Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]


Metković-Mostar-Sarajewo

poniedziałek, 15 VII 2013


|



- Zbieramy się! Jest już jasno! - potrząsam Sergiusza schowanego po czubek głowy w śpiworze.
- A musimy wstawać?! - ziewa.

Składamy rzeczy i opuszczamy nasz hotel. Dopiero dziś widzimy w jak ślicznym otoczeniu byliśmy. Kwitnące krzewy i kwiaty na grobach sprawiają, że czujemy się jak w oranżerii. Zjadamy śniadanie na ławce i wracamy do głównej ulicy w Metković.
Wkrótce wychodzimy za miasto. Jest dopiero po szóstej, próbujemy łapać stopa. Połowa samochodów na numerach bośniackich, mimo to, nie zatrzymują się. Nie to nie!
Mijamy tablicę obwieszczającą, że jesteśmy w Bośni i Hercegowinie. Idziemy dalej szosą coraz bardziej zdziwieni, że nie ma tu kontroli granicznej.
- To tak chronią Unię? Każdy może sobie przejść bez kontroli? - nie możemy się nadziwić. Dochodzimy do stacji benzynowej. Myjemy się i zamawiamy herbatę.
- Jaką herbatę chcesz? - pyta pani za barem. pokazuje najróżniejsze: owocowe, ziołowe.
- Zwyczajną, czarną... Kobieta wyciąga herbatę z czarnej porzeczki. Znów protestuję.
- Nie, nie! Chciałbym zwykły czaj, tea, herbata… Hm, może tu inne zwyczaje?
Ostatecznie zwykła herbata się znajduje.
- Zaraz przyniosę do stolika - uśmiecha się.

O, jak dobrze! - mruczę później - tego mi trzeba było!
- Nie ma tu kontroli granicznej? - pytam mężczyzn siedzących obok.
- Jest. Tam, trochę dalej - wskazuje ręką.

Przejście graniczne pokonujemy z buta. Bośniacki urzędnik nawet nie zagląda do paszportu. Stajemy na stopa po drugiej stronie z myślą, że może coś nas weźmie. Ruch tu w końcu duży. Koczy się znów na autobusie (relacji Metković - Mostar). Może to i lepiej? Będziemy szybciej w Mostarze i może uda się dojechać dziś jeszcze do Sarajewa. Ale najpierw skręcamy do ..., podupadłego przygranicznego miasteczka. Dalsza trasa do Mostaru - obowiązkowego celu w Bośni i Hercegowinie - prowadzi malowniczą drogą. Widać liczne winnice w dolinach. Troszkę przysypiam, co obniża moją czujność i zamiast wysiąść w centrum Mostaru, zajeżdżamy na drugi dworzec autobusowy mieszczący się w północno-zachodniej części miasta.
- Możecie się zabrać ze mną - zachęca jeden z kierowców - jadę na drugi dworzec za pół godziny.
Dziękujemy, nie chcemy czekać. Wolimy się przejść i zobaczyć coś po drodze. Sergiusz kieruje się wskazaniami z GPS-a, idzie się trochę ciężko z tymi plecakami. W dodatku trudno się orientować w mieście - wszystkie, ale to dokładnie wszystkie, tabliczki z nazwami ulic zostały pościągane. Wróg bez wątpienia zabłądzi!
Przechodzimy przez most na ... (oczywiście to nie jest TEN most) i już widzimy dworzec kolejowy i autobusowy. Sprawdzamy połączenia kolejowe i autobusowe i wychodzi na to, że pojedziemy autobusem - taniej i wcześniej. Zostawiamy plecaki (2 za 2 marki!) i szybkim krokiem idziemy na starówkę.

Od razu widać, że miasto ucierpiało podczas wojny. Wiele budynków nos liczne ślady po pociskach, a zrujnowane kamienice przy głównej ulicy nie są rzadkością. Na niektórych zachowały się piękne sztukaterie i bogato rzeźbione gzymsy. Szkoda, że brakuje mieszkańcom pieniędzy na odbudowę. A przecież minęło już 15 lat od wojny. Dochodzimy do cmentarza znajdującego się po lewej stronie ulicy. Setki podobnych do siebie nagrobków. To oczywiście cmentarz muzułmański, To, co zwraca uwagę i robi wrażenie, to podobna data śmierci. Leżą tu głównie młodzi ludzie, którzy zginęli podczas ostatniej wojny z 1993 roku.

By dojść do sławnego mostu ... musimy nieco zawrócić. Skręcamy w lewo ku rzece i stajemy na sąsiednim moście i oglądamy z oddali sławną budowlę. To oczywiście rekonstrukcja z xxx roku, oryginalny most został zniszczony podczas ostatniej wojny. Nasyciwszy się widokiem podchodzimy bliżej. Ta cześć Mostaru jest wybitnie turystyczna, kawiarenki, stragany. Uwagę zwraca restauracja pięknie położona wśród skał poniżej mostu.
- Sergiusz, trzeba kupić pamiątki! - mówię i wyszukuję wzrokiem coś dla siebie.

Podoba mi się - jak zwykle - sporo rzeczy, choćby metalowe, bogato zdobione naczynia: talerze, misy i dzbany; także wyroby tekstylne. Jest też trochę „złomu” wojennego: łuski po pociskach artyleryjskich, hełmy itp. Sporo też symboliki narodowej. Na razie kupujemy ldy korzystając z wątpliwej „promocji”: 2 gałki za 1 euro. Bez wątpienia jest tu taniej niż w Chorwacji, o czym zaświadcza kilkuosobowa kolejka Polaków z jakiejś wycieczki. Idziemy z lodami na most, by się sfotografować. Znów się złościmy, bo moje i Sergiusza baterie są na wykończeniu i aparaty odmawiają współpracy. Trzeba uważać na wyślizgane wapienne wałki ułatwiające wchodzenie na stromy most. Jedno powiem: miejsce koniecznie do odwiedzenia w Bośni i Hercegowinie.
Wysyłam Sergiusza, by kupił dla nas trzy miniaturowe mosty - niech się uczy negocjowania cen! Sam jeszcze szperam w pamiątkach i wyszukuję dla siebie długopis wykonany z dwóch łusek karabinowych. No cóż, ślady wojny są tu wszechobecne i taka pamiątka jest na miejscu… Zrobiło się późno. Za pół godziny mamy autobus do Sarajewa. Wracamy na dworzec szybkim krokiem. Tu znów spotykamy parę japońsko-angielską.
Droga do stolicy wiedzie doliną rzeki ... Właściwie miałem zamiar przejechać ten odcinek pociągiem - w wielu relacjach do tego zachęcano - ale linia kolejowo wiedzie w zasadzie równolegle do szosy, więc i widoki byłyby podobne. Dodatkowo - oglądamy imponujące wiadukty kolejowe ;-) Przejazd do Sarajewa trwa około 3 godzin. Oprócz pięknych ór przetykanych białymi w ...
Tym razem


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej