Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


Kathmandu - P.N. Chitwan

czwartek, 22 III 2007


Wyjazd do Parku Narodowego Chitwan |A może by tak rafting? |Spacer po dżungli |Sal |Mój pierwszy nosorożec |Ciekawy lud Tharu |Egzotyczny taniec pawia


Rzeka Trisuli

Autobus do Parku Narodowego Chitwan ma wyjechać o 7.00 rano. Od godziny 6.00 tkwimy w hotelowym holu czekając na umówionego agenta z biura organizującego wyjazd. Hotelarze śpią obok na kanapach, przez sen mamroczą, że zaraz ktoś przyjdzie. Zmuszam w końcu Nepalczyka do zadzwonienia po agenta, ten zjawia się o 6.30, zamawia dla nas jakąś pseudotaksówkę i jedziemy w okolice ambasady amerykańskiej. Tu, przy Kantipath, czeka gotowe do odjazdu stado autobusów. Przez otwarte okna sprzedawcy wciskają turystom soczki, owoce i inne łakocie. Z małym opóźnieniem wyruszamy w 6-godzinną drogę. Jeśli jakość autokaru jest proporcjonalna do ceny pakietu - to kupiliśmy wycieczkę do Chitwan całkiem tanio ;-) Najważniejsze, że wszystko idzie OK.

Początkowo jedziemy znaną nam już doliną. Teren jest górzysty, zdarzają się widoki ośnieżonych himalajskich szczytów. Rzeka Trisuli, która nam towarzyszy, ma zmienną naturę: raz rozlewa się wieloma odnogami w szerokiej dolinie, raz wartkim strumieniem przeciska się między skałami. Na takim węższym odcinku rzeka wykorzystywana jest do raftingu. Właśnie zatrzymaliśmy się w wiosce, grupa turystów opuszcza autobus, popłyną pontonami w dół Trisuli. Trochę im zazdroszczę. Może kiedyś będzie okazja?
Chitwan: bananowiec Chitwan: kwiaty

Gospodarstwa przy drodze wyglądają bardzo skromnie, charakterystyczne dla nich są gliniane piece wybudowane na zewnątrz budynku. Czasem mają funkcję przydrożnych garkuchni. Kilka żarzących się polan włożonych do pieca jest gwarancją, że na kierowcę będzie czekać ciepły posiłek.
Mijamy w pewnym momencie sangham, miejsce, gdzie rzeka Kali Gandaki wpada do Trisuli. Woda dopływu jest brunatna, niesie dużo mułu i niezbyt chce się mieszać czystą wodą Trisuli. Płyną więc obie wody obok siebie na dłuższym odcinku.
Chitwan: liana Chitwan: nosorożec

Za Bharatpur skręcamy w kierunku Tadi Bazaar, jedziemy wzdłuż Mahendra Rajmarg. Na kilkanaście kilometrów przed Saurahą - wsiadają do autobusu... no tak! hotelowi naganiacze, naturalnie!... Trzydniowy pakiet kosztuje u nich 40 USD, dochodzę więc do wniosku, że w Kathmandu nie przepłaciliśmy dużo. Chitwan: nosorożec

W końcu jesteśmy na miejscu. Do bungalowów podjeżdżamy dżipem. Wygląda na to, ze "Forest Resort" znajduje się poza ścisłym centrum. Domki ukryte są w pięknie urządzonym ogrodzie pełnym kwitnących kwiatów. Hibiskusy, róże, krotony, jasnozielone żywopłoty, mango, liczi, bananowce i inne nieznanie nam drzewa. Lunch jest dość obfity - zupa czosnkowa, na drugie różne makarony z warzywami. Program na dziś to ungle walk, wizyta w wiosce zamieszkałej przez lud Tharu oraz wieczorne tańce ludowe.

Jedziemy dżipem przez wioskę - oblepione gliną chałupy, równo przycięta strzecha na dachu, podwórka ładnie pozamiatane, dużo kwiatów i bananowców. Czystość ludu Tharu jest ponoć ich cechą narodową. Między zabudowaniami migają nam pola ryżowe. Rząd kolorowo ubranych kobiet sadzi ryż, przez zalane wodą pole brnie wieśniak za pługiem zaprzężonym w parę wołów. Takich obrazków nigdy dość!
Wioska się kończy, przed nami duża polana z wpół uschniętymi gigantycznymi drzewami sal (Shorea robusta). Rozłożyste konary porośnięte są pasożytniczymi roślinami - wyglądają jak brody. Przekraczamy łódką niewielką rzekę i zagłębiamy się w sal - las pokrywający 70% powierzchni P.N. Chitwan. Lasy deszczowe to tylko kilka procent powierzchni parku, reszta to las mieszany. Spotykamy cenne daubergie (Dalbergia sissoo) zwane indyjskim palisandrem, akacje (Acacia catechu) z gigantycznymi strąkami. Niektóre drzewa porośnięte parazytofitami pozbawione są liści, widać, że usychają zniszczone przez pasożyty. Te ostatnie też giną wraz ze swą ofiarą. Ale dopóki można - czerpią soki i zadowolone zielenią się soczystą barwą. Na Śiwę! Czyż to nie przypomina sytuacji z życia wyższych ssaków?
Chitwan: słoniki

Wokół miła cisza. Lub zgiełk, jeśli się dobrze wsłuchać w wielogłosowy śpiew ptaków. Wśród spotykanych tu gatunków roślin występuje tu ...(hm, uciekło). To gigantyczne drzewo o gwiaździstym przekroju pnia. Starsze okazy mają u podstawy pnia potężne podpory, młode w przekroju przypominają rotundę z absydami. Na kolejnej polanie przewodnik pokazuje nam termitierę, niestety wygląda na opuszczoną.

Przebywanie w lesie, niby tak zwyczajne dla mnie przywykłego do długich wycieczek po Beskidach, jest tu czymś niezwykłym. W Radżastanie pozbawionym niemal lasów wyczekiwałem na dżunglę, w Madhya Pradesh przejeżdżaliśmy w pobliżu P.N. Panna, lecz tamtejsze lasy z akacjami przypominały raczej sycylijskie krajobrazy. Nad Zatoką Bengalską - ledwie zagajniki bambusowe... A ja wciąż czekałem na dżunglę! No i mam teraz ten sal. Drzewa potężne, można powiedzieć dostojne, ozdobione brodami pasożytów i powiązane zdrewniałymi lianami niekiedy grubości męskiego uda.

- Widzicie kierunek splotu tej liany? - pyta przewodnik - Roślina podąża za słońcem w ciągu dnia.

Hm, ciekawa obserwacja. A jednak dzień później spotykam liany "nieprawidłowo" owinięte wokół drzewa. Czyżby przejaw roślinnego nonkonformizmu? Chitwan: Nepalki

W dżungli ciągle coś się dzieje. Trzeba mieć tylko uszy i oczy szeroko otwarte. Przed chwilą minęliśmy dwa kolorowe pawie, spłoszone uciekają, nie dają się podejść. Ptasi jazgot nie ustaje ani na moment, nawet, gdy przez polanę przemaszerowuje słonia rodzina. Dwa półtonowe szkraby trzymając matkę za ogon dzielnie za nią podążają. Grupa barwnie ubranych kobiet wraca ścieżką z lasu. Niosą na plecach chusty wypchane jakimiś roślinami - zdaje się zbierały zioła.

Przewodnik daje nam znak, abyśmy zachowali teraz ostrożność. W odległości stu metrów od nas wyleguje się nosorożec (Rhinoceros unicornis).

- Zachowujecie się cicho. To biały nosorożec, ma słaby wzrok, ale dobrze słyszy.

Przemykając od drzewa do drzewa zbliżamy się do zwierzęcia. Nosorożec leży na boku, jak go mam sfotografować?! Ptaszek skacze mu po grzbiecie, później siada na nosie. Nosorożec łaskawie wstaje i skubie trawkę. Hanka ma słabszy zoom w aparacie, musimy podejść na 15 metrów. Przewodnik kręci głową i syka na nas, byśmy się zanadto nie zbliżali. Zwierzę ślicznie pozuje, przygląda się nam, a następnie łamiąc gałęzie zagłębia się w gęstwinę. Chitwan: słonie

Z pobliskiego ośrodka hodowli słoni dobiegają do nas przeraźliwe ryki. Słoni na farmie jest około 25. Duże osobniki - te, które akurat wróciły z pracy w lesie - stoją w cieniu pod wiatą. Nie chcą spacerować... A może nie mogą? Cóż - przykute za nogę potężnym łańcuchem niewiele mają do powiedzenia. Natomiast małe słoniątka - takie do jednej tony, powiedzmy - biegają sobie samopas. Lubią się bawić, pozują do fotografii. Gdy karmiciel przyniesie dla starszych słoni kosz "sandwiczy" - zawiniętych w trawę owoców, zdarza się, że próbują zwędzić przekąskę. Kusimy słoniątka kępkami trawy i słuchamy opowieści przewodnika o tych mądrych ssakach.

Później podjeżdżamy do wioski Tharu wyglądającej jak żywy skansen. Mieszkańcy zajęci są swoimi sprawami, siedzą przed glinianymi chałupami, rozmawiają, przygotowują posiłek, zamiatają podwórka, młócą ryż, coś naprawiają. Chodzimy z przewodnikiem od domu do domu, opowiada nam o ich zwyczajach i kulturze. Zwraca uwagę na tradycyjne tatuaże (nie rysunki wykonane chną) pokrywające łydki i ręce. Mówi również o naturalnej odporności plemienia na malarię. Widocznie rozpowszechniona jest wśród nich alfa-talasemia - wrodzone, ilościowe zaburzenie syntezy hemoglobiny. Chitwan: młocka
Takich niezwykłości uwarunkowanych genetycznie spotyka się w Azji więcej - choćby sławne niebieskie plamy na skórze pleców często występujące wśród Mongołów - to efekt obecności melanocytów pod skórą. A także ratauni - nocna ślepota spotykana u ciężarnych kobiet w regionie nepalskich równin terai (a także w innych krajach Azji Południowo-Wschodniej).
Czuję się trochę głupio. Co byście powiedzieli, gdyby do waszego domu przyszedł ktoś z wycieczką Murzynów i opowiadał o waszych zwyczajach? Hm... Zaglądamy do chaty wyglądającej jak izba muzealna. Zgromadzono tu trochę sprzętu gospodarskiego, narzędzia rolne, instrumenty muzyczne. Większość wykonana z drewna, liści palmy lub bambusa. W wiosce zwraca uwagę czystość, trudno mi jednak ocenić, czy jest to wrodzona cecha czy zachowanie wynikające z turystycznego charakteru wioski.

Na kolację dostajemy kawałki kurczaka, jakieś sosy, chapati, warzywa oraz świeczkę. Przerwa w dostawie prądu potrwa jak zwykle do 21.00... Chitwan: zespół Tharu

Atrakcją wieczoru będą występu lokalnego zespołu. Do dużej sali gminnego ośrodka kultury ;-) schodzą się białasy ze wszystkich hoteli w Chitwan. Tharuńczycy prezentują kilka tańców, muzyka podkreślona rytmem uderzeń kijów trzymanych przez tancerzy może się podobać. Podobnie zresztą jak same tańce i całość przedstawienia. Później występują instrumentaliści; po znudzonej minie starszego grajka widać, że występuje tu już od 100 lat... Dalej mamy taniec kobiet w kolorowych sukniach, ale gwoździem programu jest występ pawia. Ciekawe, czy paw w Nepalu jest równie ważnym symbolem, czy to tylko bliskość Indii spowodowała, że oglądamy taniec pawia. A ten jest naprawdę niezwykły. W przebraniu ptaka występuje mały chłopiec, rytmicznie kręci długą szyją, skacze po całej scenie, dziobie niewidzialne ziarna, robi sztuczkę z podnoszeniem kwiatka. Co chwilę zbiera gromkie brawa. Na koniec rozpościera swój pawi ogon i długo nim potrząsa. Aplauz trwa kilka minut. Chitwan: zachód słońca
Wychodzimy z występów oczarowani. W milczeniu - i w ciemnościach - wracamy do domu. Niebo iskrzy się milionami gwiazd...

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej