Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]


Homel - Brześć - Warszawa - Kraków

niedziela-poniedziałek, 28-29 VIII 2005


Droga orzez Białoruś |Wakacyjne wyjazdy... |Ostatnia granica |Naj... naj.. naj... - podsumowanie |Moje wydatki |Żarcie, noclegi i prezenty |


Stacja Sienkiewiczi

Ostatni dzień na Wschodzie. Pociąg jedzie przez nic mi niemówiące miejscowości. Jedynym większym miastem był Homel o 6.00 rano, teraz mijamy eternitowe wioski i zaniedbane miasteczka. Dużo zdewastowanych zakładów produkcyjnych. Za oknem głównie łąki i lasy, praktycznie brak pól uprawnych. Trochę polskich elementów: przejeżdżamy przez Sienkiewiczi i Janów Podolski.

Brześć. No i nie wszystko dobrze poszło. Przyjechałem o 16.40 a pociąg do Polski odchodził o 16.50. Nie zdążyłem. Musiałem zmienić walutę, zapłacić opłatę ekologiczną, zresztą bilety przestają sprzedawać i wpuszczać w tamożnyj zał na 20 minut przed odjazdem pociągu.. Jadę o 19.48, będę w Terespolu 19.30 czasu polskiego. Czy będę miał połączenie? Hm... A wszystko przez tę #$%&% z Nowosybirska.


Zastanawiam się, jak udały się wakacje znajomym? Mam na myśli "podróżników". Przemek pewnie wziął swoją grupę do Gruzji i Armenii. Gdyby nie to, że napaliłem się na Chiny, chętnie bym z nimi pojechał. Ale dobrze, niech poprzeciera szlaki, może za rok tam się wybiorę. Agnieszka i Adam wybierali się jak zwykle gdzieś, gdzie jest ciepło, ciekawe, czy już wrócili? Jolka wybierała się do Afganistanu, w czasie podróży dostałem mejla, że ma problemy z wizami. A co z całą resztą trampingowców z Grecji, Maroka, czy Karelii? Czy ich wyjazdy to była jednorazowa ekstrawagancja, czy jeżdżą dalej? Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich stać na coroczne wyjazdy na miesięczne wyprawy. Inna rzecz, że nie każdego z nich interesuje coroczny wyjazd. Ale ci, którzy złapali bakcyla podróżniczego wiedzą, jak to jest: zbliża się kolejny rok i MUSZĄ gdzieś wyjechać. Rok bez wyjazdu byłby dla nich stracony. Czasem cały rok jest podporządkowany wakacyjnej eskapadzie. Tak jest mniej więcej ze mną. Z tym że już nie przeżywam tak tych wyjazdów, już mnie tak nie ekscytują jak na początku. Traktuję je rutynowo i dopiero później, jestem wyjazdem zachwycony - mniej lub bardziej. Zwykle wszystko zostawiam na ostatnią chwilę. I to później się mści. Tak było w tym roku - nie dość dokładnie zaplanowałem daty przekraczania granic i numery pociągów. W konsekwencji straciłem dużo nerwów i trochę czasu. Zaobserwowałem u siebie podczas wyjazdu do Chin uczucia zbliżone do znudzenia podróżowaniem. Czy to było przelotne uczucie? A może coś miałem na myśli, lecz nie wiem, co? Na pewno nie jestem typem podróżnika-samotnika. Owszem - przeżyję, ale wolę z kimś! Sianokosy na Białorusi

Czas jednak porzucić te ogólne rozważania - ustawiam się w kolejce do tamożnej w tym toku bez deklaracji celnej, wszystko odbywa się sprawnie i szybko. W pociągu do Terespola spotykam trójkę mieszaną ze Szczecina, wracają z Gruzji (samolot z Mińska 1200zł). Jeden z chłopaków ze śladami siekiery na czole i paszportem tymczasowym - to efekt spotkania z gruzińskim elementem. Są mimo to zadowoleni, choć 2 tygodnie spędzili w gruzińskich dolinkach. To kolejna zachęta, bym wziął pod uwagę ten region. Polska odprawa paszportowo-celna jest błyskawiczna: hasło "turysta" - nawet nie zaglądnęli do paszportu! To mi się w naszych wopistach podoba! Dzięki. Trójka szczecińska przeskakuje do odjeżdżającego pociągu szczecińskiego, ja poleciałem z przyzwyczajenia do kasy, pociąg oczywiście uciekł, nic złego jednak się nie stało, za kilkanaście minut mam osobowy do Warszawy a po północy pośpiech do Krakowa.

Czas chyba na jakiegoś rodzaju podsumowanie. Na pewno była to najdłuższa podróż, najdalej na wschód Harbin) i najdalej na południe (Kunming). Przy okazji Chin zobaczyłem 2 nowe kraje: Ukrainę i Kazachstan. Była to moja pierwsza - od początku do końca - samotna wyprawa. Chiny zwiedzałem nietypowo: priorytetem moim nie były turystyczne miejsca we wschodniej i centralnej części kraju. Bez żalu odpuściłem sobie Terakotowa Armię, Yangshuo i spływ po Jangcy. Skupiłem się na mniej dostępnych peryferyjnych zachodnich prowincjach. Przez pierwsze dwa tygodnie byłem w Chinach - lecz nie wśród Chińczyków: patrzyłem głównie na Ujgurów i Tybetańczyków. I muszę powiedzieć, że z punktu widzenia całości trampingu tę pierwszą część uważam za najciekawszą. Tam widziałem niesamowitą surową przyrodę pustyni Takla Makan i ośnieżone góry Tybetu. Ale przede wszystkim fantastycznych mieszkańców tych krain: barwnych i uśmiechniętych. Oczywiście, jadąc tu nie mogłem nie spotkać bardziej "chińskich" Chin: zamieszkałych przez Hanów i krajobrazów znanych z telewizji - pól ryżowych i plantacji herbaty. Te ostatnie widziałem w Syczuanie i Yunnanie. Jednym z moich celów podróży jest zapoznawanie się z innymi religiami: tu oprócz islamu i buddyzmu (lamaizmu) zetknąłem się z taoizmem i konfucjanizmem. Nie zabrakło też światowej sławy zabytków: Wielkiego Buddy w Leshan, Muru Chińskiego oraz jaskiń w Mogao. I oczywiście był Pekin W sumie przejechałem 17 z 32 chińskich prowincji (lub innych wydzielonych jednostek administracyjnych): Xinjiang, Gansu, Qinghai, Syczuan, Yunnan, Guizhou, Guanxi, Hunan, Hubei, Henan, Hebei, Pekin, Tianjun, Liaoning, Jilin, Heilongjiang i Mongolię Wewnętrzną. Kiedyś może wybiorę się do Tybetu, ale będzie to zupełnie inna bajka :-)

Pod względem finansowym nie była to najdroższa wycieczka. Oczywiście, tańsza była Mongolia lub Rumunia (10euro/dzień). Główny koszt wyprawy (~80%) to były bilety kolejowe i autobusowe. W Chinach wydawałem ok. 18$/dzień - łącznie z prezentami. Struktura moich wydatków (na miejscu) przedstawiała się następująco: transport - 55%, komunikacja miejska - 2%, jedzenie - 9%, noclegi - 11%, wstępy - 8%, pamiątki i prezenty - 10%.
Czterokrotnie pozwoliłem sobie na "luksus" podróżowania autobusem sypialnym. Ujmuję to słowo w cudzysłów, gdyż na dłuższych odcinkach po prostu nie ma dla nich alternatywy a jazda takim autobusem jest średnią przyjemnością. Dwukrotnie jechałem hardsleeperem, 5 razy hardseaterem. Jeśli więc chodzi o transport, to zbytnich oszczędności poczynić nie mogłem. Gdy jakiś czas później podumowałem w domu te godziny i kilometry spędzone w autobusach i pociągach - wprost nie mogłem uwierzyć: 636 godzin i 32.700km!
Komunikacja miejska jest bardzo tania i w miarę sprawna.

Jeśli chodzi o jedzenie, to z pewnym wstydem przyznaję, że jadłem byle co, nie przebierając w potrawach. Nie wykorzystałem nawet w części możliwości, jakie oferuje smakoszom kuchnia chińska. Jadłem po prostu to, co je zwykły, prosty Chińczyk. Noclegi nie stanowią w Chinach problemu. Poza pierwszym dniem w Yiningu, gdy byłem zbyt zmęczony by szukać czegoś tańszego, miejsca, w których spałem kosztowały mnie od 15 do 40Y. Rzecz jasna wygód tam nie miałem. Przykrą okolicznością był wzrost cen wstępów do obiektów turystycznych w stosunku do cen podawanych przez Pascala (2004r) = LP (2000r): bilety podrożały 2-6-krotnie. Na przykład Mogao Ku kosztowały 100 zamiast 15Y. Jeśli zaś chodzi o pamiątki i prezenty, to Chiny są krajem, gdzie można kupować je w nieskończoność. Ograniczeniem może być co najwyżej pojemność plecaka (można zresztą kupić drugi, chiński plecak na pamiątki).


Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej