Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16-17]


Przysłowie rosyjskie

Kraków-Brześć

poniedziałek-wtorek, 14-15 VII 2003


Priwiet riebiata | Założenia trampingu | Ruszamy! | Warszawa o świcie | Witaj Białorusio! Twierdza brzeska: duże jest piękne | Dzisiejszy Brześć? | Plackartnyj


Brześć: twierdza

- Priwiet, riebiata!
        
- Witaj, cześć, cześć...
Na dworcu przy "Trzech kulach" przybywało po trochu uczestników wyprawy "Karelia 2003". Niektóre twarze zapamiętałem z przedwyjazdowego spotkania. Widzę rodziców odprowadzających swe pociechy jadące tak daleko.


Moja obecność wśród nich była cokolwiek przypadkowa. Raz - że był to wyjazd typowo studencki, dwa - że pomysł na Karelię powstał niejako "przy okazji" planowania tegorocznych wakacji. Tym razem uparłem się pojechać na Bałkany, ale do ostatniej chwili tamten wyjazd stał pod znakiem zapytania. Nie chciałem pozostać na lodzie, zobaczywszy więc na słupie ofertę AKP "Czajka" podjąłem szybką decyzję zwłaszcza, że zawsze marzyłem o wyjeździe w tamte regiony. Wkrótce okazało się, że wyjazd będzie półprywatny i niekomercyjny. W naszych planach był wyjazd do St. Petersburga, później Pietrozawodska - stolicy Karelii, a dalej Kem (Kiem), wypad na Wyspy Sołowieckie. Ja ostrzyłem sobie zęby na ewentualny wyjazd do Murmańska. Część osób była zainteresowana miastami, stąd pomysł, by zacząć odkrywanie Dzikiego Wschodu od Moskwy.

Zamierzeniem naszym były noclegi w tanich hotelach po max. 10 €. Całkowity koszt 15-dniowego wyjazdu został oszacowany na 1200 zł. Moje przygotowania do wyprawy ograniczyły się wbicia, na podstawie pisemka z "Czajki", pieczątki AB do paszportu, przeszukaniu zasobów internetu, zakupu kilku konserw i łakoci na drogę. Początkowo nieliczna grupa rozrosła się do 25 osób. To dużo - ograniczona jest przez to mobilność grupy, może prowadzić do obniżenia dyscypliny i trudności w podejmowaniu decyzji.
Jestem jednak optymistycznie nastawiony, Przemek, szef grupy, pilot i właściciel biura w jednej osobie wygląda na kompetentnego i umiejącego zadecydować.


Mały zgrzyt na początku - nie ma obiecanych biletów zbiorowych - Przemek kupuje wszystkim bilety do Terespola przez Warszawę (w Krakowie składaliśmy się po 250 zł). Perspektywa 5h nocnej jazdy i oczekiwania na peronie na pociąg do granicy o 6.10.... ughh!
Siadam w pzedziale z Przemkiem, Basią, Michałem i Bartkiem. Basia ma piękny uśmiech, jest bezpośrednia i ma to "coś". Staram się zapamiętać bardzo mądry tytuł jej pracy magisterskie o wartościowaniu i argumentacji zwolenników i przeciwników Unii Europejskiej. Michał jeszcze studiuje geografię i jest również sympatyczny. Bartek - jest chwilowo zdeprymowany towarzystwem trochę starszych osób. Przemek wciąż wchodzi i wychodzi - widać, że stara się opanować sytuację. Początkowo wesołe rozmowy słabną w miarę jak pociąg przemierza swe kilometry. Rzucone przez kogoś hasło nocnego spoczynku zostaje skwapliwie przyjęte. Chwilowe zainteresowanie wzbudza mój zielony pompowany kołnierz zakładany na szyję. To będzie jednak nieprzespana noc. Pociąg sunie tak, jakby chciał uniknąć Warszawy. Co chwilę staje. Jedziemy okrężną trasą.

Warszawa Centralna, 4.00. Tylu tu fantastycznych ludzi: kulawi, obdarci, wymalowane panienki, faceci w wymiętych garniturach, panowie w różowych koszulach. Nie czas na obserwację nocnego życia dworca - w składzie: Michał, Basia, Bartek i ja, ruszamy w poszukiwaniu Starówki. Pałac Kultury i okoliczne biurowce... Ta Warszawa ma jednak swój rozmach (obcy Krakowowi...). Wizytacja udana: Zygmunt stoi na kolumnie tak jak stał a rynek Starego Miasta jest całkowicie uśpiony. Wracamy.

Kolejny pospieszny do Terespola. Na stacji granicznej ostatnie zakupy - mineralna 2 x 1.5l. W ruch idą komórki... Wsiadając do pociągu do Brześcia niektórzy zastanawiają się, czy to już szerokie tory...? Wypełniamy deklaracje celne wpisując ilości posiadanej gotówki oraz narkotyków i materiałów wybuchowych. Pracownica służb specjalnych bierze mój paszport i każe patrzeć prosto w oczy - tak jest ładna, że mogę się na nią gapić bez końca... ;-)
Brześć: Lenin W Brześciu Przemek coś tam szepcze celnikowi pokazując jakąś bumagę i odprawa odbywa się w postaci machnięcia ręką. Witamy w Białorusi!

Rzucamy bety w przechowalni bagażu. Później quasi-taksówkarze proponują podwiezienie za 2$ (4000 BLR) do twierdzy brzeskiej - zapowiadanego w Krakowie punktu programu na ten dzień. Płacę ja, Bartek oddaje mi swą część. Główna aleja prowadzi do monumentalnej bramy w kształcie pięcioramiennej gwiazdy. Goworit Moskwa - z ukrytch głośników rozlegają się słowa oryginalnych komunikatów z II wojny światowej, później odgłosy bombardowania i pieśni wojskowe. To robi wrażenie. Kolejna panorama ukazuje równie potężną, wykutą w skale głowę żołnierza. Ehm... radziecki człowiek nie potrzebuje skały... Przywiezie beton i zrobi posąg z betonu... Cały kompleks twierdzy jest rozległy - oglądam tylko centralną część. Obok wiecznego ognia i iglicy - wiązanki kwiatów a wokół nas ruiny schronów i koszarów. Cóż, poziom sztuki konserwatorskiej jest umiarkowany: aby zabezpieczyć ceglane ruiny przed destrukcyjnym wpływem deszczu polano je... betonem i przyozdobiono ten lukier ceglanymi rodzynkami.
Ten widoczny dookoła monumentalizm wzbudza powszechne zainteresowanie czy nawet zdziwienie niektórych osób. Trzeba jednak zrozumieć czym dla mieszkańców ZSRR była Wielka Wojna Ojczyźniana, z jak wielkimi stratami się wiązała i jakie piętno wywarła na wielu kolejnych pokoleniach.

Nadciągają ciemne chmury i deszczowa pogoda utrzymuje się do wieczora. Spacer do miasta Aleją Zasłużonych. Napisy białoruskie i rosyjskie mieszają się ze sobą. Zastanawiam się nad rzeczywistymi stosunkami narodowościowymi tutaj. Czy Białorusini odpuścili sobie "walkę" o utrzymanie swojej odrębności (?) kulturowej? Próbuję podjąć ten wątek w rozmowie z kilkoma osobami lecz dogłębnej analizy na ten temat się nie doczekuję.
Tubylec wskazuje nam knajpę (Żul Wern), jednak zatrzaśnięte przed nosem drzwi przekonują mnie, że nas tu nie chcą... Zapoznaję się z kuchnią białoruską w pobliskim bistro: ryba smażona w serze z kartoszką "Fri" i kawa bez sachara to wydatek 3180 BLR.
Spacer po mieście. Ulica Sowietskaja, Lenina, Marksa... Hm, a podobno świat się zmienia... W końcu ulubiona postać z moich czytanek - Włodzimierz Ilicz. Tylko dlaczego wskazuje ręką na pobliski kościół? Prorok jaki, czy co? Zostawiamy pomnik wraz z grupą grubawych żenszczin pielęgnujących rabatki przy Wodzu i w towarzystwie kolejnego kapuśniaczku transferujemy się na dworzec. Oczekując na pociąg zaglądam do komnaty otdycha, która okazuje się być dworcową przechowalnią pasażerów. 4000 rubli, także dla innostrancow za czystą pościel i łóżko to niewygórowana cena. Tylko dlaczego tu nie ma okien...? A propos pieniędzy. W kantorze wymieniłem 5 $. Kurs dolara i euro to odpowiednio 2800/2850 i 3000/3070 rubli.

W pociągu do Moskwy (plackartnyj) zajmuję inteligentnie miejsce przy otwieranym oknie. Najbliższymi sąsiadami są Magda (studia matematyczno-przyrodnicze), Sława (prawo) i Kuba (japonistyka). Cała trójka po pierwszym roku. Zachęcam ich do rozmowy pytając, czy nie mają ze sobą wódki, ale ten typ humoru najwyraźniej do nich nie trafia. Dziewczyny czują różnicę wieku, w rozmowie wplatają od czasu do czasu "pan". Hm...
Ogólnie nie jest najgorzej. Wagon plackartnyj jest bardzo nowoczesny i czysty. Podobno gorzej będzie później: drewniane okna zabite na głucho i i syf w ubikacjach. Pożiwiom, uwidim.
Kuba rzeczywiście interesuje się językami i wcale nie ogranicza się do języka japońskiego. Opowiadamy sobie ciekawostki lingwistyczne.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej