Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]


Prolog

piątek, 28 V 2010


Znów wyruszam na szlak! |Jaka będzie pogoda? |Miłe początki


Zbliżył się kolejny długi weekend - czerwcowy. Zazwyczaj bywało tak, że obiecywałem sobie, że gdzieś wyjadę, nadchodziły dni wolne od pracy i... siedziałem w domu. A później żałowałem! Tym razem postanowiłem nie odpuszczać. Wziąłem trzy dni urlopu i w ten sposób miałem do dyspozycji 9 dni wakacji. Ze względów, powiedzmy, finansowych, nie wyprawiłem się do Ameryki Południowej (musi poczekać), lecz w polskie Sudety. Moim zamiarem było przejście Głównym Szlakiem Sudeckim (GSS). W ciągu ostatniego roku rozsmakowałem się w długodystansowych przejściach po polskich górach: w zeszłym roku odbyłem wiosenny spacer Głównym Szlakiem Beskidzkim pokonując dystans między Wołosatym a Ustroniem w 11 dni. W zimie był czas na przejście Małym Szlakiem Beskidzkim z Bielska-Białej na Luboń Wielki, nadeszła więc chwila, bym powrócił po latach na sudeckie szlaki. Co prawda, trzy lata temu byłem z synem na Ziemi Kłodzkiej, ale był to mini-tramping - jedynie z elementami górskiej wędrówki. A teraz miałem ochotę przejść szlak im. Orłowicza: ze Świeradowa Zdroju do Paczkowa.

Okres powodziowy i ogólnie mokra wiosna nie były w stanie powstrzymać mnie przed wyjazdem. Śledziłem na bieżąco prognozę pogody dla Sudetów i wertowałem sieć w poszukiwaniu rzetelnych opisów przejść GSS. W piątek po raz ostatni zajrzałem do serwisu pogodowego: sobota miała być słoneczna, ze wzrastającym zachmurzeniem, ale bez opadów, w niedzielę przelotny deszcz, w kolejne dni pogoda zmienna: słoneczko wychylające się zza chmurki lub całkowite zachmurzenie i kilkumilimetrowe opady. Koniec tygodnia zapowiadał się lepiej: temperatura miała się podnieść a opady całkowicie zaniknąć. Pomyślałem sobie: dobra nasza :) nie jest tak źle. Spakowałem się do małego plecaczka (6 kg), przytroczyłem alumatę, do reklamówki, wziąłem sporo żarcia na drogę i nocnym autobusem ruszyłem do Jeleniej Góry.


Świt w Kotlinie Jeleniogórskiej oglądany z okien autobusu jest zachwycający: pofałdowane pola żółciutkiego rzepaku, ciemna linia lasu w oddali i uśmiechnięty szeroko księżyc nad wzgórzami. O piątej jestem na miejscu, tu komplikacja, bo pierwszy autobus do Świeradowa jest dopiero po ósmej. A ja wędrówkę chcę rozpocząć możliwie jak najwcześniej. Logistyczny problem transportu mam więc zamiar rozwiązać przy pomocy autostopu. Po 20 minutach machania na drodze wylotowej z Jeleniej Góry siedzę już w samochodzie jadącym do Gryfowa. Miło rozmawia mi się z kierowcą, który podjechał po syna wracającego do domu z Warszawy. Jest na tyle sympatycznie, że nagle się okazuje, że mijamy Mirsk i wjeżdżamy do Świeradowa. To naprawdę uprzejme z ich strony, że zboczyli dla mnie z drogi. Dziękuję!

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej