkadza ;-)
West Bengal: w drodze do Darjeeling

Czekanie na autobus nie jest rozsądne, ładujemy się do dżipa, kurs do Darjeelingu kosztuje zwykle 75 INR, dziś z dodatkiem strajkowym płacimy 90 rupii. Bierzemy oczywiście ze sobą naszą japońską sierotkę. A także trzech...nie... siedmiu innych pasażerów. I pomocnika kierowcy. A wydawało się, że dżipem będzie wygodniej... OK.
Okolice Darjeelingu słyną z plantacji herbaty. Początkowo miałem nadzieję na wizytę na takiej plantacji, komplikacje z transportem sprawiły, że będziemy mieć dużo mniej czasu. Tuż za Siliguri rozpoczynają się pola herbaciane. To prawdziwe morze soczystej zieleni, krzaczki herbaciane rosną w rządkach lub kępami, rozdzielone z rzadka dającymi cień drzewami Jest późne popołudnie, kobiety skończyły już pracę przy zbiorze liści, teraz wracają do miasteczka niosąc na plecach brązowe worki ze zbiorem.
W drodze do Darjeelingu towarzyszy nam na długich odcinkach wspomniana już linia Toy Train. Rozstaw szyn to nieco ponad 60 centymetrów, tory przebiegają gdzieniegdzie tuż pod oknami domów, czasem przecinają szosę pod dziwacznymi kątami zgodnie z optymalnym wyprofilowaniem linii. Mijamy kilka jednostek wojskowych, czuj duch! Chiny i nepalscy maoiści są blisko! i zaczynamy mozolną wspinaczkę na 2.100 metrów. Jedziemy przez las wąską i krętą drogą; pechowe miejsce z tyłu dżipa uniemożliwia mi wygodną obserwację przyrody. Na krótkim postoju rozprostowujemy kości; widzę teraz dobrze, że to już nie nasz polski las: pełno tu bananowców, agaw, pnączy i drzew nierozpoznanych gatunków.
West Bengal: w drodze do Darjeeling
Zapada zmierzch, a co gorsza pojawia się mgła. Odległość do Darjeelingu niby niewielka - 80 kilometrów - a jechać będziemy cztery godziny. Mgła zagęszcza się, nie widać na więcej niż 10 metrów. Co chwilę stajemy i pomocnik kierowcy poprawia umocowanie reflektorów. Niekiedy podjeżdżamy blisko krawędzi jezdni i wówczas widzę przeraźliwie strome urwisko. Hanka narzeka na prędkość jazdy i ścisk w dżipie. Co prawda wysiadło już sześć osób, ale dosiadło się z dziesięć!

O 20.00 jesteśmy w Darjeelingu. Oto i dworzec kolejowy, ale gdzie jest centrum z hotelami? Kierowca udaje, że nie wie, o co nam chodzi, zatrzymuje się na "swoim" parkingu, jak się okaże później przy jednej z niżej położonych ulic. Źli na Indusa, wysiadamy. W mieście brak prądu, nieliczni sprzedawcy wystawili zapalone świeczki w oknach. Przy ulicy kucają grupki mężczyzn, grzeją się przy miniaturowych ogniskach. Darjeeling by night...
Hotele są podobno zgrupowane 100, 200 metrów powyżej, wspinamy się stromymi schodami, lecz w połowie drogi się poddajemy - mamy jakiś hotel pod nosem ("Purmina", 220 INR). Hotelarz jest miły, tłumaczy nam hinduską nazwę hotelu jako "księżyc". Obiecał dżipa na rano, pojedziemy o piątej na Tiger Hill, by oglądać Kanczendzongę o wschodzie. Kolację jemy w hotelowej restauracji u konkurencji. Noc jest wyjątkowo zimna, wstawiamy do pokoju wiadro z gorącą wodą okrywamy się dodatkowymi kocami.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej