Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Narbonne-Lion

sobota, 22. VIII 1992


Czy Francja nadaje się na stopa? | Doliną Rodanu | Mili liończycy


Bazylika w Lionie

Minął tydzień od naszego wyjazdu z Paryża. Poroniony pomysł podróżowania stopem po Francji spowodował, że straciłem resztki sympatii do tego kraju i jego mieszkańców. Czy urocze Gien, pomnik Joanny D'Arc, katedra w Orleanie, piękny Chambord, górskie krajobrazy Masywu Centralnego i niesamowite La Cite warte było tego tygodnia? Na pewno prześladował nas pech. Może udałoby się komuś innemu przejechać do Tuluzy w dwa dni?

W tę sobotę staliśmy na peage. To chyba najlepsze miejsce do łapania stopa. Po raz kolejny zostaliśmy sprawdzeni przez policję (nie było nas w komputerze zainstalowanym w wozie). Do Nimes zabrał nas porządnym samochodem facet "na stanowisku". Utknęliśmy w korku, ale i tak podróż była przyjemna. Na horyzoncie przez moment mogłem widzieć Morze Śródziemne. - Zatokę Lwią. Nie udało się nam być na Riwierze Francuskiej ani Wybrzeżu Lazurowym.
Zrezygnowaliśmy z podróży do
Włoch. Chcieliśmy wracać jak najszybciej do Polski.
Na parkingu pod Nimes wsiedliśmy do furgonu jadącego do Lionu i podczas drogi liczącej niemal ćwierć tysiąca kilometrów przypatrywaliśmy się zmieniającym się krajobrazom doliny Rodanu.

Początkowo drobny deszczyk zamienił się w potężną ulewę odświeżającą powietrze. Ze stacji benzynowej na przedmieściach Lionu Dorota zadzwoniła do esperantysty - tym razem mieliśmy nocleg w centrum. Pozostało tylko dojechać do stacji metra. W milionowym Lionie nie było to takie proste. Wyszukałem wzrokiem przyszłą ofiarę i podeszliśmy do chłopaka, który akurat podjechał na stację. Spytaliśmy się jak dojechać do centrum, a chłopak, zgodnie z oczekiwaniem zaproponował podwiezienie do metra. To bardzo brzydko postępować w ten sposób! Wrzuciliśmy plecaki do tylniej części samochodu a sami we dwójkę siedliśmy na przednim siedzeniu. Spodobał mi się ten chłopak. Metrem dojechaliśmy pod wskazany adres. Wielka brama zamknięta na głucho, cyfrowy zamek przy drzwiach pozbawionych domofonu. Zaczęliśmy krzyczeć i walić pięściami do bramy, by powiadomić esperantystę o swojej obecności. Po pół godzinie podjechał samochód, ojciec i syn przywitali się z nami po esperancku i dopiero wtedy wyjaśniło się, że chłopak spodziewał się innej esperantystki, która miała przyjechać we wrześniu. Postanawiają jednak nas przenocować w mieszkaniu syna na Starówce. Lokum okazało się małe ale przytulne. Swoją drogą musieliśmy wzbudzić zaufanie, jeśli dali nam klucze i pozwolili spać samym w mieszkaniu.
Po ostatnim noclegu w krzakach, komfortowe warunki nastroiły mnie optymistycznie. Są jednak sprawy, które wciąż będą mnie doprowadzać do wściekłości i obrzydzenia. Mimo, że mieliśmy do dyspozycji stół, talerze, deseczkę do krojenia, sztućce, Dorota jadła po swojemu: ze stołu, krojąc na stole, nabijając kawałek konserwy na nóż. Wieczorem, po raz pierwszy od trzech tygodni, posłuchałem trochę muzyki z kaset.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej