Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Genewa-Monachium

poniedziałek, 24. VIII 1992


Jesteś w Genewie, głąbie! | ONZ i Muzeum Czerwonego Krzyża i Półksiężyca | Dokąd właściwie jedziesz? | Basia


Mur Reformatorów

"Przespałem" to zbyt wielkie słowo. Nawet w bezpiecznej Szwajcarii taki nocleg na trawniku mógł się skończyć nieprzyjemnością - akurat ze strony policji. Wstałem około 6.00 i zorientowawszy się, że do centrum jest około 5 kilometrów zdecydowałem się jednak na marsz (autobus miejski kosztował 2 franki). Najpierw wymieniłem franki francuskie na szwajcarskie upewniając się w jednym z dziesiątków kantorów przy ulicy, że moje drobne pieniążki i bilon zostaną bez problemów przyjęte.
Doszedłem do śródmieścia i przechodząc przez skwer zapytałem elegancko wyglądającego starszego pana na ławce: "Excuse me, in which direction is the center?". Pan spojrzał na mnie i uprzejmie odpowiedział, że jestem w Genewie i powinienem mówić po francusku. "OK" - powiedziałem - "chciałbym tylko wiedzieć w którym kierunku jest centrum". Pan powtórzył swoją kwestię, na co oświadczyłem, że spodziewałem się w Szwajcarii bardziej grzecznych ludzi, odwróciłem się na pięcie i poszedłem dalej. W sąsiednim parku przysiadłem się do odpoczywającego o tak wczesnej porze (8:00) mężczyzny ok. trzydziestki. Spytałem go, co jest do zwiedzenia w tym mieście, które miasta w kraju uważa za najciekawsze. Trochę porozmawialiśmy wymieniając adresy na koniec. Później, gdy przechodziłem powtórnie przez park zmierzając do pomnika twórców protestantyzmu, zobaczyłem znajomego przy pracy - był śmieciarzem.

Katedra św. Piotra Stara Genewa nie zachwyciła mnie tak bardzo. Wąskie uliczki, jakiś pałac, kościół... Zwróciła moją uwagę bijąca w górę na 100m(?) fontanna nad Laq (J. Genewskim). Po drugiej stronie jeziora, na drodze do siedziby ONZ spotkałem na stopie dwie warszawianki. "Where are you from?" - zapytałem podstępnie. Po kilkuzdaniowym dialogu zaproponowałem przejście na polski, co zostało przyjęte z ulgą. Przyjrzałem się budynkom ONZ z zewnątrz, gdyż organizowane co dwie godziny wycieczki z angielskim przewodnikiem były zbyt drogie. Wstąpiłem natomiast do pobliskiego Muzeum Czerwonego Krzyża i Półksiężyca - w miarę nietypowego a co za tym idzie w miarę ciekawego muzeum. Zobaczywszy te dwa symbole Genewy, uznałem, że czas ruszyć dalej.

BasiaMusiałem przejść ok. 2 km wzdłuż głównej ulicy nad Laq'iem, by stanąć w odpowiednim miejscu. Po kwadransie zatrzymał się mały fiacik. Chłopak z Lozanny ok. osiemnastu lat był sympatyczny. Za najciekawsze miasta Szwajcarii uznał Lucernę i Zurych. Przeoczył ostatni zjazd przed Lozanną i musiał biedaczysko nadłożyć kilkanaście kilometrów. Znalazłem się na stacji benzynowej w otoczeniu kilku TIR-ów, nikt z nich nie jechał w kierunku Berna. Zamiast ustawiać się z napisem przy wyjeździe z parkingu, podszedłem do pary wsiadającej do samochodu i zapytałem wprost, czy mnie nie wezmą do Berna. Niemka i francuskojęzyczny Szwajcar zgodzili się. Było trochę kłopotów z językiem, bo facet nie znał angielskiego, ale i tak rozmawiało się przyjemnie. Przed Bernem zapytałem, czy zjeżdżają do centrum. Ponieważ jechali do Zurychu, nieśmiało spytałem, czy mogę zostać. Później zrobiliśmy sobie piknik na parkingu. Przed Zurychem znów spytałem, czy zjeżdżają do centrum. Nie - jechali do Monachium. Roześmiałem się: 'Ja właściwie też jadę do Monachium" - "No problem". Głupio się czułem - 505 km za jednym zamachem - to mi się jeszcze nie zdarzyło. Trochę może żałowałem, że na Szwajcarię poświęciłem tylko jeden dzień, ale z drugiej strony byłem naprawdę wykończony. Jechałem więc dalej oglądając wspaniałe panoramy Alp na południu a potem na północy. Nad Jeziorem Bodeńskim zjechaliśmy z autostrady i przekroczyliśmy granicę (znowu sprawdzanie paszportu - wszak Szwajcaria to nie Wspólnota Europejska). Trochę mnie zaskoczyły ceny paliwa na stacjach benzynowych:12, 11, 10... Taka inflacja w Niemczech? Dopiero wtedy zorientowałem się, że jestem w Austrii, której terytorium dochodzi w tym miejscu do Jeziora Bodeńskiego. Kolejna granica i już byliśmy w Vaterlandzie. Po kolejnych stu kilkudziesięciu km dojechaliśmy przy zapadającym zmierzchu do Monachium wprost pod dworzec północny. Podjechałem kolejką miejską i metrem, i znalazłem się przy Columbus Platz. Oj, długo się naczekałem, by tu stanąć. Przede mną była jednak niewiadoma - czy zastanę Basię w domu?

Była. Austriak - gospodarz mieszkania stanął na balkonie i w końcu zrozumiał o kogo mi chodzi. Wpuścił mnie do środka. Nie wiem, jakie były uczucia Basi, gdy mnie zobaczyła. Dostałem jedzenie, picie i kąt do spania. Opowiedziałem o swoich podróżach, Basia o swoim monachijskim bycie.



Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej