Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


Jaisalmer

Poniedziałek, 5 III 2007


W stronę pustyni Thar |Wspaniałości pałacu maharadży |Zachwycam się miastem i jego mieszkankami |Niesamowite haveli |Cuda, cuda, panie! |Hindus goni mnie z torebką


Pustynia Thar

Wczorajszy dzień był pełen wrażeń, lecz dziś dostaliśmy jeszcze większą ich porcje - zwłaszcza estetycznych. O tym, że trzeba było tu przyjechać - wiedziałem od dawna, natomiast tego, iż Jaisalmer będzie aż tak zachwycający - doprawdy się nie spodziewałem!! Ale po kolei.

Przejazd nocnym pociągiem odbył się bez problemów, nawet nieco nadgoniliśmy początkowe opóźnienie. Od rana towarzyszyły nam pustynne widoki, dużo piasku ze skąpą roślinnością, niekiedy hamada pokryta kruszywem lub łupkiem. Mijaliśmy czasem "wioski zuluskie" - zabawne drewniane chaty przykryte stożkowatymi dachami. Czasem w zaroślach biegały przepiękne pawie, po wydmach spacerowały wielbłądy, oczywiście stada kóz i innej rogacizny... W Pokaranie mignęła nam za oknem czarowna hinduska budowla na wzgórzu. Jak się później zorientowałem było to chhatri, indyjski cenotaf. Takie symboliczne grobowce w kształcie przestronnych pawilonów zwieńczonych kopułami są charakterystyczne dla całego Radżastanu. My jechaliśmy dalej do Jaisalmeru, miasta na końcu pustyni Thar. Chłopak - naganiacz z pociągu namówił nas na "rodzinny" hotel, na dworcu czekał na nas darmowy dżip. Pokój okazał się dużo droższy, bez skrupułów przenieśliśmy się do innego hotelu ("Golden City", 200 INR, tv, basen, łazienka). Tak na marginesie, tych hoteli jest tu chyba kilkaset... Jaisalmer: fort

Stare miasto-fort znajduje się na wysokiej, 80-metrowej skale zwanej przez miejscowych Trikkuta. To po prostu trzeba zobaczyć! Potężne żółte mury, cytadele, baszty, krużganki, balkoniki, machikuły, blanki... Paluszki lizać!. Wstęp do fortu darmowy. To właściwie żyjące miasto. Domy ozdobione są tak wspaniałymi ornamentami, tak misternie rytymi płaskorzeźbami i reliefami, ze trudno uwierzyć, ze to zwyczajne domy mieszkalne. Oczywiście najwspanialszy jest Raj Mahal - Pałac Maharadży, wstęp niestety 250 INR. Ale jakie wnętrza! Komnaty maharadży i maharani, balkoniki, korytarzyki, wewnętrzne dziedzińce... wprost trudno uwierzyć, ze to nie sen! Udostępnione zwiedzającym wnętrza nie są aż tak bogato wyposażone, ale i tak jest, na co popatrzeć. Trafiamy na piękny złoty tron ozdobiony dwoma maleńkimi pawiami na oparciu. Przy tronie - parasol i dwa okrągłe złocone stoliczki. Jest trochę rzeźb, w salach sporo portretów, w sypialni spotykamy ubraną w śliczną suknię figurę jednej z żon maharadży. Chodząc po tych salach, co chwilę wyglądamy przez okna, zachwycamy się rzeźbionymi w kamieniu balustradami, arabeskami, framugami i kroksztynami podpierającymi ganki. W kolejnych pomieszczeniach - kolekcja broni i wielka sofa. Chciałoby się wypróbować jej miękkość... Jaisalmer: pałac maharadży
Dochodzimy w końcu na spory taras na pałacowym dachu. Wokół - jak okiem sięgnąć - rozciąga się niesamowite miasto: tysiące żółtych budynków. Tylko gdzieniegdzie zieleni się kępa drzew, strzela w niebo smukła sikhara. Daleko, na wysokiej skale widoczny jest cenotaf, do tego miejsca zwanego Wzgórzem Zachodzącego Słońca jeżdżą turyści, by wieczorem pozachwycać się panoramą Złotego Miasta.

Chodzenie po uliczkach fortu sprawia mi olbrzymią przyjemność. Co kilka kroków napotykamy na architektoniczne perełki: nawet zaniedbane, skromne lub biedne domu mają jakiś ciekawy kamienny detal. Ale to przecież nie koniec moich achów i ochów... Ulice są tu tak kolorowe, Induski w swych wzorzystych sari są zachwycające, mają przeurocze uśmiechy i oczy. Trochę im brakuje do urodziwych Iranek i Ujgurek, może się jednak i do nich przekonam? W każdym razie mam trudności z fotografowaniem, kobiety odwracają się, są niechętne. Miasto rzecz jasna nastawione jest na turystów, setki sklepików, knajp itp. Oczy nasze cieszą się na widok tych barwnych narzut i poduszek, którymi poobwieszane są stoiska i ściany domów. Mam ochotę kupić coś, lecz Hanka mnie powstrzymuje mówiąc, że w Polsce również można dostać te indyjskie patchworki. Błąkając się po tych zakamarkach docieramy pod zespół świątyń dżinijskich. O tej porze są niedostępne dla turystów, możemy tylko podziwiać ich piękną budowę. Chandraprabhu Temple ma niezwykłe, żebrowane ściany, na jej zewnętrznej powierzchni umieszczono sporo rzeźb. Rzucamy jeszcze okiem na sąsiednią świątynię Rikhabdev i ruszamy dalej - jutro rano będzie czas na wnętrza. Jaisalmer: pałac maharadży

Opuszczamy fort jedną z czterech bram i zapuszczamy się w uliczki dzielnicy slumsów. Kierujemy się w stronę haveli, które dostrzegliśmy ze szczytowego tarasu pałacu. Havele - to domy możnych mieszkańców, przy których irańskie "domy tradycyjne" po prostu przegrywają. Wyprzedzając nieco opis - powiem, że są najpiękniejszymi domami, jakie widziałem w życiu! Setki balkoników, zdobień, kratek, dziedzińców - tak olśniewają, że... po prostu brak mi słów.

Pierwsze haveli to Patwon ki Haveli, usytuowane jest przy głównej ulicy. Jednak to, co najwspanialsze skrywa od drugiej strony. Budynek ma kształt litery U, przechodzimy przez bramę, zadzieramy głowy do góry i stoimy porażeni przepychem fasady. Kupujemy bilety, zwiedzamy kolejne piętra. W haveli znajdują się wewnętrzne studnie-dziedzińce, przechodzimy przez różne galeryjki, zaglądamy do pomieszczeń i na balkoniki. Szczególne wrażenie robi harmonijne zestawienie rzeźbionych drewnianych drzwi i kamiennych reliefów portali i balustrad. Jaisalmer: radżastańska piękność

Stąd dwa kroki do kolejnego haveli strzeżonego przez parę kamiennych słoni. Nathmal ki Haveli zbudowane zostało przez dwóch braci-architektów. Dwie strony budynku są "prawie" symetryczne i te niewielkie różnice są dodatkową atrakcją - można się zabawić w "wytęż wzrok i znajdź 10 szczegółów". Wstęp do obiektu jest gratisowy, miły pan prowadzi nas po wąskich schodach na któreś tam piętro. Opowiada po drodze o historii domu używanego jeszcze nie tak dawno przez premiera z rządu maharadży. Wyjaśnia się również zagadka darmowego wstępu: ostatnie pomieszczenie jest po prostu... sklepem z pamiątkami.

Na koniec zostawiliśmy sobie Mandir Palace - kolejny pałac maharadży. Przechodzimy przez niepozorną bramę, duże podwórko, w głębi zabudowania. Rezydencja, jak łatwo się domyślić, również jest zbudowana z żółtego piaskowca, a ilość zdobień - wyjątkowo duża. Moją uwagę zwraca ażurowa ścianka na wysokości drugiego piętra i znajdujący się powyżej chhaparkhat - struktura złożona z serii połączonych kopuł wspartych na cienkich kolumnach. Na placu przed pałacem jakieś mauzoleum, kolumny... może to i ciekawe, ale jesteśmy już znużeni. Wartownik zaprasza nas na następny dzień, z pewnością jeszcze tu przyjedziemy. Czas na miejscowe jedzonko, wstępujemy do pobliskiej knajpki. Tym razem wybieramy thali (40 INR) - podawany na specjalnej tacy ryż oraz zestaw sosów i warzyw. Obsługa jest bardzo miła i wciąż nam uzupełnia zjedzone już sosy i chapati - indyjskie podpłomyki. Jaisalmer: radżastańska piękność

Gdy wychodzimy na zewnątrz jest już noc. Wieże pałacu maharadży są pięknie podświetlone a zgiełk i ruch na ulicy wcale się nie zmniejszyły. Mieszamy się z tłumem i idziemy do hotelu, co chwilę przystając przy wystawach i straganach. Hance podobają się skórzane torebki, wybór jest duży, więc i szukania dużo ;-) Nie znamy jeszcze miejscowych cen, upatrzoną torebkę Hanka wycenia na 25 zł, przeliczam na rupię, dzielę kwotę na pół i tego się trzymam w negocjacjach. Sklepikarz po 20 minutach spuszcza cenę do "w zasadzie akceptowalnego" poziomu, mam jednak swoje ambicje, więc jak zwykle wychodzę ze sklepu czekając, aż Indus mnie dogoni z zapakowaną już torebką w "mojej" cenie. Zły jestem na te wszystkie zakupy, bo przecież to początek trampingu i będę musiał dźwigać wszystko przez miesiąc. Pod głównym wejściem do fortu, mimo że zapadła już noc, wciąż kręci się mnóstwo turystów. Ale mury są tak efektownie iluminowane, że żal stąd odchodzić...

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej