Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Marburg-Kolonia

niedziela, 2. VIII 1992


Muzeum Historyczne | Z Czechami w świat!


Marburg

Obok nas stoi trójka młodych ludzi z tablicą PARIS. Dodaje nam to otuchy - więc tak się da jeździć. Choć przecież tu w Niemczech podróżowanie autostopem nie sprawia nam jak dotąd trudności. Zatrzymuje się obok nas czerwony samochód prowadzony przez młodą kobietą. Okazuje się, że jest fotoreporterką, jedziemy do Marburga - pięknie położonego na zboczu góry miasteczka uniwersyteckiego. Dziewczyna jest na tyle uprzejma, że podwozi nas wprost do zamku na górze oszczędzając nam wspinaczki czym zaskarbia moją sympatię. Zostawiamy bety w szatni i zwiedzamy muzeum miejskie w zamku. Kolekcja jest bardzo sensownie rozmieszczona: w piwnicach - zbiory archeologiczne i starożytne, na parterze średniowieczne malowidła i ołtarze, I piętro to zbiory renesansowe, II piętro - barok itd. do ostatniej kondygnacji w wieży. Z murów otaczających zamek rozpościera się piękna panorama. Schodzimy wąskimi uliczkami ku centrum. Pytam o drogę kilka osób i dość przypadkowo zwracam się z pytaniem o centrum do młodej Japoneczki, która usiłuje odpowiadać nam po niemiecku: przyjechała tu na kurs językowy... Jest i centrum. Robimy zdjęcie i okazuje się, że to koniec filmu. Trzeba poczekać ze zmianą na noc. Dorota usiłuje odnaleźć dziewczynę czy chłopaka z książeczki "Pasportas Servo" - spisu esperantystów, którzy oferują noclegi dla innych esperantystów. Niestety są wakacje i ta osoba już się wyprowadziła. Schodzimy ku autostradzie.
Stoimy na ślimaku przez godzinę, kłócimy się, szukamy innego miejsca, wracamy na ślimak. Teoretycznie mamy zmieniać się co kilkanaście minut, w praktyce większość czasu to ja zatrzymuję samochody.

Uliczki Marburga W końcu wsiadamy. Chłopak podwozi nas 50 km na parking za Giesen radząc nam by poprosić kogoś stojącego w tym miejscu. Chcielibyśmy koniecznie dotrzeć dziś do Kolonii, więc na chama podchodzimy do małżeństwa w samochodzie i pytamy. Zgadzają się podwieźć na kolejny parking kilkadziesiąt kilometrów dalej. Czekamy aż zjedzą podwieczorek i jedziemy.
Muszę przyznać, że w gruncie rzeczy wszystko idzie OK. Niemcy chętnie zabierają, mówią po angielsku. Pogoda w normie. Tylko plecaki ciężkie, no i Dorota. Zmiana sammochodu. Pakujemy się z dwójką innych chłopców do samochodu Czecha. Czech rozumie po polsku, więc jedzie się przyjemnie i wesoło. Chłopcy wysiadają a my jedziemy na kemping. Niech żyje przyjaźń polsko-czeska! Mężczyzna specjalnie dla nas zbacza ze swej trasy i podwozi nas kilkanaście kilometrów na kemping. Jest już późno i dziś nie zdążymy zwiedzić. Zapoznaję się natomiast z mieszkańcami pola namiotowego (jest tu kilku pracujących na czarno Polaków) i udogodnieniami cywilizacyjnymi (prysznic z automatem po 1DM, kuchenka gazowa i pralki automatyczne kasujące marki). W nocy przeszkadza mi światło palącej się nad namiotem latarni.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej