Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


McLeod Ganj - Pathankot

czwartek, 29 III 2007


Budzą nas trombity |Spotkania z Tybetańczykami |Dalajlama nie ma czasu |Indusi walczą o pierwszeństwo na drodze


McLeod Ganj: tybetańscy mnisi

Ranek w górach. Budzą nas dźwięki sangdoorów czyli trombit. Od godziny piątej trwają modły w świątyni Tsuglagkhang. W porannym serwisie informacyjnym BBC World płaczą nad zatrzymanymi przez Irańczyków żołnierzami brytyjskimi. Hm, po co się pchali na obce wody terytorialne? Przecież Wielka Brytania leży wiele tysięcy kilometrów stąd. Jakoś nie słyszałem o irańskich okrętach wojennych pływających po Kanale La Manche...

O 7.00 idziemy do świątyni. Mnisi zajęli poduchy, czytają i mruczą na przemian. Jeden z nich ma zabawną żółtą czapkę, podobną widziałem w Serxu, w Chinach. Nakrycie głowy wskazuje, że mnisi są uczniami Panczenlamy, drugiego w hierarchii przywódcy duchowego buddyjskiej szkoły Gelugpa. Naprzeciw kilku starszych lamów rozłożyła się na parkiecie czwórka instrumentalistów: dwóch brzęczy talerzami, dwóch dmie w 2.5-metrowe trombity. To właśnie dźwięki tych trąb jerychońskich nas obudziły.
Cichutko siadamy pod posągiem Padmasambhavy i wsłuchujemy się w monotonną recytację modlitw z podłużnych kartek zapisanych starym tybetańskim alfabetem. Przypomina się wizyta w świątyni Gansu w Ułan Bator. McLeod Ganj: Dalajlama

Pół godziny później opuszczamy świątynię i po okrążeniu budynku (młynki pokręcone!) idziemy szukać górskich panoram. Słońce już dawno wstało, lecz złośliwie chowa się za górami. Chcemy pooglądać prawdziwych Tybetańczyków, zrobić parę zdjęć. Zapuszczam się nawet do tybetańskiego przedszkola pełnego ślicznych tybetańskich dzieciaków ubranych w niebiesko-wiśniowe mundurki.
Myszkując po tych stromych uliczkach wchodzimy "od tyłu" na teren osady uchodźców tybetańskich. Mnisi i zwykli mieszkańcy krzątają się w obejściach i ze zdziwieniem konstatują naszą obecność na swoim terenie. Wychodzimy przez bramę jest ozdobioną złotymi kozłami i złotą mandalą - tak jak w
Cecerleg.
Cieszą mnie te krótkie spotkania z Tybetańczykami. Ciepło wspominam tamto spotkanie sprzed dwóch lat w Chinach. Zarówno tam - w Syczuanie i Qinghai, jak i tu - w Himachal Pradesh, Tybetańczycy żyją w otoczeniu innych nacji: Hanów lub Indusów. Trochę brakuje mi prawdziwego Tybetu. Ale cóż - wszystkiego mieć nie można. McLeod Ganj: ptaszek

Wracamy do kompleksu Tsuglagkhang. Hanka naiwnie liczy na spotkanie z Dalajlamą. Francuzka, która właśnie wpłaciła w kasie datek za modlitwę w intencji chorych osób, uprzejmie nam tłumaczy, że publiczne audiencje dawno się skończyły, Jego Świątobliwość - tak się o nim wyraża - ogranicza się do publicznych spotkań tylko w okresie tybetańskiego Nowego Roku. "A prywatne spotkania wymagają długotrwałej procedury i dużego szczęścia." - dodaje.
No dobrze, idziemy do gompy Dip Tse Ling położonej na zboczu góry. Trzysta prawie schodów jest prawdziwą męką w tym upale. W świątyni, przed 2-metrowym Buddą - duże zdjęcie Dalajlamy przystrojone girlandami kwiatów. Zastanawiające, że są to te same kwiaty, co w świątyniach hinduistycznych i buddyjskich. Przypadek to, przenikanie kultur, czy ograniczony wybór kwiatów o tej porze roku?
Odpoczynek w kawiarni zawieszonej na stromym zboczu. Hanka fotografuje przelatujące w pobliżu sokoły. Mi wystarcza "upolowany" dziś rano ptasi drapieżnik.
McLeod Ganj: przedszkolak

O 16.00 wyjeżdżamy. Pięć godzin drogi do Pathankotu, którą dopiero co wczoraj przemierzyliśmy - to nieciekawa perspektywa. Dobrze, że przez pierwsze godziny możemy sobie popatrzeć na wspaniałe szczyty indyjskich Himalajów. Gdy pomyślę, że za tym ośnieżonym pasmem Dhauladhar, ledwie kilkaset kilometrów na północ znajduje się Kaszgar, Qiemo i Niya - miasta na Jedwabnym Szlaku, którym podążałem w stronę Morza Żółtego - robi mi się miło w sercu
Opuściliśmy już dolinę rzeki Brah Khad, jedziemy przez wioski wąską drogą z wyłączonymi światłami. Duża masa autobusu daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Tak, autobus - obok ciężarówki - to tutaj król szos. Motoriksze, samochody osobowe, muszą mu ustąpić. Do pojedynku na nerwy dochodzi, gdy mijają się dwa wyładowane pasażerami pojazdy. Który ustąpi, który pierwszy zjedzie na pobocze?
Przed długim kilkusetmetrowym mostem na Chakki Khad ustawiła się kolejka samochodów. Most jest wąski, ruch odbywa się wahadłowo. W każdym razie tak być powinno. Któż jednak słucha policjantów uzbrojonych ledwie w patyk i gwizdek? Na most - nie czekając na swą kolej - pchają się motocykle i motoriksze. Próbują się przebić. W ślad za nimi ruszają zniecierpliwieni kierowcy ciągników i ciężarówek. Pojazdy się blokują niczym w klasycznej kreskówce. Wycofać się nie mogą, bo z tyłu podjeżdżają kolejni bezmyślni kierowcy. Ustawiają się zderzak w zderzak. Gdyby tak zamiast klaksonów zaczęli używać mózgów? Denerwujemy się wszyscy. Impas trwa już godzinę, nawet, gdy jakiś samochód zdoła się jakoś wycofać, to na jego miejsce wjeżdża inny "odważny" kierowca. W końcu, po godzinie utarczek słownych i odwaleniu kilkunastu głazów zagradzających drogę ruszamy dalej. W Pathankocie jesteśmy na godzinę przed odjazdem pociągu - w sam raz by się umyć, zrobić drobne zakupy i zjeść ciepły posiłek. Za pełen talerz ryżu z warzywami tym razem płacę... 10 rupii. Prawdziwa indyjska cena ;-) McLeod Ganj: tybetańscy mnisi

Pociąg już stoi na peronie, pozostaje tylko wsiąść, przykuć plecak do łóżka i ruszyć w ostatnią w Indiach podróż koleją.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej