Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25]


Lima-Pisco

piątek, 19 IV 2013


Kamila trochę przestraszona | Peru - etnograficznie | Carretera Panamerican | "Hotel cheap, very cheap" | Nasz pierwszy obiad | Pisco sour


Rano wstajemy koło 7:00, ja zjadam parę kanapek, Kamila jakąś papkę i zanosimy plecaki do przechowalni bagażu. Teoretycznie mogliśmy zjeść śniadanie w hostelu, bo wliczone w cenę, ale dają jeść dopiero od 8:00 czy 8:30. A my chcemy jak najszybciej dostać się na dworzec Cruz del Sur, kupić bilety do Pisco i zobaczyć choć trochę Limy. Przechodnie odsyłają nas na kiepsko oznakowany przystanek autobusowy. To znaczy wiadomo, że to przystanek, ale nie wiadomo, jakie linie i dokąd jadą :-)). Bilety po 1 PEN w autobusie. Przejeżdżamy spory kawałek Miraflores i przesiadamy się na kolejny autobus. Wszystko odbywa się dość sprawnie i przed dziewiątą jesteśmy na przy Avenida Javier Prado Este.
- Chcesz? - pytam Kamilę widząc stoisko z poplasterkowanymi ananasami.
Pomimo wczesnej pory słońce mocno praży. Zjadamy i idziemy na dworzec mieszczący się po przeciwnej stronie ruchliwej wielopasmowej arterii.
- Stój! Samochody! - Kamila ciągnie mnie do tyłu.
Najwyraźniej nie jest przyzwyczajona do przechodzenia w ten sposób. Przypomina mi się Jarek, który miał podobne opory przy przechodzeniu przy czerwonym świetle lub bez przejścia dla pieszych w
Teheranie.
- Przyzwyczaisz się, chodź! - ruszam lawirując między trąbiącymi pojazdami.
Kursów do Pisco jest sporo. Cena 25 soli, kupujemy bilety na 16:00. Teraz - kierunek muzeum etnograficzne.
Kierując się planem z przewodnika ruszamy pieszo. Idziemy przez slumsową dzielnicę. Nie ma tu prawie samochodów, z rzadka spotykamy bawiące się na ulicy dzieciaki i psy szukające jedzenia w śmieciach. Przechodząc koło garkuchni, z której dolatują smakowite zapachy, pytam o cenę jakiegoś jarskiego dania.
- Chcesz tu jeść? - pyta przestraszona Kamila.
- Nie, nie! Sprawdzam tylko poziom miejscowych cen.
A więc już wiem, że ceny ulicznego jedzenia zaczynają się od 6 soli.
Przed nami około godziny drogi. Niestety, to, co tak łatwo i ładnie wyglądało na mapce, w rzeczywistości okazuje się długim spacerem. Zaopatrujemy się w colę i wodę na stacji benzynowej i rozpływając się w peruwiańskim żarze człapiemy dalej.

Muzeum Etnograficzne oprócz ewidentnej wady, jaką jest peryferyjne położenie (aczkolwiek Muzeum Złota znajduje się jeszcze dalej) ma dwie zalety: jest darmowe i kosmicznie chłodne. Zwiedzanie zaczynamy od ekspozycji archeologicznej.
MUZEUM
....

W powrotnym autobusie wdajemy się w rozmowę z sympatycznym staruszkiem. On nie zna angielskiego, my hiszpańskiego, ale to nie przeszkadza zacieśniać nam więzi. Wysiadamy przy Avenida Aequipa i dalszą drogę - choć to ze trzy kilometry odbywamy na piechotę. Miejscowa architektura - postkolonialne budynki z balkonikami, gzymsami i ogródkami przy ulicy - podoba mi się. W hostelu kolejny prysznic, te kwietniowe upały dają się we znaki! Bierzemy plecaki i wynosimy się stąd. Marka nie ma, liczę na to, że spotkamy się jutro na wysepkach.

Transfer na dworzec odbywa się sprawnie. Autobus nie należy do najbardziej luksusowych, ale to tylko 4 godziny jazdy przez Carretera Panamericana. Ta transkontynentalna droga ciągnąca się z Prudhoe Bay na Alasce do Ushuaia w Argentynie liczy niemal 30 tysięcy kilometrów i przejechanie nią w całości jest marzeniem wielu podróżników. W rzeczywistości, ma ona wiele wariantów, autostrady i główne drogi tworzą sieć dróg noszących niejednoznaczną nazwę Panamerican Highway. Ta droga, którą jedziemy kończy się w Quellón w południowym Chile i prowadzi zasadniczo wzdłuż oceanu. Raz oddala się od niego o kilometr, raz zbliża się na kilkadziesiąt metrów. Plaże za Limą są praktycznie puste, tylko czasem w miejscach, gdzie fala większa, widać surferów. Po drugiej stronie Panamerican Highway krajobrazy początkowo mniej ciekawe. Slumsowate przedmieścia Limy ustępują półpustynnemu pejzażowi. Szerokie przestrzenie pokryte wyschniętą trawą kończą się w oddali pasmem wzgórz. W miarę jak posuwamy się na południe, wzgórza te zbliżają się ku oceanowi i przybierają na wysokości zamieniając się prawdziwe góry. Ten widok Andów i Pacyfiku - na wyciągnięcie ręki - jest dla mnie fantastyczny.

Słońce powoli zachodzi a jego światło nadaje skałom pomarańczowy i wiśniowy odcień. Wjeżdżamy serpentynami na wzgórza oddalając się nieco od lśniącej tafli oceanu. Jestem nieco zmęczony i przysypiam. Otwieram oczy na chwilę, gdy przejeżdżamy przez z rzadka porozrzucane osady i miasteczka. Zauważam dużą ilość propagandowych haseł namalowanych na murach i domach. Tu polityka jest ważniejsza od klubów piłkarskich.

Do Pisco, a dokładniej na przystanek na obwodnicy, docieramy koło 19. Taksówkarze proponują kurs do miasta, ale kręcę głową.
- Colectivo! - mówię.
Taksówki zbiorowe, colectivos, stoją trochę dalej. Tu akurat te samochody są nieoznakowane, nie mają taksometrów, ale wiadomo, że czekają na komplet pasażerów, by ich zawieść do centrum. Cenę znamy - 2 sole od osoby - nie mamy zamiaru płacić więcej.
- Mamy czas! - tłumaczę Peruwiańczykowi - Poczekamy.
Są tu również małe trójkołowe motorowe riksze, ale nie wiem, czy zmieścilibyśmy się z plecakami. Pomalowane na niebiesko samochodziki wzbudzają mój uśmiech. i przywołują wspomnienie z nocnej jazdy na dworzec w
Kuczy, w chińskim Xinjiangu. Ostatecznie miejscowi miękną - nie ma prócz nas więcej chętnych - i jedziemy w colectivo wprost do hostelu.
- Hotel cheap, very cheap - zapewnia kierowca.
Hotelik jest w centrum, ma tylko jeden wolny pokój a jego właściciel przystaje na naszą cenę. Proponuje nam załatwienie wycieczki na Islas Ballestas, ale my wolimy najpierw sprawdzić ceny w biurach.
- Zapamiętaj drogę do hotelu - proszę Kamilę wychodząc z budynku.

Uliczki są wąskie i podobne do siebie. Z daleka słychać muzykę z dyskoteki, kierujemy się w tę stronę i po chwili dochodzimy do centralnego placu z pomnikiem konnym José Francisco de San Martín - argentyńskiego generała walczącego w XIX wieku o niezależność Ameryki od Królestwa Hiszpanii, któremu udało się nawet załapać na roczną posadę prezydenta Peru. Niby krótko, ale w końcu jako pierwszy prezydent ma zasłużoną pozycję w historii kraju. Tu, w Ameryce Łacińskiej, ludzie są mało oryginalni i nazywają główny plac - Plaza Mayor lub tak jak w Pisco - Plaza de Armas. Zaglądamy do dwóch czy trzech agencji, ceny wycieczek na wysepki są zbliżone. Za 70 soli (2 osoby) bierzemy półdniowy tour z transportem do Paracas i z powrotem. Zaliczkujemy 50%.

No dobrze, jedna sprawa załatwiona, teraz czas na posiłek. Rozglądamy się po Plaza, mieszkańcy i turyści gromadzą się w kilku miejscach, są tu puby i kawiarnie, ale my potrzebujemy zjeść coś porządnego. Przynajmniej Kamila ma ochotę na obiad.
- Spróbujemy tu - komenderuje Kama na bocznej uliczce wskazując knajpę, z której dolatują miłe zapachy.
Menu przyniesione przez kelnerkę jest po hiszpańsku a mi, szczerze mówiąc, nie chce się odgadywać nazw potraw. Zaglądamy do talerza sąsiadom - jedzą jakieś mięsko nadziane na długie patyczki.
- Good? - pytam mężczyzn.
- Muy sabroso! - kiwają głowami.
- Chicken?
Trudno wydobyć z nich odpowiedź, nie mówią po angielsku.
- Oj, najwyżej będzie to świnka morska - stwierdzam - Bierzesz też?
- Nie, ja wolę kurczaka.
Peruwianka przy sąsiednim stoliku też nie zna angielskiego, ale gestami nas zachęca.
- What kind of meat? Chicken? - dopytuję.
Kobieta kiwa głową i łapie się za pierś. No dobrze, niech będzie filet z kurczaka na patyku.
Zamawiam danie (Kamila jakieś risotto) i delektujemy się atmosferą miejsca. Gra miejscowa muzyczka, dzieciaki biegają z lodami, rodzice oglądają sport w telewizji. W końcu na stole pojawia się nasz posiłek. Wbijam zęby w twardawe mięso i...
- Ups! To na pewno nie jest kurczak!
Zjeść się da, chociaż dostałem naprawdę dużą porcję. Ale jednak chciałbym wiedzieć, co jem. Podaję rozmówki sąsiadce. Ta wertuje książeczkę i wskazuje palcem: corazón de res.
I znów łapie sięga pierś. No, ja nie mogę! Dostałem serca wołowe!
Śmiejemy się wszyscy.

Po posiłku Kamila stwierdza:
- A teraz napiłabym się pisco!
- No przecież! Być w Pisco i nie napić się pisco?
W poszukiwaniu miejscowego trunku obchodzimy plac dookoła i znajdujemy przyjemną knajpkę. Kamila optuje za pisco sour, ja - bardziej konserwatywny - wolę czysty alkohol. Siadamy przy stoliku i obserwujemy jak barman kolejno nalewa do shakera alkohol, wyciska sok z limonki, dodaje cukier, rozbija jajko i dodaje białko a na koniec nieco angosturu - gorzkiego likieru. Wytrząśnięty koktajl ma mlecznobiałą barwę i przypomina mi arak mieszany z wodą, który piliśmy na dachu hotelu w
Aleppo. Ech, Syria! Wtedy było wszystko takie... nowe, fascynujące. Teraz... jest swojskie, ale - ze względu na wojnę domową - niedostępne.
Sączymy pisco i rozmawiamy. Kamili alkohol nieco uderza do głowy, oczy się jej błyszczą.
- To najwyżej 30-procentowy alkohol, spokojnie można pić! - chojrakuję.

Wieczór jest ciepły, powoli wracamy do hotelu. Trzeba jeszcze kupić chleb i coś do picia na jutro. Sklepiki wciąż otwarte, w wielu z nich kupuje się przez zakratowane okienko. Wygląda to nieco dziwnie, przecież zagrożenia napadami na sklepy tu nie ma. A może się jednak mylę?

To był udany dzień. Fajne muzeum, bezproblemowy wyjazd ze stolicy, załatwiony nocleg i wycieczka na wyspy powodują, że czuję się odstresowany i zrelaksowany. No i to pisco, mmm!


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej