Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11]


Markowe Szczawiny - Węgierska Górka

poniedziałek, 11 V 2009


Wędrówka pasmem granicznym |Dlaczego poszedłem na GSB? |Odpoczynek na Hali Miziowej |"Wytrwałości, chłopaku!" |Beskidzka przyroda |Burza na Abrahamowie |Nocleg u wopisty


Markowe Szczawiny 5:15 - Przeł. Jałowiecka - Mędralowa 7:15 - Głuchaczki - Przeł. Glinne 11:40 - Hala Miziowa 13:25 - Hala Rysianka 15:40-15:55- Suchy Groń 17:15 - Abrahamów 18:30 - Żabnica - Węgierska Górka 19:45

Wstaję przed piątą i wymykam się z betami na korytarz, by nie przeszkadzać śpiącym. Tu kończę się pakować, wkładam wilgotne buty na podwójne skarpety i wychodzę. Szlak początkowo prowadzi po płaskim, przyjemnie się idzie. Cichutko, puściutko. Słychać tylko strumienie spadające ze zboczy masywu Babiej. Mgła ściele się w dolinie poniżej, słońce nie przedarło się jeszcze przez warstwę chmur. Szlak na odcinku do Przełęczy Jałowieckiej jest już naprawiony, mijam deszczochron i dochodzę do granicy państwowej. Patrząc na mapę - mam chęć skrócenia sobie drogi na przełęcz Glinne poprzez zejście do doliny Jałowca (Polhoranki). Idę jednak twardo na Mędralową (1170 m n.p.m). Tu na drzewie zafoliowana reklama bazy namiotowej Głuchaczki. Zachęca darmową herbatą i systemem zniżek. Oczywiście baza jest jeszcze nieczynna.

Pilsko ze Studenta Mijam zdewastowane szałasy i podchodzę do samotnego gospodarstwa otoczonego płotem z zawieszonymi puszkami. Szlak cały czas wiedzie granicą. Mimo że las rośnie jednakowo po obu stronach, odgłosy pracy drwali słychać tylko po naszej, polskiej stronie. I znów, jak w poprzednich dniach, praktycznie zero turystyki kwalifikowanej ;-) Wybierając się na szlak o tej porze roku, wiedziałem, że niewiele spotkam osób - zwłaszcza w dzień powszedni. Z chęcią bym jednak pogadał z jakimś długodystansowcem.

Dlaczego w ogóle poszedłem Głównym Szlakiem Beskidzkim? Mógłbym klasycznie odpowiedzieć: "Bo jeszcze nigdy nie szedłem". Ale ja jestem już na takim etapie, że niczego nie muszę. Nie miałem więc wewnętrznego przymusu, by przejść szlak tylko z tego powodu. Wielu rzeczy nie zrobiłem i pewnie już nie zrobię. W wielu miejscach na świecie nie byłem i, choćbym nie wiem jak chciał, już tam nie będę. Wszystkiego nie da się mieć, wszystkiego nie da się osiągnąć.
Do pewnego stopnia decyzja o przejściu
przejściu GSB była wynikiem impulsu zainicjowanego dyskusjami o górach w sieci. Motyw sprawdzenia siebie, swoich możliwości miał z pewnością duże znaczenie. Chciałem przekonać się, na co mnie jeszcze stać, zobaczyć, czy dam radę. Ale także "przeżyć" ten szlak: w całości, na raz. "Wyprodukować" nowe wspomnienia, zwłaszcza, że w najbliższym czasie nie szykuje się żadna wyprawa w tropiki.
Pilsko z Rysianki Oczywiście, były i inne sprzyjające okoliczności: wolny czas i względnie ciepła pogoda. Nie nastawiałem się na pobijanie jakichś rekordów. W szczególności nie miałem ambicji ścigania się z wyczynowcami. Z drugiej strony wiedziałem, że będę szedł szybko, bez zbędnych odpoczynków, ale i bez morderczego tempa. Te kilkanaście godzin dziennie, które spędzam codziennie w drodze mogą się wydawać przesadą. Ale ja przyzwyczaiłem się tak chodzić: od świtu do zmierzchu. Tak szedłem kiedyś samotnie ze Świeradowa Zdroju do Puszczy Śnieżnej Białki. Tak szedłem ze Staszkiem z Nowego Targu do Ustrzyk Górnych, tak chodziłem z Sergiuszem po Beskidach, tak w końcu przemierzałem Fogarasze i Góry Chubsugulskie. Czasem żartuję, że to dla zaoszczędzenia na noclegach. Ale tak naprawdę - po prostu lubię chodzić.

Tak rozmyślając o różnych sprawach przechodzę przez Jaworzynę (1046 m n.p.m.), Beskid Krzyżowski (923 m n.p.m.), Beskid Korbielowski (954 m n.p.m.) i Studenta (935 m n.p.m.). I oto, w sześć i pół godziny od opuszczenia schroniska, Przełęcz Glinne (809 m n.p.m.). Stąd już blisko na Halę Miziową - niby 1.5 godziny. Zaczyna się mozolna 500-metrowa wspinaczka zboczami Pilska. Sam szczyt (1525 m n.p.m.) szlak czerwony omija. Zupełnie mi to nie przeszkadza. Na Pilsku byłem ostatnio dwa lata temu - właśnie podczas weekendu majowego. Tak więc wspomnienia mam całkiem świeże ;-) Droga zasadniczo prowadzi wzdłuż granicy, później ścieżka skręca na północ trawersując zbocza. Rezerwat "Pilsko", przez który się przechodzi jest naprawdę interesujący, zwłaszcza w miejscu, gdzie przekracza się siklawę Glinnej.
Jeszcze kilka zasp do pokonania, kończy się las i już można odetchnąć pełną piersią. Nade mną biało-zielone Pilsko, za mną zamglona Babia Góra, zaś na wprost - sympatyczne schronisko. Tu dwa lata temu spaliśmy z Sergiuszkiem, stąd poszliśmy dalej na Baranią Górę i do Wisły. Dzielnie się chłopak spisywał!
Instaluję się w pustej salce na parterze. Samoobsługowy czajnik bezprzewodowy to miły gest ze strony kierownictwa schroniska. Nie omieszkam tego później zaznaczyć w miejscowej księdze pamiątkowej. Spokojnie zjadam obiad, wypijam kawę. Zasłużyłem na chwilę wytchnienia.
Widok z Rysianki na Pilsko i Babią

No, dobrze. O w pół do drugiej ruszam dalej. Najpierw wzdłuż granicy na Halę Rysiankę. Pogoda się utrzymuje, chociaż spada na mnie kilka kropel deszczu. Całkiem przyjemnie by się wędrowało przez Munczolik (1356 m n.p.m.), Palenicę (1343 m n.p.m.) i Trzy Kopce (1216 m n.p.m.), gdyby nie śnieg i błoto na szlaku. W schronisku na Rysiance również pusto. Starsze małżeństwo szykuje się do drogi, przy stole siedzi dwudziestokilkulatek z dużym plecakiem.
- Schodzisz z gór?
- Zastanawiam się, czy tu nie zostać. Pogoda niepewna, będzie lało.
- Hm. A ja myślę, że się pochmurny, pogrzmi, ale nie będzie padać.
O, jakże się myliłem!
- Skąd idziesz?
Zwykły rytuał na szlaku. Pytania: skąd, dokąd, jak się idzie. Okazuje się, że chłopak wyruszył z Ustronia, z zamiarem dotarcie do Krynicy. Ma dwa noclegi za sobą.
- Nie wiem, czy dam radę tam dotrzeć. Ciężki plecak i krucho z kasą.
- No... ja jestem w lepszej sytuacji. Kończę już czerwony szlak, jutro finisz. Znasz jakiś tani nocleg w Węgierskiej Górce?
Chłopak opisuje położenie otynkowanego na żółto domu, w którym spał.
- Chcieli 30 złotych, a ze śpiworem 25. Ale powiedziałem, że biedny student i spałem za dwadzieścia. Żegnamy się. Życzę mu powodzenia i wytrwałości. Właściwie powinienem mu doradzić, by zostawił namiot u kogoś w Rabce, podskoczyłby sobie później tam z Krakowa. Ale może sobie poradzi.
Romanka z Suchego Gronia

Ostatni raz rzucam okiem na odległą Babią Górę i Pilsko. Ależ kawał drogi dziś przeszedłem! A tu jeszcze cztery godziny drogi, ech! Zbiegam truchtem w kierunku węzła szlaku pod Romanką. Czerwony szlak odbija w lewo, trawersując zbocze. I znów piękny las. Za każdym razem serce moje się cieszy, gdy widzę takie nagromadzenie kilkudziesięcioletnich potężnych drzew. Pół godziny później widoki zmieniają się nie do poznania, las jest zmasakrowany, wichury powaliły drzewa, a człowiek dokończył rzezi. Jak okiem sięgnąć - potrzaskane pnie, połamane konary, wykroty i wykarczowane pniaki. Jakiś cud ocalił ledwie kilka świerków, które - choć trochę przechylone i ogołocone z gałęzi - sterczą na tym pustkowiu zaświadczając o tym, jak tu kiedyś było. Rozstawione wśród kikutów drzew czarne płaskie skrzynki-pułapki na latające szkodniki przypominają płyty nagrobne kirkutu. Bo przecież to prawdziwe cmentarzysko. Na szczęście, ten przykry krajobraz poprawiają nieco, posadzone tu i ówdzie, choinki.

Kilkaset metrów po otwartej przestrzeni i znów wkraczam na leśną ścieżkę. Kilometry biegną. Zatrzymuję się dopiero przy rozwidleniu szlaków pod Suchym Groniem. Zjadam czekoladę i z niepokojem patrzę na zbierające się chmury nad pasmem granicznym. Mijam Słowiankę i zaczynam podchodzenie na Abrahamów. Ściemniło się i grzmi. Wiatr wieje ze wschodu i przez chwilę wydaje mi się, że burza przejdzie bokiem. Widzę jednak, że nad masywem Baraniej Góry jest coraz ciemniej i cały czas się błyska. Przyspieszam. Wiatr znów zmienia kierunek. Teraz czarne chmury nadlatują z północy. Drzewa zaczynają się uginać pod ciosami wichury. Spadają pierwsze ciężkie krople. Idę jeszcze kilkaset kroków i zatrzymuję się. Muszę podjąć decyzję: kontynuować drogę przez Abrahamów, czy zejść do Żabnicy. Deszcz wzmaga się i raz po raz przelatują po górach grzmoty. W prześwitach między drzewami widzę, że nad górami rozpętało się piekło. Ściana wody przesuwa się w moją stronę. Odnajduję leśną drogę idącą w lewo i zbiegam do doliny Żabnicy. Najwyższa pora! Zatrzymuję się przy szosie pod jakąś wiatą. Ulewa ani na chwilę nie słabnie. Zakładam poniewczasie ortalionowe spodnie i odczekuję pół godziny. Robi się jakby jaśniej, deszcz ustaje, już tylko mży, ruszam szosą do Węgierskiej Górki. Burza nad Abrahamowem

Przed ósmą jestem w centrum. Robię zakupy na jutro i idę główną ulicą jeszcze kawałek na północ. Skręcam w lewo, zdaje się, w ulicę 3 Maja. Budynek, przed którym stoję z grubsza odpowiada opisowi chłopaka z Rysianki. Gospodarz, sympatyczny czterdziestolatek, utrzymuje jednak, że żaden student wczoraj tu nie nocował. A dom jest beżowy nie żółty. No, całkiem możliwe. Ale przenocować mogę, prawda? Ekswopista pokazuje mi pokoik z łazienką, wszystko mi pasuje. Także studencka cena, którą wynegocjowałem.
- Ja też się nachodziłem po górach - wspomina mężczyzna - dzień w dzień a czasem i w nocy po 30 kilometrów.
Patrolował rejon Wielkiej Raczy i Rycerzowej. Teraz zajął się chyba czymś bardziej dochodowym, bo na podjeździe stoi kilka eleganckich samochodów.
- Obok jest kuchnia, proszę z niej korzystać, jeśli potrzeba - proponuje. Ale mi dziś już nic nie potrzeba. Myję się i wskakuję do śpiwora. Jutro ostatni dzień wycieczki.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej