Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]


Hotan

czwartek, 28 VII 2005


Rozmawiam z oficerem PLA |Odważne Mołdawianki podróżują po Chinach |Zwiedzam miasto


Hotan: targ

Amerykanie śpią, po cichutku zbieram się i wychodzę z hotelu. Muszę kupić bilet do Qiemo. Na dworcu okazuje się, że autobusy jadące na wschód (i na południe) odjeżdżają z innego miejsca: położonego kilkanaście kilometrów bardziej na wschód dworca Lop Biket (autobus #2, 10, 5). Po drodze poznaję Ableeza - sympatycznego kapitana PLA. Opowiada mi o swojej służbie, to jego 6 rok w armii, w ten sposób spłaca swój dług wobec państwa, które zafundowało mu wykształcenie. Nie za bardzo jest zadowolony z tego oficerskiego życia. Mówi, ze mundur nie ułatwia mu życia tutaj - w kraju Ujgurów. Stacjonuje w Hotanie, odprawia właśnie do innego garnizonu swojego żołnierza odbywającego powszechną dwuletnią służbę. Jest zapalonym turystą, w zeszłym roku przeszedł Ałtaj wzdłuż i wszerz... Wymieniamy się mejlami, zachęca mnie do górskich wycieczek po Xinjiangu. "Może się kiedyś wybierzemy razem" - mówi przy pożegnaniu. OK. Hotan: targ

Bilet do Qiemo mam na jutro, zostaję więc w hotelu na jeszcze jedną noc. Obiecałem Mołdawiankom, że skorzystają z pomocy Cressici w znalezieniu drogi do Malikewate Gucheng - wspominanego w przewodniku starożytnego miasta. Moich współspaczy już nie ma, przeprowadzam więc sam rozpoznanie. Po chwili dziewczyny już wiedzą jak dojechać do ruin. Problem z nimi polega na tym, że nie tylko nie znają (prawie) angielskiego, ale przede wszystkim nie mają pieniędzy i jeżdżą po Chinach stopem! Nawet w tym hotelu płacą po 10Y a nie 20 jak my! Podziwiam je! To mi się podoba! Żegnamy się.

Idę na miejski targ, kręcę się tu i ówdzie. Na to by odwiedzić fabryczkę dywanów zlokalizowaną kilka kilometrów za miastem nie miałem ani sił ani ochoty. Muszę się zadowolić wspomnieniami z Kurdystanu. Do ruin Malikewate odległych od Hotanu o 25 km też mi się nie chce jechać. Może i pojechałbym z Mołdawiankami współdzieloną taksówką, ale wiadomo: to za drogo dla nich. W ogóle jestem wściekły na Chińczyków: ich komputery w internet-cafe są bez twardych dysków, nie mogę otworzyć załączników w Wordzie, nie umiem ustawić po chińsku akceptacji cookies, by czytać listy z Wirtualnej Polski... Poza tym to podwajanie cen! Za wszystko, co chcę kupić! Czy ja wyglądam na Amerykanina?
Hotan: Ujgurka Hotan: Ujgurka
Interesującą rzeczą dla mnie jest to, że nawet w tak małych miastach jak 75-tysięczny Hotan pod głównymi ulicami znajdują się rozległe, długie na kilkaset metrów, centra handlowe. Duszno w nich i ciemno. Ale na brak klientów tu się nie narzeka. Wędrując przez miasto spotykam po raz pierwszy w Chinach płatny park (1Y). Nie korzystam, xie xie. Zatrzymuję się na dłuższą chwilę na reprezentacyjnym placu z pomnikiem dwóch mężczyzn. Jeden jest łatwo rozpoznawalny: to Mao Zedong. Bardziej zaciekawia mnie postać druga, kogo to wita Wódz Narodu? Chłopcy z ławki mówią mi, że to Korban Tolum, jak się domyślam - przywódca ujgurski. Zabawne, Mao jest znacznie wyższy od Ujgura :-) Tak to polityka rządzi antropologią... W hotelu robię przepierkę i porządkuję notatki.



Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej