Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]


Maningao - Garze

sobota, 6 VIII 2005


Jedziemy dalej |Jak tu wysoko! |Ciemności w Garze


Syczuan: droga do Garze

Niedoinformowana hotelarka powiedziała Markowi, że autobus do Garze jedzie sprzed bramy hotelu. W okolicach 7.00 przekonuję Amerykanina, że trzeba iść na wschodni dworzec. Kupujemy bilety w ostatniej chwili - ja aż do Kangdingu. To kawał drogi: do Garze - stolicy regionu autonomicznego jedzie się 12 godzin, do Kangdingu - kolejne 12 godzin. Mam nadzieję, że w Garze będzie przerwa noclegowa.
Jedziemy. Szeroka dolina, której żywymi elementami są jedynie jaki, zwęża się. Dojeżdżamy do wysokiego pasma. Mgła układa się przepięknie odsłaniając coraz to wyższe partie gór. Wjeżdżamy w wąską i krętą dolinę. Droga tu kiepska, trzepie jak cholera. Pewnie, że jedzie się o niebo lepiej niż do Moron w zeszłym roku - tam czasem po prostu drogi nie było! Mgła się podnosi, tylko wierzchołki gór toną w niskich chmurach. Na nieprawdopodobnie stromych zboczach pasą się jaki. Myślisz sobie - to niemożliwe, tam nie da się nawet ustać! A jednak! Syczuan: droga do Garze

Mijają godziny. Droga przerzuca się z jednej doliny w drugą, mijamy małe osady, pojedyncze domostwa. Czasem kilka metrów od autobusu szybuje sokół lub orzeł. Leci tak kilkaset metrów, w końcu opada na przydrożny słup jak gdyby chciał powiedzieć: "Dotąd jest mój teren, tu wszystkie myszy są moje!". Płaskie doliny pokryte są żółtymi kwiatuszkami. Inne łąki są wprost nieprzyzwoicie niebieskie. I wreszcie zza kolejnego zakrętu ukazuje się na moment panorama ośnieżonych skalistych szczytów. To Chola Shan ze szczytem (6168m) o tej samej nazwie.
Wkrótce zatrzymujemy się w atrakcyjnie położonej knajpie z widokiem na górskie lodowce. Większość pasażerów je gorący posiłek, ja ze względu na niedyspozycję żołądkową ograniczam się do kilku ciasteczek i szklanki gorącej wody. Ruszamy dalej. Okazuje się, że w czasie postoju do autobusu wrzucono kilka półtorametrowych butli z tlenem oraz butlę z acetylenem. Teraz niezabezpieczone butle przetaczają się w przejściu z boku na bok. O 15.00 krótki przystanek w kolorowym Manigango (4460m npm) pełnym straganów i tanich hotelików przy głównej ulicy. Stąd są dwa kroki do Autonomicznego Regionu Tybetu. Trzeba tylko przejechać 150 kilometrów i pokonać przełęcz Chola Shankou w dzikim paśmie Chola Shan. Ja jednak jadę dalej na wschód.
Znów góry i góry. W dolinach spotyka się interesującą architekturę domów: mury są wykonane z polnych kamieni, jedynie frontowa ściana drewniana z kolorowymi ozdobami. Takie osiedle jednakowych domów rozrzuconych wśród soczystych łąk wygląda bardzo malowniczo. Jestem jednak tak wymęczony, że nie mam sił na robienie zdjęć. Ciężar w żołądku, podwyższona temperatura w połączeniu z wszechobecną wilgocią i zimnem sprawiają, iż chcę jak najszybciej położyć się do łóżka. Garze

Do Garze (3480m npm) zajeżdżamy około 18.00. Naganiaczka z dworca prowadzi mnie do niby tańszego hotelu (15Y). To kolorowy budynek przy głównej ulicy tuż przy dworcu. Powinienem zwiedzić miasteczko, lecz nie mam sił. W półśnie spędzam najbliższe dwie godziny. Wieczorem wychodzę z guest house'u. Wokół ciemności, w mieście nie ma prądu. Przed sklepami pracują nieliczne generatory wydzielające nieprawdopodobne ilości spalin. W sklepach i knajpkach zapalone świece. Nastrojowo jest ;-) Na targu wykłócam się o cenę pomidorów - chyba najtańszych owoców tym kraju. Ostatecznie i tak mnie baba oszukała na wadze "patyczkowej". Internet (nad rzeczką) działa, wysyłam mejle do domu.
O 4.00 nad ranem w hotelu rozlegają się krzyki. Nic się nie stało, po prostu Chińczycy wstają. Maja taki zwyczaj nie zwracania uwagi na potrzeby innych. Chcesz sobie pokrzyczeć? No to krzycz. Że inni śpią? He he, już się obudzili :-p


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej