Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11]


Krościenko - Rabka

sobota, 9 V 2009


Wspomnienia spod Marszałka |Rowerem po Gorcach |Wciąż żywy i na chodzie |Gdzie by zanocować?


Krościenko 6:30 - Marszałek - Lubań 10:10-10:20 - Runek - Przeł. Knurowska 14:05 - Kiczora - Turbacz 16:35-16:50 - Stare Wierchy - Maciejowa 18:30 - Rabka 20:30 Ranek w Pieninach

Dziś sobota, gospodarze pewnie będą spać dłużej. Wczoraj uprzedziłem, że wyjdę bez pożegnania. Kawa, kromka chleba i jestem gotów do drogi. Ruszam o wpół do szóstej. Zaczynam od zaległych zakupów w supermarkecie. Wczoraj naprawdę nie miałem już sił przejść za Dunajec. Obładowany żarciem na cały dzień skręcam za kościołem w lewo i stromymi uliczkami zaczynam długą drogę na Lubań. Pod Marszałkiem siadam na ławeczce i delektuję się zamgloną panoramą Pienin. Patrzę na Sokolicę i Trzy Korony z pióropuszem chmur... Jeszcze rok temu tędy chodziłem. To se ne vrati. Minąłem wierzchołek Marszałka. Z przykrością konstatuję, że nie ma już drewnianej szopy, w której nocowałem ze Staszkiem. Była to noc pełna wrażeń. Rozłożyliśmy się w lepszym z dwóch pomieszczeń, przed północą przyszli bacowie i przegnali nas do sąsiedniej klitki. Później złapali szczura i zabawiali się nim aż do męczeńskiej śmierci. A w ogóle ze Staszkiem to było tak: ruszyliśmy z Nowego Targu w kierunku Bieszczad. Ja z namiotem, kociołkiem, menażkami, konserwami w szklanych słoikach. Staszek natomiast zapakował jakąś powiastkę filozoficzną, słownik, fajkę i akcesoria do niej. Szedł szybkim krokiem i zwykle po kwadransie znikał za horyzontem. Gdy zziajany doganiałem go siedzącego na pniu mówił:
- A, jesteś, Kornel! - gasił fajkę i dodawał - No dobrze, chodźmy dalej.
Ostatecznie udało mi się go przekonać do podzielenia się ekwipunkiem ;-)
Widok z Marszałka na Beskid Sądecki.

Dziś idzie mi się gorzej niż w poprzednich dniach. Nie mam już takiej motywacji, presji na maszerowanie. Przeszedłem już większość GSB i wiem, że dojdę do końca. A czy będzie to jeden dzień więcej, czy mniej...? I tak mam dobre tempo ;-)

W końcu jest Lubań (1211 m n.p.m.). Tu, na jego stokach, stoi latem baza namiotowa. Podchodzę do zwalonego słupa z tabliczkami PTTK i wzdycham patrząc na akt wandalizmu: jakże różnie można wyrażać emocje towarzyszące osiągnięciu celu... Pod opustoszałą wiatą, gdzie przed rokiem piłem malinową herbatę, siedzi ubłocony chłopak. Rowerzysta, poprawiam się w myśli, spostrzegając opartego o ścianę górala.
- Jak leci? - zapytuję i przysiadam się na ławce - Nocowałeś tu?
- Nie, nie. Spałem w bacówce pod Turbaczem. Teraz jeszcze czeka mnie wjazd na Lubań, zjazd do Krościenka i powrót do Krakowa.
Rozmawiamy chwilę o turystyce rowerowej, Jestem pełen uznania dla rowerowych trekingowców jeżdżących po tych kamolach, błocie i wertepach. Częstuję go czekoladą, ale woli swoje słodkie frykasy.
Studzionka - Będzie woda na drodze do Turbacza?
- Woda?...
- Strumyki, jakieś źródełko?
Nie, nie będzie. Tylko kałuże. Proponuje mi swoją wodę, ale odmawiam. W końcu na drodze z Krościenka też wody nie było.
Czas na mnie. Żegnam się z krakowianinem, życzymy sobie powodzenia. Mijam kolejny papieski krzyż i wędruję dalej. Towarzyszy mi teraz na ścieżce falista linia opon. Czasem niknie na twardszym gruncie, czasem zagłębia się w błocie lub tworzy ślad w dywanie bukowych liści. Przychodzi mi do głowy myśl, że inaczej patrzy się na ślady pozostawione przez kogoś anonimowego, inaczej - gdy wiemy, kto je zostawił. Idę więc ze spuszczonym wzrokiem i zastanawiam się: o, tu musiałbym rower prowadzić; tu hamowałbym z zaciśniętymi dłońmi na hamulcach; a tu musiało nieźle wytrzepać... Dochodzę do wniosku, że jazda na rowerze górskim w takim terenie jest równie wyczerpująca, co chodzenie z plecakiem. A przejechanie Głównego Szlaku Beskidzkiego - nie lada wyczynem. I zaczynam rozumieć, skąd te szaleńcze zjazdy rowerzystów po leśnych stokach: to ich przyjemność, rekompensata za trud mozolnego targania roweru na szczyt. Widok z Hali Zielenica na Beskid Sądecki

Dochodzę do Studzionki. Jakże malownicza jest ta dolina przede mną! Nie dziwię się, że właśnie tu pobudowano w ostatnich latach sporo nowych, stylowych domów. Jest i duże gospodarstwo agroturystyczne przyciągające wzrok estetycznym wyglądem.
Wędrując przez Gorce spotykam kilka razy rodziny zbierające chrust. Chyba to efekt kryzysu gospodarczego, bo zimy mamy teraz łagodne. Na Przełęcz Knurowską (846 m n.p.m.) docieram po 14.00. To półmetek
dzisiejszej drogi.

Hm, czuję coś dziwnego na dolnej części płatka ucha. Jakiś bąbel czy strupek. Coś mnie użarło. Nie mogę dojrzeć. Kleszcz? Naczytałem się o boreliozie przed wyjazdem. Co prawda, zagrożenie tą chorobą w Beskidach jest zdecydowanie mniejsze niż na Białostocczyźnie, ale idę szlakiem z nakrytą głową. Pod naciskiem bąbel pęka zakrwawiając mi palce. Nie wiem, co to było. W każdym razie żyję. Pod Kiczerą

Zasapałem się. To podejście na Kiczorę jest naprawdę strome. Zrzucam plecak i siadam na pniaku. Wyjmuję woreczek z jabłkami. Jedno z nich wyskakuje i toczy się po zboczu. Ciekawe, gdzie się zatrzyma? Odpoczywam kilka minut i wymyślam test na pomiar zapasu sił: jeśli będzie mi się chciało zejść po to jabłko - nie jest ze mną tak źle. Na Polanie Zielenica otwiera się widok na pasmo Radziejowej i Lubań. Gdzieś za Marszałkiem leży niewidoczne Krościenko. Nie mogę uwierzyć, że byłem tam dziś rano. Spod wierzchołka Kiczory (1282 m n.p.m.) droga jest już prosta, choć mokra: topniejący śnieg i rozdeptane błoto. Dochodzę na Długą Halę i gaszę pragnienie wodą ze źródełka przy kapliczce. Widać już schronisko na Turbaczu, będę tam za 20 minut.

Schronisko. Duże i bez atmosfery. Siadam na chwilę w pustej stołówce, bez większego apetytu zjadam chińską zupkę i kilka kromek chleba. Zbliża się godzina siedemnasta. Czeka mnie jeszcze zejście do Rabki. A jeśli nie dam rady - przynajmniej na Maciejową.
A więc do dzieła! Podchodzę na szczyt Turbacza (1310 m n.p.m), pod pomnikiem mijam kilku rowerzystów targających swe bicykle i przez wiatrołom schodzę ku Obidowcowi. Jesienią zeszłego roku szedłem tędy w towarzystwie Agnieszki, fotografowaliśmy różne kwiatuszki i rosochate pnie. Teraz - nie mam na to ochoty.
Krokusy na Długiej Hali Mijam Stare Wierchy, tu bezskutecznie wypytuję o stację PTTK w Słonem, do skorzystania z której namawiał mnie kiedyś jakiś Rabczanin. Bezskutecznie, bo w rzeczywistości chodziło o budynek GOPR-u, jak później na Maciejowej wyjaśnił mi chłopak w czerwonym polarze. Zgodnie z jego instrukcją, schodzę do Słonego, by przy alei Tysiąclecia szukać noclegu.
Ale zanim tam doszedłem trafiam na inną okazję. Zaczepiam czterdziestolatkę krzątającą się w ogrodzie przed eleganckim domem. Tak, znalazłoby się miejsce do spania. Pomieszczenie na parterze zostało zaadaptowane dla wczasowiczów. Jest prysznic i ciepła woda. Twardo negocjuję swoją cenę. Z przyjemnością wypijam herbatę i kładę się wygodnym łóżku.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej