Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]


Krzeszów - Lesista - Rogowiec - Jedlina Zdrój - Rzeczka

poniedziałek, 31 V 2010


Przez Góry Krucze |Krzeszów: remonty i ruiny |Mokro i stromo, czyli Lesista |Nisko latające obiekty |O obliczaniu objętości brył geometrycznych | Rogowiec: panoramy i siła ciążenia| Kolej sudecka |W drodze do "Orła"


Lubawka 5.00 - Krzeszłow 7:15-30 - Góra św. Anny 8:30 - Grzędy 9:15 - Lesista Wielka 11:00 - Sokołowsko 13:00 - schr. "Andrzejówka" 14:45-15:00 - Rogowiec 16:30 - Jedlina Zdrój 18:20 - Grządki 20:30 - Schr. "Orzeł" 22:00 Krzeszów

Pobudka po czwartej, o 5.00 jestem gotowy do drogi. Za oknem półmrok, ciężkie chmury wiszą nad Sudetami, dobrze, że nie pada. Asfaltowa droga osiedlowa wyprowadza mnie po kwadransie poza Lubawkę. Teraz leśnym duktem prosto na grzbiet Lipienicy. Znajduję się w Górach Kruczych, to niewielkie pasmo należące do Gór Kamiennych. Zaczęło mżyć, wyciągam więc znów ortalion z tą okropną kapuzą opadającą na oczy. Ortalionowe spodnie profilaktycznie ubrałem jeszcze w domu. Na przełęczy Lipowe Siodło przez moment towarzyszy mi zielony szlak. Oferuje mi skróconą drogę do Krzeszowa. Ech...!

Idę teraz drogą wzdłuż grzbietu a właściwie obok niej, gdyż jest rozjeżdżona ciągnikami i zamieniła się błotnista rynnę. Na kolejnych zakrętach punkty widokowe. Z pewnością z pięknymi górskimi panoramami. Dziś podziwiam piękne szare chmury i mgły. Deszcz już przestał padać, mam nadzieję, że już dziś nie będzie mnie nękał. Pokazuje się w końcu i Krzeszów, jest może 2 kilometry w linii prostej ode mnie. Szlak natomiast schodzi z grzbietu powoli, droga mi się dłuży. Jeszcze z górki na pazurki po stromym zboczu, jeszcze zarośnięta i mokra, ledwie widoczna ścieżka w przecince leśnej, jeszcze wiatrołom i w końcu asfaltowa droga do Krzeszowa. Wieże bazyliki raz po raz wyłaniają w odsłoniętych miejscach. Góry Krucze

Byłem tu już kiedyś, Krzeszów odwiedziłem ponad dwadzieścia lat temu, podczas mojej 6-dniowej wędrówki ze Świeradowa Zdroju w Góry Bialskie. Tym razem zaczynam od sklepu spożywczego. Mój wygłodniały wzrok przykuwają wielkie eklery. Kupuję jeszcze kefir i idę pod bazylikę. Niestety, na terenie całego opactwa cystersów trwają remonty. Fronton bazyliki jest opleciony rusztowaniem, brama zamknięta. Natomiast jest otwarty kościół św. Józefa, zaglądam tam z ciekawością.

Tyle Krzeszowa. Szlak prowadzi szosą na wzgórze. Co chwilę oglądam się za siebie. Miasteczko jest naprawę malownicze! Według opisu, Główny Szlak Sudecki prowadzi teraz do ruin kaplicy św. Anny. Hm, ciekawe, co to będzie. Ścieżka prowadzi zakosami przez las na szczyt Góry św. Anny. Mijam kolejno trzy zniszczone kapliczki, wreszcie, wśród gęstej zieleni, dostrzegam ogrodzony siatką budynek. Okna zakryte folią, otynkowane szare mury. W sumie - nic interesującego. Dalsza wędrówka odbywa się grzbietem na południe, najpierw na Górę Ziuty (631 m n.p.m.) a następnie stromo w dół do wsi Grzędy. Tu chwila wytchnienia. Jest 9:15, za mną cztery godziny wędrówki. Sokołowsko

Teraz czeka mnie monotonna wspinaczka na Lesistą Wielką, najwyższe wzniesienie w tej części Gór Kamiennych. Początkowo szlak prowadzi starym lasem pod wierzchołek Suchej Góry (777 m n.p.m.). Ta część lasu jest bardzo zdewastowana, drzewostan przerzedzony, krzyżujące się drogi pokazują ułańską fantazję kierowców ciągników zwożących drzewa. Pogoda znów się pogorszyła, siąpi deszcz. Im wyżej, tym bardziej mglisto. Wiatr się wzmaga, drobne kropelki wody sieką po twarzy. Przed szczytem Lesistej (851 m n.p.m.) trochę chaszczy i w końcu wierzchołek w pobliżu dorodnego drzewa. Kwadrans później docieram do wiaty. Z trudem ściągam przemoknięte wełniane skarpety. Czy mam jeszcze inne, suche? Naiwnie zaglądam do plecaka. W czasie wędrówki testuję systemy wodoszczelne w postaci różnych kombinacji worków foliowych. Niestety, gore-texy według mojego pomysłu nie spełniają swej roli :-(

No dobrze. Plastry zmienione, stopy przewinięte, ruszam zwłaszcza, że już nie pada. Najpierw płasko, potem bardziej strome zejście do doliny. Dochodzę do szosy Mieroszów-Wałbrzych, idę nią przez kwadrans i skręcam w lewo pod remontowany wiadukt. Stąd do Sokołowska jeszcze pół godziny. Miejscowość sprawia przygnębiające wrażenie. Po prawej zniszczone, zdewastowane sanatorium dla gruźlików. Budynki przy głównej ulicy odrapane, z odpadającym tynkiem, brudne. Ulice opustoszałe, ledwie kilka zaparkowanych samochodów. Praktycznie brak reklam sklepów i firm - po prostu ich tu nie ma. Mijam kilka budynków sanatoryjnych z tabliczkami NFZ i zaglądam do sklepiku. Ceny jak w centrum Warszawy. Heh, widzę, że Sokołowsko to już zagranica: jabłka importowane z Polski po 4 zł, cukier importowany również z Polski po 3.5 zł. Kupuję zupkę chińską za 1.8 zł i pytam o aptekę. Nie ma. Niesamowite: toć to największa wieś w Górach Suchych! No nic, mijam węzeł szlaków, mijam bieda-osiedle i opuszczam miejscowość. Jest 13.00. Kamieniołom w Rybnicy

Szlak sudecki wchodzi w las, tu resztki jakiejś budowli, może kaplicy, bo tuz obok resztki cmentarza niemieckiego. Między drzewami leżą połamane, porośnięte mchem nagrobki. Próbuje odczytać gotyckie litery na kamiennych płytach... Zastanawiam się, czy to miejsce musi tak wyglądać: kto o nie powinien zadbać. Niemcy, bo to ich krewni tu leżą? Polacy, bo oni są tu gospodarzami?

Nie czas na dywagacje, czeka mnie, poprowadzona ostro w górę, droga na Bukowiec (886 m n.p.m.). Dobrze, że mam lekki plecak, bo bym nie wlazł po tej miękkiej ziemi. Po 40 minutach jestem przy węźle szlaków. Skręcam na trawiastą przecinkę bez wyraźnej ścieżki. Znów mam nogi dokładnie wymyte! Tablice ustawione w lesie informują o nisko latających obiektach - w pobliżu jest kopalnia melafiru w Rybnicy Leśnej. Zbliżam się do brzegu kamieniołomu. Dnem niecki wyżłobionej w górze biegnie droga, którą wielkie wywrotki wywożą skruszoną skałę. Rolę krawężnika spełniają starannie poukładane metrowe głazy. Szlak niespodziewanie odbija w prawo, w las, a następnie trawersuje zbocze Granicznej. Chyba mało kto tędy chodzi - ścieżka czasem znika mi z oczu, co w połączeniu z rozmokłą osuwającą się ziemią czyni ten odcinek czerwonego szlaku mało przyjemnym... Andrzejówka

Dolina Czarkowca, którą mam po prawej ręce zwęża się i podnosi. To znak, że zbliżam się do Przełęczy Trzech Dolin. Jest w końcu i "Andrzejówka". W schronisku niewiele osób: kilku Niemców, starsze małżeństwo. Jest zdaje się i grupka młodzieżowa, ale wolą siedzieć w pokojach. Czas na mój posiłek. Wykładam naczynia na kontuar i proszę o wrzątek.
- Ile tu wrzątku wejdzie? - pyta mężczyzna.
Hm. Moje pudełko po lodach, którego używam dojedzenia zupek, ma zaokrąglony kształt. Obliczenie jego objętości to prawdziwe wyzwanie dla maturzysty.
- Nie wiem, proszę mi nalać... o tyle - pokazuję palcem.
- A tu ile się zmieści? Pół litra? - tym razem mężczyzna zainteresował się moim plastikowym kubkiem.
- Nie wiem. Chodzi panu o to, ile mam zapłacić?
Ha! Problem matematyczno-finansowy został sprytnie rozwiązany przez podanie mi litrowego dzbanka z mocno przestudzonym wrzątkiem. Zjadam zupę i kanapki. Na deser ptasie mleczko. Niestety, już się kończy.

Zrobiła się trzecia po południu, za mną 10 godzin drogi, przede mną jeszcze 6-7 godzin. Chcę przecież dziś dojść pod Wielką Sowę. Myślę, że będzie to przyjemniejsza część dnia. Wypogodziło się wiatr rozwiał ciężkie nimbostratusy, wyjrzało słońce. Skalna Brama pod Rogowcem

Ścieżka przecina łąkę i wchodzi do lasu. Jeszcze ostatni rzut oka na kamieniołom w Rybnicy, z którego dobiega nieustanny szum. Wspinam się na zbocza Turzycy, las jest tu odnawiany, pogrodzony siatką zabezpieczającą młodniaki przed sarnami. Idzie się całkiem przyjemnie, widoki coraz bardziej atrakcyjne, jak okiem sięgnąć lasy i góry. Mijam szczyt Turzycy (895 m n.p.m.), teraz łagodne zejście w stronę Jedliny. Droga kilka razy zakręca ostro, las iglasty ustępuje bukom i grabom. Mijam Skalną Bramę - grupę skałek z pamiątkową tablicą i dochodzę do węzła szlaków. Żółty szlak wyprowadza na szczyt, czerwony zaś przebiega podnóżem wzgórza. Z XIII-wiecznego zamku niewiele pozostało, są tu prowadzone jakieś prace konserwatorskie. A pewnie i archeologiczne przez domorosłych poszukiwaczy skarbów. Stoję na szczycie i przez dłuższą chwilę delektuję się panoramą. Ta chwila odprężenia okazuje się zgubna. Chwila nieuwagi i podczas schodzenia ześlizguję się na stromym stoku. Mam wypaćkane czerwonawym błotem spodnie i ręce do łokci. Lekkie zadrapanie na dłoni przemywam wodą z dodatkiem "Tigera" - bo tylko taką mam. Zły jestem! Teraz skupiam się bardziej i uważnie schodzę do doliny Rybnej. Tunel pod Jedliną

Dochodzę do złomowiska i "Gospody Sudeckiej", kilkaset metrów asfaltem i znów do góry przez las. Sądziłem, że Jedlina będzie już tuż-tuż, okazuje się, że muszę przejść przez całkiem wysoki grzbiet, opuścić się na druga stronę i nieco pobłądzić ;-) Wychodząc bowiem na utwardzoną drogę popełniam drugi błąd skręcając w stronę wiaduktu kolejowego. Sto metrów dalej wylot tunelu na trasie linii kolejowej z Jedliny do Wałbrzycha. Idę trzysta metrów drogą wzdłuż torów. Uwagę moją zwracają pracowicie wykute z granitu słupy stanowiące wraz z metalowymi rurkami zabezpieczenie pobocza tej, bądź co bądź, rzadko uczęszczanej drogi. Brak czerwonych znaków zmusza mnie do zawrócenia na wiadukt. Tu internetowy opis szlaku mnie zmylił. Odnajduję wkrótce szlak, przechodzę przez "właściwy" wiadukt i już jestem w Jedlince - na przedmieściach Jedliny. Niestety, jest już po 18.00, miejscowy sklep spożywczy jest już zamknięty. Po drugiej stronie rzeczki biorę wodę w jakimś domu i podchodzę na przełęcz Marcową. To już Góry Sowie.

Długi ten dzień. Zrobił się wieczór, w lesie ponuro. Powoli podchodzę pod Włodarza (811 m n.p.m.). Co rusz, trafiam na prace leśne, równo poukładane i oznaczone sągi, ale też i porozrzucane na drodze konary i głębokie koleiny. W końcu wychodzę z lasu, przejaśnia się. Jestem na Grządkach (706 m n.p.m.). Do schroniska Orzeł jeszcze ze dwie godziny. Dalszą drogę po odkrytym terenie i zagajnikach pokonuję przy w półmroku. Zakładam czołówkę. Asfaltowa droga sprowadza mnie do wsi Rzeczki. Na przełęczy Sokolej jestem po wpół do dziesiątej. Jeszcze pół kilometra i stoję pod drzwiami schroniska "Orzeł". Sporo tu dzieciarni, kilka znudzonych nauczycielek szukających towarzystwa. W podziemiach budynku znajduje się elegancki bar, tu odnajduję pana prowadzącego interes. Szybkie negocjacje ceny i dostaję dwuosobowy pokój do swej dyspozycji. Pożyczam grzałkę, robię sobie kawę i małe pranie. Z ulgą wskakuję do łóżka.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej