Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


Kalkuta - Diamont Harbour - Kalkuta

czwartek, 14 III 2007


Metrem do świątyni Kalighat |Kali domaga się krwi! |Komunikacja miejska w Kalkucie |BBG Bagh i historia "Czarnej Dziury" |Kościół św. Jana |Jedziemy nad Zatokę Bengalską! |Komuniści nas blokują ;-) |Kulis ciągnie nas na dworzec


Kalkuta: Kali

Kolejny trudny dzień. Budzimy się o 6.00, szybka kawa, zostawiam cieciowi 10 rupii za pilnowanie bagażu do wieczora i o 7.00 idziemy na metro. Metro jest o tyle ciekawe, że wagony są wewnętrznie połączone ze sobą, a w każdym z nich jest segregacja płciowa: kobiety jadą w wydzielonej środkowej części.

Wysiadamy na stacji Jatin Das Park i po 15 minutach spaceru wzdłuż ulic obstawionych stoiskami z dewocjonaliami jesteśmy przed świątynią Kali. Tak, przed tą właśnie krwiożerczą Kali, którą się straszy dzieci w indyjskich szkołach ;-) Miejscowi cwaniacy już na sąsiednich ulicach zaczepiają turystów, przedstawiają się jako mnisi lub kapłani. Proponują pomoc w modłach oraz pomoc w zakupach darów dla Kali, oczywiście. Na dziedziniec świątyni wchodzimy tym razem jednak bez zakupów. Wewnątrz znajome widoki - tłumy hinduistów. Przechodzimy koło sławnego drzewa banyan - fikusa bengalskiego. Pień jego został zamieniony w ołtarzyk i obudowany. Sklepienie świątyńki przebijają dziesiątki młodych gałązek. Wrażenie... hm, umiarkowane.
Wokół głównej świątyni zwieńczonej kolorowym szczytem ustawiło się kilkudziesięciu Indusów, cierpliwie czekają na swoją kolej, by wejść do środka bocznym wejściem i stanąć oko w oko ze złowrogą boginią. Ja wchodzę od strony głównego ołtarza, tu ludzi nie mniej, podają kapłanowi kwiaty. Pod łukami przedsionka zawieszone są dziesiątki dzwonów: małych jak filiżanka i większych jak garnek. Kilku mężczyzn chwyciło za szmaty zwisające z bramy i zawisło na nich ciężarem całego ciała. Inni palą kadzidełka i modlą się.
Kalkuta: ofiara dla Kali

Ołtarz jest srebrny, jak zwykle przystrojony kwiatami. Ale to, co najciekawsze jest na zewnątrz. Za niewysokim murkiem urzęduje kapłan Znajdują się tu dwa czarne jak smoła słupki, stolik i misy, a z boku - przywiązane sznurkiem - stoją trzy małe koziołki. Gromadzi się więcej osób, kobieta podprowadza koziołki pod kran z wodą, przez chwilę je myje., później je wyciera, głaszcze i obejmuje. Kapłan chwyta pierwszego koziołka i szybkim ciosem tasaka odcina mu głowę. Po chwili trzy koziołki leżą bez ruchu na mokrej ziemi. Kali jest zadowolona.

W sąsiedztwie świątyni Kalighat znajduje się hospicjum prowadzone kiedyś przez Matkę Teresę. Zaglądamy do środka - mały przedsionek, salka recepcyjna oraz to, co najbardziej wstrząsa: kilkadziesiąt pryczy z Indusami przykrytymi niebieskimi prześcieradłami. Większość to starzy mężczyźni, mało który się rusza. Śpią lub patrzą beznamiętnie przed siebie. Żegnamy się bez słowa z siostrą. Kalkuta: kulis z rikszą

Zerkamy jeszcze raz na plac przed świątynią Kali. Na chodnikach lub na asfalcie leżą wychudzeni Indusi, Trudno rozpoznać ich wiek, powykręcane stopy, wychudzone przeraźliwie ciała. Czekają na ciepły posiłek ugotowany z dzisiejszej koźlej ofiary. Kali ma dobre serce.

Łapiemy jakiś autobus jadący w "dobrym kierunku" i podjeżdżamy w stronę Gariahat Road. Muszę powiedzieć, że komunikacja zbiorowa w Kalkucie jest OK. Po pierwsze metro - jest tanie i szybkie, a jak się później okaże, ma obecnie linię dochodzącą do dworca Sealdah; Po drugie autobusy - poruszające się często w wariacki sposób, występują w olbrzymich ilościach i często mają angielskie oznaczenie terminali. Są jeszcze tramwaje o bardzo rozwiniętej onegdaj sieci, lecz jak się jednak zdaje - dziś w zaniku. Jeśli chodzi o transport indywidualny, to w centrum królują żółte taksówki; motoriksze są tylko na przedmieściach, Zamiast riksz rowerowych można w centrum korzystać z kulisów ciągnących dwukółki. Podobno Kalkuta to ostatnie miejsce w Indiach, gdzie pojazd jest napędzany w ten sposób. Kalkuta: Birla Mandir

Ale oto jesteśmy przed Birla Mandir. Piękna biała budowla z trzema stożkowymi kopułami. Niestety - z aparatami nie wpuszczają. Przed wejściem do głównego budynku olbrzymia okrągła sala z imponującym żyrandolem. Na wprost Kriszna ze swą żoną Lakszmi, w ołtarzu po lewej stronie Durga na lwie, po prawej Śiwa z trójzębem.
Jeśli ktoś nie znajdzie tu swego boga, może pomodlić się na zewnątrz - tu, pod ogrodzeniem znajduje się cały panteon hinduskich bogów: syrenka - bogini z rybim ogonem, inny bóg ze skorupą żółwia, kolejny - niedobry, bo rozdzierający ciało człowieka, wesoły Kriszna i uśmiechnięty Budda. A w dwóch małych kapliczkach - postacie małpiego Hanumana oraz Ganeśi.

Transferujemy się na BBG Bagh. Ta dziwna nazwa pochodzi od nazwisk Benoy'a, Badala i Dinesha - trzech bojowników o wolność Indii powieszonych przez Brytyjczyków podczas zamieszek w 1905 roku. Zatrzymujemy się na chwilę przy Writers Building z 1880 roku; musi minąć 15 minut zanim ustalimy z pomocą żołnierzy, a raczej mimo ich pomocy, co to za budynek. Chłopaki w mundurach oglądają plan Kalkuty z pewnym zaciekawieniem, ale bez oznak zrozumienia. OK, w końcu oni tu są od pilnowania porządku. Kalkuta: Birla Mandir
Odpoczywamy nad pobliskim stawem Lal Dighi, Hance nie podoba się Indus na sąsiedniej ławce. No, fakt, gapi się na nas i drapie się bez ustanku, ale przecież jego pchły na nas nie przeskoczą! Zaglądamy następnie do postkolonialnego budynku Poczty Głównej, gdzie znajduje się sympatyczny pomnik wędrowca oraz historyczne miejsce "Czarną Dziurą". To tu właśnie w 1750 roku znajdowała się wartownia, w której żołnierze nawaba Sziradża Dauli zamknęli wziętych do niewoli Brytyjczyków. Zła wentylacja spowodowała śmierć kilkudziesięciu z nich. Jak widać, miejsce jest szczególne raczej dla Brytyjczyków, nie dla Indusów, nic więc dziwnego, że ciężko je odszukać - pozostał tylko zaznaczony ciemnymi kamieniami zarys wartowni.

Zaglądamy teraz do kościoła św. Jana. Facet przy bramie chce zachować 20 rupii za wstęp, my zgodnie żądamy biletów, jako że pieniądze - co stwierdza odpowiednia tablica - idą na odnowę kościoła. A ten jest rzeczywiście zniszczony i zaniedbany. Skromny ołtarz, kilka kolorowych witraży. Ozdobą jest parę marmurowych postaci na nagrobkach byłych rządców i wojskowych. Miejscowe dzieciaki pokazują nam obelisk upamiętniający śmierć Brytyjczyków w "Czarnej Dziurze". Fotografujemy się pod chlebowcem różnolistnym, którego niezwykłe owoce - owoce św. Jacka spotykaliśmy nieraz na targu. Chłopcy to 11-latkowie, dobrze się uczą, w każdym razie historie związane z miejscowym cmentarzem mają wykute na piątkę. Nie odpuszczają nam żadnej tablicy. Oglądamy mauzoleum założyciela miasta, Joba Charnocka, miejsce spoczynku najstarszej mieszkanki Wschodniego Bengalu, tablice upamiętniające brytyjskich dowódców wojskowych. Przy nagrobku jakiegoś biskupa poddajemy się i mówimy "dość". Kalkuta: Writers Building
Żegnamy się z chłopcami i z nosem utkwionym w przewodniku idziemy do Ogrodów Eden. Jak jednak do nich się dostać? Na mapce z LP wejście do ogrodów zaznaczone jest chyba na złej ulicy, bo jakoś nie możemy trafić na bramę. Mijamy jakiś stadion i zapędzamy się aż nad rzekę Hooghly. Znajduje się tu mały ghat, za to Indusów tu mnóstwo. Myją się, piorą i kąpią. Pewno przyciągają ich do tego miejsca stosy śmieci na brzegu i w wodzie. Nie mogę zrozumieć, dlaczego tak brudzą w miejscu, w którym chcą się umyć. Ja w każdym razie tu nie wskoczę do wody, choć upał powoduje, że padamy ze zmęczenia. Może więc ogóreczek dla odświeżenia? Indus sprawnie obiera ogórka, opłukuje w miednicy z szarą wodą, rozkrawa go wzdłuż i palcem rozsmarowuje nieco grubej, żółtej soli. Przyjemność kosztuje dwie rupie, mniam!
Przy lokalnym terminalu autobusowym trafiamy w końcu na wejście do Ogrodów Edeńskich. Niestety - jak wynika z wyjaśnień strażnika - są zamknięte dla mieszkańców od dwóch lat. Podobno władze miejskie chciały wprowadzić opłatę za wstęp, lecz wojsko, do którego ten teren należy, na to się nie zgodziło. Impas więc trwa. Najbliższą godzinę spędzamy na Majdanie kryjąc się w lichym cieniu. Kalkuta: owoc z drzewa św. Jacka

Pociąg do New Jalpaiguri odjeżdża o 22.05, zastanawiamy się co zrobić z 7 godzinami. A może by tak pojechać nad Zatokę Bengalską? Zobaczyć trochę morza?

- Gdybym był sam na trampingu na pewno bym pojechał - mówię mając na uwadze, że to tylko moja zachcianka.

- Jedziemy - decyduje Hanka. Wycieczka pewnie będzie męcząca i w pośpiechu, ale zobaczymy Ocean Indyjski. W Diamont Harbour, do którego pojedziemy zdaje się nic ciekawego nie ma, kilkadziesiąt kilometrów dalej znajduje się bagnista wyspa Sunderbans zamieszkała przez tygrysy i komary... Nie można jednak mieć wszystkiego. Mi wystarczy kawałek plaży i widok morza.

Do Diamentowego Portu mamy tylko 51 km, lecz znając warunki indyjskie wiemy, że droga zamieni się w dwugodzinną męczarnię w zatłoczonym autobusie. Dobrze przynajmniej, że na tej trasie kursuje sporo autobusów, nie czekamy długo na transport. Po drodze kierowca robi co może, by poruszać się z przyzwoitą prędkością. Trąbi na lewo i prawo, wyprzedza na trzeciego. Wciąż jednak musimy się zatrzymywać, by brać nowych pasażerów. Za oknem mało wsi, dużo pól i pastwisk. Szczerze mówiąc, spodziewałem się tu prawdziwej dżungli a widzę tylko bananowce i kępy bambusa. Ale także artystycznie ułożone murki z wysuszonych krowich placków. Kalkuta: nad rzeką Hoogly
Na miejscu jesteśmy o 16.00, rikszarz zawozi nas na brzeg zatoki. Witaj Oceanie Indyjski! Na wodzie kołysze się kilka dżonek, rybak reperuje sieci. Robimy sobie zdjęcia i bez pośpiechu wracamy do centrum.

W powrotnej drodze napotykamy na blokadę. W miasteczku trwa manifestacja przeciwko władzy. Tłum zgromadził się na skrzyżowaniu, pełno transparentów, flag partyjnych megafonów. Kolejka pojazdów wydłuża się, zaczynamy się martwić, o powrót na czas. Po godzinie interweniują policjanci. Ruszamy.
Dopiero za dwa dni dowiemy się o przyczynach tych wystąpień. Otóż, w pobliżu Kalkuty doszło do zamieszek z udziałem policji i farmerów, od których państwo chciało wykupić ziemię pod specjalną strefę ekonomiczną. A z utratą ojcowizny wieśniacy nie mogli się pogodzić. Polała się krew, było 20 zabitych... Stąd te dzisiejsze demonstracje.
Napotkamy ich jeszcze kilka w drodze do Kalkuty, za każdym razem na ich widok zgrzytamy zębami. I dodajemy w myśli widząc czerwone flagi: "Ach, ci komuniści, przez nich spóźnimy się na pociąg!" ;-)
Diamont Harbour: dżonka w Zatoce Bengalskiej

W Kalkucie jesteśmy po trzech godzinach, dawno po zmierzchu. Jemy większy posiłek w knajpie na Sudder St. (pieczony w curry kurczak, duży deser owocowy i coś tam jeszcze) i odbieramy plecak z hotelu. Szukamy taksówki. Trudno powiedzieć, czy rozpoczął się strajk taksówkarzy, czy też mafia taksówkowa się zmówiła, dość, że nieliczni taksówkarze odmówili kursu na dworzec lub żądali bajońskich sum. Od czego są jednak kulisi? Ładujemy się do dwukółki, ważymy z plecakami dobre 180 kilo. Chłopak ochoczo startuje, początkowo nawet biegnie wybierając sobie tylko znane skróty. Do dworca Sealdah jest jednak parę kilometrów, więc na finiszu chłopak jest mocno zziajany. Oprócz obiecanych 50 rupii wyciąga z nas ekstra 10 INR, niby za parking na dworcu. A niech mu! Na zdrowie!

I to by było na tyle Kalkuty. Różnie się mówi o tym olbrzymim czternastomilionowym mieście indyjskim: że brzydkie, że hałaśliwe i zanieczyszczone, że nie ma co tu oglądać. A jednak - postkolonialne klimaty z Victoria Monument na czele, targ kwiatowy pod Howrahem, a przede wszystkim wizyta w świątyni Kali sprawiły, że jestem zadowolony z wyjazdu tutaj.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej