Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Kashan

wtorek, 15 VIII 2006


Przylatuje Jarek |Jedziemy do Kashanu |Cudowne, gliniane miasto |Kuchnia perska.... mniam! |W tradycyjnych domach irańskich |Spacer po dachu bazaru


Kashan: medina

Udany, choć męczący dzień. O piątej rano przyjeżdża Jarek. Jest podekscytowany drogą. Opowiada o wymianie pieniędzy na lotnisku (przemilczę z litości paskarski kurs), o przejażdżce taksówką z lotniska na dworzec, za którą zapłacił 100.000 riali. No cóż, frycowego nie unikniesz...
Po szóstej pakujemy się i myjemy. Jarek w drodze do prysznica paraduje w slipach. Później delikatnie mu przypomnę, ze jest w Iranie. Idziemy wymienić pieniądze, po drodze opowiadam mu o Teheranie i lokalnych zwyczajach. Jarek ciągle chce przechodzić na pasach i to jeszcze przy zielonych światłach. Uparciuch! Tłumaczę mu niestosowność takich zachowań.
W poszukiwaniu miejsca, gdzie moglibyśmy wymienić pieniądze odwiedzamy kilka banków. Nie chcą tam jednak naszych zielonych papierków, odsyłają nas do innych banków. Te z kolei nie mają jeszcze dzisiejszych kursów walut. Udaje się nam w końcu przezwyciężyć wszystkie trudności, nawet zepsutą kserokopiarkę w banku (potrzebne ksero paszportu) i wypełnić kilka druków. Rozdzielamy wielką kupę pieniędzy na dwie mniejsze i z trudem upychamy w saszetkach. Jarek zawiadamia świat mejlem i telefonicznie, że żyje, choć dostał się w moje łapy.
Kashan: medresa Agha Bozorg

Możemy już ruszać w drogę do Kashanu. Dziwna rzecz. Kierowca miejskiego autobusu nie chce od pasażerów biletów, kasy w metrze nieczynne a bramki pootwierane. Dzień Pasażera sobie zrobili, czy co?
Jedziemy w volvo za 22.000 IRR, podejrzanie dużo biorąc pod uwagę, że do Qazvinu płaciłem 10.000 IRR za 2.5 godziny jazdy. Droga do Kashanu zajmuje nam ledwie 3.5 godziny. Większość czasu spędzam drzemiąc. Robi się gorąco, termometr za oknem wskazuje 42oC. W Kashanie bierzemy okazję lub raczej ona nas bierze do hotelu "Golestan" (5.000 IRR). Wcześniej oglądamy "Guest House": klitka 3 x 2 m z okienkiem na korytarz nie jest warta wynegocjowanej ceny 80.000 IRR. Już lepiej jest w "Golestanie", gdzie twardo obstaję przy cenie 90.000 IRR, mimo że Irańczyk chce 120.000 IRR.
Czas na zwiedzanie. Już pobieżny rzut oka na plan i opis Kashanu w LP wskazuje, że będzie dużo chodzenia i to akurat w najgorętszą porę dnia.

Zagłębiamy się od razu w uliczki bazaru. Pusto, cicho, większość stoisk pozamykana. Choć to nie moja wina, trochę mi głupio przed Jarkiem, że jego pierwsze zetknięcie z bazarem wygląda tak nieciekawie. Trudno, Irańczycy mają sjestę. Bazar jest rozległy, lecz po 15 minutach go opuszczamy. Znajdujemy się w najstarszej części miasta. Jak okiem sięgnąć wszędzie wokół wznoszą się domy i inne budowle wykonane z "gliny" zmieszanej z ciętą słomą. Glina oczywiście jest niewypalana. Materiał ten zawany adobe jest tani, ale dość kruchy: wiele ścian jest popękanych, dużo dachów zawalonych. Prawie w każdym domu widać jakieś ozdobne detale architektoniczne: ażurowe ścianki, łuki okien, kopuły, ciekawe wątki ceglane.. Miasto sprawia wrażenie ulepionego z piasku zamku. Tak właśnie wyobrażam sobie zrujnowane przez trzęsienie ziemi Bam.
Kashan: Khan-e Borujerdi Ponad tym ciekawym krajobrazem górują błękitne kopuły meczetów, w poszukiwaniu jednego z nich, Soltaniyeh Mosque trafiamy na dziedziniec podrzędnej świątyni; jej współczesny charakter podkreślają betonowe kolumny. Przy okazji spotykamy samotnie podróżującego chłopaka ze Szwajcarii - to z nim wymienialiśmy pieniądze w Teheranie. Jest okres sjesty, większość stoisk na bazarze pozamykana. Jest mi przykro, że pierwszy Jarkowy kontakt z orientalnymi bazarami zaczyna się tak skromnie i mało kolorowo.
Na razie idziemy do medresy i meczetu Agha Bozorg. Tu już lepiej: "islamskie" kształty kopuł, bram i okien oraz minarety z pewnością się podobają koledze. A jeśli dodamy do tego sadzawkę i figowce ją okalające, to otrzymamy całkiem sympatyczny obrazek. Teraz czeka nas spacer w stronę murów miejskich. Wyludnionymi o tej porze uliczkami idziemy "na azymut". Ściany domów i mury wykonane są z wysuszonej na słońcu gliny zmieszanej ze słomą. Trudno się dziwić, że trzęsienie ziemi zmiata takie konstrukcje z powierzchni ziemi...

Dochodzimy do murów miejskich w południowej części miasta. Są rzeczywiście potężne, mierzą ponad 10 metrów wysokości i z pewnością stanowiły trudną do pokonania przeszkodę dla atakujących miasto plemion. Naszym wrogiem jest natomiast (oprócz upału!) głód. Jarek nie chce się zadowolić sandwiczem, idziemy na obiad do porządnej knajpy. Zamawiam mięsko (drobiowe) w postaci długich pasków przygotowywanych na płaskich "mieczach", do tego ryż z szafranem, okraszony rodzynkami oraz czerwonymi i cierpkimi jagodami, które w istocie są suszonymi owocami berberysu, jak mi podpowiada miły czytelnik. Dodatkiem są pieczone pomidory, ogórek kiszony (sic!), czerwona kapusta i frytki. Mięso skropione sokiem z limonki jest bardzo smaczne, choć przypomina w smaku pastę z jaj. Solidny obiad za 25.000 IRR.
Kashan: Khan-e Borujerdi Obok murów miejskich znajduje się Dom Lodowy (Ice House), niecodzienna budowla w kształcie stożkowej piramidy. Miejsce do przechowywania lodu. Tak, lodu! Ja wiem, trudno w to uwierzyć, ale w zimie naprawdę pada tu śnieg! Zgromadzony i ubity w głębokim wykopie zamieniał się w lód i w tej postaci był w stanie dotrwać do lata w klimatyzowanej przestrzeni budowli. Wówczas służył mieszkańcom do sporządzania lodów i chłodnych napojów.

Teraz czas na największą atrakcję Kashanu - domy historyczne, zwane czasem domami tradycyjnymi. To wspaniałe XIX-wieczne rezydencje bogatych Irańczyków. Są i dziś zamieszkałe, lecz częściowo udostępnione do zwiedzania turystom. Zaczynamy od Khan-e Borujerdi. Kręty korytarz prowadzi na przepięknej urody dziedzinie z sadzawką i cytrusami. Na ścianach budynków stiuki z motywami roślinnymi, po obu stronach sadzawki pomieszczenia gospodarcze i biura, w głębi dziedzińca część mieszkalna na kilku kondygnacjach. Na górnym poziomie kilka sal obecnie restaurowanych. Na ścianach reliefy przedstawiające polowania i sceny rodzajowe. Są również portrety. Jak widać, nieprawdą jest to, że w sztuka islamska nie zabrania przedstawiania ludzi i zwierząt. Tu po raz pierwszy w Iranie widzę przemyślny system klimatyzacji pomieszczeń. Gorący wiatr zostaje złapany przez badgir - ozdobną wieżyczkę ze szczelinami umieszczoną na dachu. Strumień powietrza spływa w dół komina, chłodzi się we wnętrzu i systemem kanałów zostaje rozprowadzony do dolnych pomieszczeń. Ponoć w zimie ten sam system służy do ogrzewania domu, ale czy nie ma tu konfliktu z prawami fizyki - trudno mi rozstrzygać ;-)
Kashan: Sultan Mir Ahmed Hamman Dwa kroki od Khan-e Borujerdi znajduje się Sultan Mir Ahmed Hamman, wspaniała łaźnia. Dziś jest wykorzystywana jako kawiarnia i miejsce odpoczynku, zostały jednak zachowane oryginalne wnętrza. Przewodnik oprowadza nas po pomieszczeniach, opowiada o ich przeznaczeniu.
Teraz kolejny dom tradycyjny - Khan-e Ameriha. W sadzawce tak pięknie odbijają się białe ściany i błękitne niebo... Drewniane ramy okien są wykonane z tysięcy drewnianych elementów tworzących misterne wzory. Muszę powiedzieć, że te rezydencje bardzo mi się podobają.

Wracamy w kierunku hotelu. Jarek koniecznie chce wysłać do domu kartki z pozdrowieniami. Znaczki na poczcie niby dostał, ale skąd wziąć widokówki? Znów zagłębiamy się w bazarowe uliczki, dostrzegam ukryte schody prowadzące na dach bazaru i bez zastanowienia wchodzimy. Widok jest stąd niesamowity. Wszędzie wokół kopułki sklepień, małe i duże, ciągną się we wszystkich kierunkach. Nie ma tu żadnej regularności. Zgrabnie przeskakujemy z górki na górkę, wchodzimy na wyższe to znów niższe poziomy, co kilka kroków wylot wentylatora lub agregat do klimatyzacji.
Kashan: Khan-e Ameriha Zaglądamy przez otwory do wnętrza bazaru, z tej niecodziennej perspektywy widać stoiska i kupujących. Niestety za nami weszło dwóch Irańczyków i teraz udają przewodników. Czuję, że będą z nimi problemy. Na razie idziemy w kierunku najwyższej nadbudówki. Widać stąd, jak na dłoni Meczet Soltaniyeh z sadzawką na długim dziedzińcu. Światło zapalonych już o tej porze latarń tak pięknie odbija się w wodzie... Pełen uroku obrazek. Irańczyk zachęca nas teraz do wspięcia się na szczyt dużej kopuły zbudowanej na skrzyżowaniu dwóch ciągów handlowych. Gliniana konstrukcja ma wyżłobione stopnie, wygląda niby solidnie, ale i tak przepuszczam chłopaka przed sobą. Na szczycie kopuły 3-metrowej średnicy otwór, kilka pięter niżej kwitnie bazarowe życie.
Zmierzcha. Kashan pogrąża się w mroku, lecz nie zasypia. Setki tysięcy świateł błyszczą pod jasnym horyzontem... Przy schodach Irańczyk żąda pieniędzy za "oprowadzanie". Ja mu twardo odmawiam, przecież sami znaleźliśmy sobie wejście, a ich towarzystwo było zbędne. Jarek wdaje się w dyskusję, w końcu na odczepnego daje mu 5.000 IRR. Hm! Widzę, że Jarek ma miękkie serce, i jeszcze nie wie, co to są naciągacze. A powinien! Przecież dziś w nocy taksówkarze naciągnęli go na 110.000 IRR za kurs z lotniska do hotelu!
Dobrze po zmroku wracamy do naszego "Golestanu"..
Kashan: na dachu bazaru
Kashan: nadachu bazaru
Kashan: meczet
Kashan: zarih w meczecie
Kashan: Khan-e Ameriha
Kashan: system wentylacyjny w Khan-e Borujerdi
Kashan: ojciec uczy syna fachu
Kashan: podwójne kołatki

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej