Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


Jodhpur - (Adjmer) - Pushkar

środa, 7 III 2007


Mgły nad Jodhpurem... |Okrutny zwyczaj sati |Z wizytą u maharadży |Zabawne pręgowce |W sidłach hurtownika dywanów |W drodze do Adjmeru |I znów orszak weselny... |Noc nad świętym jeziorem


Jodhpur: pałac Umaid Bhavan

Od wczesnych godzin rannych na naszej ulicy trwa ruch. Zakupy jednak zostawiamy na inną okazję i idziemy w stronę fortu Meherangarh. Mijamy bramę miejską, przechodzimy obok Wieży Zegarowej i zapuszczamy się w coraz bardziej strome uliczki. Mijamy coraz więcej błękitnych domów, wiem, że najładniejsze widoki na stare miasto będą dostępne dopiero z wysokości fortu.

Pod liczącą 200 lat bramą Jaypol jesteśmy około 8.00, mamy pół godziny do otwarcia fortecy. Sprzedawcy rozkładają swoje stoiska, piją herbatkę z termosów w oczekiwaniu na codzienny najazd turystów. U naszych stóp leży błękitny Jodhpur. Setki, tysiące domów o różnych odcieniach błękitu, plątanina uliczek... Miasto oświetlone jest promieniami bladego jeszcze słońca, w oddali z mgieł wyłania się zbudowany na wzgórzu Umaid Bhawan Palace. Rezydencja maharadży wydaje się być zawieszona w powietrzu, sprawia cudowne wrażenie. Jodhpur: fort Meherangarh

Hanka zaprzyjaźnia się z rodziną hinduską. Siostry przyjechały z mężami i małymi dziećmi. By porozmawiać o dzieciach i z dziećmi wcale nie potrzeba znajomości angielskiego czy hindi. Matki zawsze potrafią się dogadać! W końcu strażnicy otwierają potężne wrota i udajemy się na kilkugodzinną wyprawę w głąb historii. Zaopatrzeni w elektroniczne ustrojstwo (dokładane do biletu za 250 INR) idziemy, słuchając dziejów potężnego fortu. Ponad nami wyrastają kilkudziesięciometrowe żółto-pomarańczowe ściany. Przechodzimy przez kolejne trzy bramy, droga pnie się ostro do góry skręcając to w prawo to w lewo. Godna podziwu jest myśl architektoniczna budowniczych z XV wieku, którzy zaprojektowali wszystkie te umocnienia, basteje, donżony, podpory, wygięte korytarze w bramach mające na celu utrudnienie ataku. Podobno Meherangarh nigdy nie został zdobyty siłą. Przy Lohapol, trzeciej bramie znajduje się makabryczna pamiątka - dwie czerwone tablice z odciskami dłoni żon maharadży. Tyle zostało po maharaniach, które odważnie poszły na stos w ślad za zmarłym w 1843 roku mężem, maharadżą Man Singhiem. Jodhpur: dłonie żon maharadży

Przed nami pałac maharadży. Na ogrodzonym z trzech stron dziedzińcu - skromny alabastrowy tron. Wstępujemy do pierwszej większej sali - tu zgromadzono interesujące palankiny nakładane na słonie. Wśród ozdobnych motywów często spotyka się pawie, lwy i słonie. W sąsiedniej sali - duża kolekcja książęcych lektyk. Zwraca uwagę piękna "złocona" klatka noszona przez dwunastu kulisów. W kolejnej sali znajduje się sporo broni, warto zwrócić uwagę na indyjski wynalazek - krótkie miecze z mechanizmem, który - po zadaniu ciosu - wysuwał w bok dodatkowe dwa ostrza siejące spustoszenie we wnętrznościach przeciwnika. Na kolejnych piętrach pałacu - a jest on naprawdę duży - zapoznajemy się z indyjskim malarstwem, rysunkami, także rzeźbami i parawanami. Często podchodzimy do okien, by nacieszyć oczy widokami: detalami fasady budynku stojącego vis-á-vis, potężnymi umocnieniami w dole i tysiącami domów błękitnego XVI-wiecznego Jodhpuru w oddali. W kolejnej sali natrafiamy na niecodzienny zbiór... kołysek. Niektóre mają postać huśtawki z podwieszonym łóżeczkiem. Wiedzeni głosem z elektronicznego gadżetu przechodzimy z sali do sali, mijamy kolejne dziedzińce, zaglądamy do ciemnych, lecz pełnych orientalnego przepychu sal audiencyjnych i sypialń. Pod koniec tej wędrówki trafiamy do sklepu z pamiątkami - szybko go opuszczamy - i zaglądamy na podwórko niewielkiej świątyni. Hindus właśnie obrywa z krzewów białe płatki kwiatów i zbiera do miseczki. Za chwilę zaniesie je do jednego z bogów: Kriszny, Wisznu lub Durgi, których postacie skryte są w trzech ołtarzach naprzeciw. Jodhpur: relief na palankinie

Opuszczamy pałac maharadży. Drogą wzdłuż fortecznych murów idziemy teraz do hinduistycznej świątyni Chamunda Devi poświęconej Durdze. Nie jest to jakieś specjalnie interesujące miejsce, jednak widoki na Jodhpur i obserwacja zabawnych pręgowców skaczących po murach zachęcają do krótkiego spaceru.

Wracamy do miasta. Droga w dół wydaje się znacznie bardziej męcząca, Hanka musi zdjąć buty z obolałych stóp. Chwilę spędzamy na targu przy Wieży Zegarowej, jak zwykle najciekawsze dla mnie jest oglądanie barwnych tłumów robiących zakupy. My ograniczamy się do zakupów owoców i wody, w drodze do hotelu wstępujemy do świątyni kryszniańskiej połączonej ze sklepem tekstylnym. Podoba mi się ta mądrość życiowa wyznawców Błękitnoczarnego Pana ;-) Daję się skusić i kupuję kolorową poduszkę. Uzupełni moją kolekcję jaśków. Jodhpur: błękitne miasto

W hotelu odbieramy zamówione wczoraj bilety na autobus do Adjmeru i jedziemy motorikszą na jakieś przedmieścia. Niby tu ma przyjechać przelotowy autokar. Poczekamy, zobaczymy. Słońce mocno grzeje, idę szukać wody. Jak na złość, w pobliżu nie ma sklepu spożywczego, jakiś sklepikarz oferuje mi wodę - da mi ją na piętrze swego sklepu. O sancta simplicitas! Trafiam do hurtowni materiałów i dywanów. Wodę w butelce oczywiście dostaję, nawet dwie butelki! Ale nie wyjdę stąd, dopóki nie obejrzę "kilku" rzeczy. Zrezygnowany siadam na miękkiej pufie a właściciel wraz z pomocnikami rzucają na dywan kolejne pakiety szalów z paszminy i jedwabiu, pokazują bele różnych materiałów, sari, później przechodzą do poduszek i narzut. Niecierpliwie się trochę, bo Hanka czeka na mnie na zewnątrz, pomocnik sklepikarza sprowadza ją do sklepu, co dwie ofiary to nie jedna! Tak długo nas zachęca do zakupów, aż w końcu ulegamy. Hanka kupuje wzorzyste jedwabne sari, ja przepiękny niebiesko-złoty szal z paszminy. Być może wynegocjowane ceny nie są najniższe, lecz i właściciel hurtowni nie zarobił zbyt dużo na nas, gdyż chce nas teraz namówić na kupno dywanu za 10.000 INR. Cena szybko schodzi do 3.000 INR, oferuje nawet wysłanie dywanu do Polski, ale do transakcji nie dojdzie... Szkoda, bo rzeczywiście bardzo ładny to był dywan. Jodhpur: pałac maharadży

Autobus, którym pojedziemy do Adjmeru jest inny niż zwykle: to autokar półsypialny. Na piętrze znajdują się łóżka oddzielone szklanymi szybami od przejścia. Ciekawe, jak się śpi w tych akwariach? Może jutro sprawdzimy... Dziś oczywiście jedziemy w fotelach na parterze. Induska z przodu ma zepsuty fotel, co chwilę oparcie zgniata mi kolana. Najgorsze jest jednak to, że dwa miejsca za nami jedzie 30-latek kaszlący tak potwornie, jakby miał gruźlicę w terminalnym stadium. Nie zasłania ust a zakres dźwiękowy jest godny symfonii Bacha. Przed oczami mam wciąż kinową scenę z "Epidemii"... Brrr. Profilaktycznie stosuję nawiew.

W Adjmerze wysiadamy na skraju miasta. Choć stąd jest tylko kilka kilometrów do Pushkaru, musimy się przedostać do centrum, by złapać autobus. Szczęścia nam dopisuje, wskakujemy do odjeżdżającego gruchota pełnego Indusów. Płacimy jakieś grosze za przejazd. Droga do naszego dzisiejszego celu wiedzie serpentynami w dół doliny. Zbocza z rzadka są porośnięte akacjami, po drzewach hycają makaki. Jodhpur: radżastańska kobieta

W Pushkarze wybieramy hotelik zaproponowany przez sympatycznego młodego Indusa ("Koh-i-noor", 200 INR). Mała przepychanka między rikszarzami, kłócą się, kto nas weźmie. Rzecz o tyle godna odnotowania, że w Pushkarze jest zakaz używania motorikszy a najbardziej popularne są czterokołowe riksze w postaci platformy. Hanka siada, ja idę piechotą wraz z hotelowym menadżerem. Hotel położony jest przy ciemnej, wąskiej, i co tu dużo mówić - niezbyt przyjemnej ulicy (aczkolwiek sąsiaduje z dużo lepszymi guest-housami). Ma za to własną świątyńkę z ołtarzykiem dla Wisznu. Odświeżamy się i ruszamy "na miasto".
Mimo późnej pory ulice są pełne turystów. Siedzą w knajpkach, łażą od sklepiku do sklepiku. Z oddali dobiega nas jazgotliwa muzyka... Ulicą idzie orszak weselny z panem młodym na koniu. Jest ubrany w beżowy jedwabny płaszcz z ozdobnym żabotem i wywiniętymi rękawami. Na bordowym turbanie kilka złoconych ozdób i białe piórko. Na szyi sznur pereł i girlanda z kwiatów, dłonie ma pomalowane chną w bardzo delikatny wzorek. Pięknie przystrojony jest również rumak, którego dosiada. Kolorowe kapy, którymi przykryte jest zwierzę mienią się cekinami i błyskotkami. Wokół kilkudziesięciu gości weselnych, odprowadzają pana młodego do domu panny młodej. Kobiety wystrojone są w kolorowe suknie, wokół orszaku kordon z dzieci niosących żyrandole zasilane z agregatu pchanego przez mężczyzn. Jest i orkiestra. Bębnią i piszczą, ledwie wytrzymać można... Ale weselnikom się podoba skoro cieszą się i tańczą.
Jodhpur: świątynia Hare Kriszny

Tych orszaków w Pushkarze spotykamy zresztą więcej. Ciekawe jak wygląda indyjskie wesele? Tymczasem opuszczamy te ożywione ulice i udajemy się nad ciche i puste o tej porze jezioro Pushkar Lake. To miejsce jest święte dla Hindusów (o tyle to ciekawe, że świętości nabyło za sprawą tamy, w wyniku położenia której powstało), lecz nikt nas teraz nie zmusi do zdjęcia butów. Lekki wiaterek marszczy powierzchnię wody, światło latarń odbija się w jeziorze. Jest tak niezwykle... Tylko my i...no tak...! pierwszy indyjski komar! Uciekamy ;-)

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej