Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]


Kraków-Wiedeń-Graz

środa, 4. VIII 1993


Dwie wyprawy: czy to nie za dużo? | Budzik nie zadzwonił... | Wiedeń - niby tak blisko | Gleba


WiedeńDziś rozpoczęła się jedna z najdłuższych z moich dotychczasowych podróży: prawie miesiąc poza domem (nie licząc stopa w zeszłym roku - 30 dni ale za to tym razem ponad 7.000 km). Zaczęło się tak: gdzieś w maju czy w czerwcu zauważyłem ogłoszenie o tanim (2.9 mln zł) trampingu do Włoch i zdecydowałem się na niego, mimo że miałem już w planach wycieczkę do Skandynawii. Pierwsze obliczenia czasu i gotówki potrzebnej do zrealizowania obu wyjazdów wypadły korzystnie. Miałem natomiast wyrzuty sumienia, czy nie za bardzo naciągam Sylwię, jeśli chodzi o koszty. W końcu jedzie pierwszy raz za granicę, a tu musi wywalić od razu kilkanaście milionów złotych. Poza tym są to w sumie prawie dwa miesiące wszelkich niewygód, niepewności, stresów, oszczędzania na różnych rzeczach, itp.
Czy wytrzyma drugą podróż w te wakacje?

Wiedeń - kościół św. StefanaZaczęło się dość pechowo, czyli od budzika, który nie zadzwonił o 4.30. Sylwia zadzwoniła po swojego tatę, który w niewiarygodny sposób znalazł się po 15 minutach pod domem. Łamiąc po drodze przepisy kodeksu drogowego dotarliśmy na Dworzec Wschodni, gdzie zorientowaliśmy się, że 1. pośpiech nie był konieczny, 2. pakunki z żarciem innych ludzi wcale nie były większe od naszych. Pilot zapowiedział istotne wiadomości po wyjeździe z Krakowa i ruszyliśmy na liczącą ponad 7.500 km trasę. Przed słowacką granicą okazało się, że jedzie tylko jeden kierowca i jeden pilot. Rzekomo drugi kierowca miał wypadek zaś pilotka - zawał w rodzinie.
Po stronie słowackiej zrobiliśmy krótką przerwę na zakupy - pomidory, banany i lody. Początkowo górzysty a przez to ciekawy krajobraz ustąpił miejsca monotonnej nizinie nad Dunajem. Nerwowo oczekiwaliśmy kolejnej granicy - austriackiej. OK.

Frantz JosephWiedeń. Niby tak blisko, a dopiero teraz widzę to miasto. Zostaliśmy wysadzeni przed Operą. Sylwia, po ponad 10 godzinach jazdy była już wykończona, musiała dłuższą chwilę odpocząć na operowym murku, ja zaś szukałem odpowiedniej perspektywy by zrobić zdjęcia. Przeszliśmy potem do Neue Burgu, gdzie Sylwia oddała Austriakom częściowo tylko tknięte wiktuały słowackie, i z lżejszym brzuchem poszliśmy do Koftburga, Parlamentu i Ratusza. Ogólnie mówiąc Wiedeń spodobał się nam. A Sylwii nawet bardziej niż Kraków (sic!): miasto z czystymi, monumentalnymi budowlami, parkami i ulicami. W drodze powrotnej ku autobusowi zaglądnęliśmy do wnętrza Katedry św. Stefana (koncert organowy o 20.00).

Wiedeń Przed nami było jeszcze kilka godzin jazdy, wszyscy więc starali się zdrzemnąć. Do motelu gdzieś pod Grazem wjechaliśmy o 23.30. Ostre, sodowe światło, skrawek ubitej ziemi - tak przedstawiało się miejsce naszego pierwszego noclegu. Ludzie rzucili się po karimaty i namioty, my - tylko po karimaty, gdyż w przeddzień wyjazdu, zachęceni przez pilota, zrezygnowaliśmy z wygód w rodzaju własnego M-2. Nie my jedni - obok nas rozłożyło się kilkanaście osób próbując usnąć.
O szóstej wyjazd. Autostrada przez Alpy, granica, dalej Alpy, mosty, tunele. Wszystko bardzo piękne, lecz zbyt szybko przemknęło za szybami bym mógł się tymi widokami nasycić. Wreszcie drogą wśród winnic i pól kukurydzy dojechaliśmy do Wenecji.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej