Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Gelati-Motsameta-Gori-Upliscyche

środa, 13 IV 2011


Wyjazd do Gelati komplikuje się | Gelati - najbarwniejszy monastyr | Malownicza Motsameta | Jedziemy do Gori |Wspomnienie wojny | Odwiedziny u Doczu | Porywamy autobus ;-) | Rozmyślania w starożytnym mieście | Ach, ci sympatyczni Gruzini! |W "Bordżomskim Ekspresie"


Ranek jest pochmurny i zimny. Ciężko jest wyjść ze śpiworów... Ale wstać trzeba, bo dziś czeka nas prawdziwy maraton. Najpierw Gelati i Motsameta, potem Gori i Upliscyche. No i dojazd do Tbilisi. Metika modli się przed świętym obrazkiem w holu-salonie. My już jesteśmy spakowani, siadamy przy porannej kawie. Gospodyni znów nam znosi wiktuały, chce częstować domowymi wypiekami. Jakie to sympatyczne! Tu wciąż parzy się herbatę tradycyjnie, przygotowując, jak przed laty w Polsce, esencję. Rozliczamy się. Wręczam kobiecie upominki - kolejną pisankę i palmę. Zostawiamy plecaki i lecimy na dworzec marszrutkowy.

Nie ma jeszcze ósmej. I nie ma jeszcze marszrutki do Gelati. Kierowcy mówią, że dziś nie pojedzie. Starsza Gruzinka, która razem z nami czeka, jest również zatroskana i rozczarowana. Ponoć kolejna marszrutka ma być o 11:00. Nie mamy tyle czasu, by czekać, proponujemy kobiecie wspólną taksówkę. Gruzinka negocjuje cenę z kierowcą - 8 GEL w jedną stronę. Ku naszemu zaskoczeniu, chce podzielić koszt na pól. Jedziemy przez miasto, szybko mijamy boczną drogę do Motsamety i zjeżdżamy do doliny rzeki Cchalcitela. Stąd już widać monastyr w Gelati. Wąską drogą pnącą się serpentynami na wzgórze zajeżdżamy pod sam klasztor.

Monastyr otoczony jest kamiennym murem, przechodzimy przez długą bramę. Tu, w przejściu, kilka rzeźb i obrazów z postaciami świętych. Na dziedzińcu trójnawowy kościół, w rogu dzwonnica i klika innych obiektów, którym zamierzamy przyjrzeć się za chwilę. Nasza Gruzinka również chce wejść do kościoła, lecz drzwi są zamknięte. W oczekiwaniu na przyjście popa z kluczami, fotografuję portale z ozdobnymi panneau, rzeźby na frontonie i inne detale architektoniczne. Na wprost wejścia do kościoła znajduje się budyneczek z wielkim klocem drewnianym, przeznaczenia którego się nie domyślam, zaś nieco z boku - ruiny średniowiecznej akademii, podobnej do tej, której resztki oglądaliśmy w Ikalto. Pop otwiera kościół i wraca do swoich zajęć. Jak to przyjemnie popatrzeć na osobę duchowną pchającą taczki! W kościele jesteśmy - po raz kolejny - sami. To rzeczywiście zaleta przedsezonowego trampingu. Od razu powiem - warto tu było przyjechać! Całe wnętrze świštyni pokryte jest kolorowymi malowidłami! Niektóre nieco wyblakłe, z ledwo rozpoznawalnymi scenami biblijnymi i postaciami historycznymi. Podoba mi się tu!

No dobrze, teraz musimy dostać się do Motsamety. Z opisów w LP i tablicy informacyjnej wynika, że można tam dotrzeć szlakiem turystycznym te dwa klasztory w ciągu godziny. Jednak w nocy padało, droga jest błotnista, a gdyby trzeba było przejść po mokrej łące, to przemoczenie butów pewne. Wybieramy asfalt licząc na jakąś okazję. Faktycznie, po dojściu szybkim krokiem (ależ zimno w dłonie!) do głównej drogi, zatrzymujemy samochód i podjeżdżamy ze dwa kilometry na krzyżówkę do Motsamety. Po kilkudziesięciu metrach spaceru, ukazuje się głęboka dolina rzeki Cchalcitela.
I znów trzeba przyznać, że Gruzini mają dar budowania świątyń w pięknych miejscach. Oto przed nami monastyr tonący wśród zieleniejących lasów. Dachy kościoła, dzwonnicy, baszt i innych budynków pokryte są pomarańczową dachówką kontrastującą z bielą wapiennych kamieni. Na prawo i lewo od monastyru - przepaść. A w dole, w głębokim wąwozie, rzeka opływająca skalny cypel.
- To miejsce przypomina widok z Sokolicy - stwierdzamy zgodnie.
Mijamy bramę, przechodzimy przez długi ganek. W kościółku kilka osób: pop i jego chłopaki oraz dyżurna babuszka dbająca o porządek. Wnętrze typowe dla gruzińskiej cerkwi: jednorzędowy ikonostas, kilka ikon na surowych ścianach, stojaki ze świeczkami, pulpit na pismo święte.

Wracamy. Na krzyżówce łapiemy stopa. Wypasiona bryka, cieplutko i przestronnie. Kto prowadzi? Oczywiście brodaty pop! O, jakże dobrze być duchownym pod każdą szerokością geograficzną! Zamieniamy kilka zdań. Aga siedzi z tyłu, widzę, że ma ochotę zrobić kierowcy zdjęcie. Pod teatrem wysiadamy, pop zdecydowanym gestem odmawia wzięcia pieniędzy.
- Nie słyszałeś mnie? - pyta mnie Aga - Przyjeżdżaliśmy w pobliżu naszej kwatery.
Nie. Skupiony byłem na rozmowie z kierowcą, nie dosłyszałem. Teraz musimy przejść ponad kilometr. Trudno.
Jak na razie wszystko poszło sprawnie: dojazd do dwóch miejscowości kosztował nas raptem 4 lari i 3 godziny. Bierzemy plecaki z kwatery i żegnamy się z Metiką. Wskakujemy do marszrutki zasuwamy na dworzec. Tu szybko (zbyt szybko, jak się okaże!) kupujemy bilety do Gori i wsiadamy do odjeżdżającego busa. Jedziemy malowniczą doliną rzeki Kwiriły następnie wzdłuż znajomej Rioni. Na krótkim postoju pytam kierowcę, czy wjeżdża do Gori. Okazuje się, że nie - wysadzi nas na obwodnicy. Spodziewałem się właściwe tego mając w pamięci drogę do
Achalciche.
W Górach Lichskich znów śnieg, w lesie zaspy. Zmiana pory roku odbyła się błyskawicznie. Równie szybko - po drugiej stronie gór - powraca wiosna.

Dojeżdżając do Gori cały czas myślę o wojnie z 2007 roku. Zbrojnym konflikcie rozpoczętym przez Gruzinów, w którym ponieśli sromotną klęskę. Wczuwając się w sytuację potomków dżygitów, sądzę, że ta wojna nie jest dla nich powodem do dumy i stanowi raczej przedmiot tabu. Była to dziwna wojna. Bomby spadały na Gori, ostrzeliwano Kutaisi a obok toczyło się normalne życie. Dziś, po kilku latach niewiele zachowało się śladów zniszczeń. W miejscu, które właśnie mijamy na obwodnicy Gori budowany jest wiadukt - może był on zbombardowany? Pozostały natomiast inne trwałe "pamiątki" - wspomniane już wcześniej osiedle domów dla wypędzonych Gruzinów z Południowej Osetii. Napisałem "wypędzonych", choć może powinienem napisać "uciekinierów". Nie wiem. Podczas tamtego konfliktu niezbyt interesowałem się wydarzeniami. W polskich mediach na pierwszy plan wysuwały się raczej tragikomiczne zdarzenia (z udziałem nieżyjących już osób). My, Polacy, jesteśmy w komfortowej sytuacji po drugiej wojnie światowej: praktycznie jednolite etnicznie państwo bez obecnych tendencji separatystycznych. Wystarczy polityki.

Wyskakujemy z busa i przesiadamy się do czekającej miejskiej marszrutki jadącej na dworzec autobusowy. Idąc do muzeum Stalina uświadamiam sobie, że nie sprawdziłem godzin odjazdu marszrutek do Upliscyche. Zostawiam na ulicy Agę z plecakami i pędzę z powrotem na dworzec. Ostatni transport mamy o 16:00 a jest już trzecia po południu. Musimy w ekspresowym tempie zaliczyć Stalina. Wydłużamy krok i głównej ulicy skręcamy pod duży budynek za skwerem. Tu pierwsze zaskoczenie: w miejscu, gdzie spodziewaliśmy się ujrzeć potężny pomnik - potężna dziura! Na szczęście, obok ustawiono dwumetrową statuę Wodza Narodu. Rzucamy plecaki w kąt i kupujemy bilety po 10 lari. Drogo, ale w końcu to niepowtarzalna okazja. Eksponaty typowe dla miejsc pamięci poświeconych jakiejś osobie: dokumenty i zdjęcia rodzinne, publikacje i rękopisy. Uwagę zwraca model tajnej drukarni ukrytej w piwnicy pod domkiem, w którym mieszkał Stalin. Ani chybi - praca dyplomowa studentów WIML. Dalej mamy maskę pośmiertną Josifa Wisarionowicza. Umieszczenie jej pośrodku kręgu z gipsowych cokołów daje wrażenie pompatyczności. Ale w końcu trzeba było jakoś pokazać chociaż kawałek Wodza... W kolejnych salach nieco rzeczy osobistych oraz przedmiotów ofiarowanych Stalinowi. Kolekcja fajek, generalski mundur, jakieś wazy. Kilka obrazów, wśród nich płótno przedstawiające Josifa Wisarionowicza z matką. Jestem trochę zawiedziony, bo w zgromadzone tu obrazy można było włożyć więcej "sztuki". Wychodzimy. Zerkamy jeszcze na stojący przed muzeum wagon - salonkę, którą przemieszczał się Dżugaszwili. No dobrze, koniec wycieczki, zrobiło się przeraźliwie późno.

Łapię taksówkę na ulicy i zasuwamy na dworzec (2 GEL). Zajmujemy ostatnie dwa miejsca marszrutce i jedziemy do Upliscyche. Deszcz kropi cały czas; niestety, nie będzie dobrych warunków do zwiedzania i robienia zdjęć. I znów krótkie rozmowy z współpasażerami. Gruzini chętnie włączają się do rozmowy, starają się być pomocni. Dopytujemy się kierowcy, gdzie mamy wysiąść w Upliscyche. Ku naszemu zdziwieniu mężczyzna skręca w lewo na most. Pasażerowie są również zaskoczeni, ale śmieją się i tłumaczą, że zboczyliśmy ze stałej trasy, by nas - i tylko nas - podwieźć pod bramę rezerwatu archeologicznego.
- Didi madlobt! - wołam na odchodne - Gamardżobat!
Ci Gruzini są czasem niesamowici.
Nasze pojawienie się w ruinach Upliscyche wywołuje lekkie zdziwienie u kilku pań w kasie (znów to ukryte bezrobocie). I zdaje się, znów będziemy jedynymi turystami zwiedzającymi starożytne miasto. Kupujemy bilety (po 3 GEL), plecaki oddajemy starszemu pracownikowi na przechowanie.

Mży. Zaciskamy zęby i idziemy po śliskich skałach w górę. "Zdobywamy" kolejno pieczary wykute ludzką ręką ponad 2000 lat temu. Staramy się wyszukiwać ornamenty, malowidła i inne ozdoby. Podobnie jak w Wardzi, w wielu grotach natrafiamy na okrągłe zagłębienia z charakterystycznym dziubkiem. Czy przechowywano tu wino, czy też zbierano rytualną krew, jak utrzymuje LP? Moim zdaniem zbierała się tam po prostu deszczówka ;-) Trafiamy do dużej sali z interesującym sklepieniem w postaci rzeźbionych ośmioboków. Jest również dymnik. Co prawda LP uważa, że był to świetlik, lecz wystarczy spojrzeć na otwarte wejście do sali, by zrozumieć, iż takie doświetlanie byłoby zbędne. Na lewo od sali, w sąsiednim, restaurowanym pomieszczeniu, odkrywamy kilka ciekawych zakamarków. Podążając dalej głównym traktem napotykamy na wyżłobione w ulicy niewielkie, 10-centymetrowe zagłębienia. Wygląda to tak, jakby ktoś dla zabawy podziobał chodnik. Przeznaczenie tych dziur jest dla mnie zagadką. Przesuwając się w górę zbocza cały czas zerkamy na niewielki kościółek - na pierwszy rzut oka znacznie późniejszy od miasta, pewnie z XV wieku. Jego bryła jest prosta, bez ozdób. Główne wejście zamknięte, dostajemy się do środka z boku przeskakując po deskach położonych przez robotników odnawiających budynek. Wewnątrz rumowisko, trwają prace konserwatorskie. Ale bogobojni Gruzini już teraz umieścili kilka świętych obrazków pod ścianą. Pod zewnętrzną ścianą trafiamy natomiast na dwa opróżnione ze zwłok groby wykute w skale.

U stóp kościółka skały tworzą spore nieckę, na zboczach tego jaru dostrzegamy w kilku miejscach wykute schodki. Na końcu niecki znajduje się kilka otworów prowadzących do pieczar pod kościółkiem. Myszkujemy tu i ówdzie. Na szczęście deszcz przestał padać, skały nie są już tak śliskie. Zaglądamy do "apteki", na ścianie której znajduje się kilka nisz na "medykamenty". W wielu grotach napotykamy na rowek biegnący wzdłuż ścian. Służył zapewne do odwadniania pomieszczenia, chociaż jego rozmiary (szerokość i głębokość) są czasem zastanawiająco duże). Wędrując po opustoszałym mieście nie sposób ominąć "królewskiego dziedzińca" ze schodami prowadzącymi do "królewskich komnat". Tak sobie nazwałem 20-metrowej długości zagłębiony w skałach plac. Być może służył do wspólnych modlitw mnichów, ale skąd te schody i "sala tronowa" powyżej? Gdzie ołtarz? Same zagadki. Z górnej części miasta rozpościera się fantastyczny widok na okolicę: w oddali płynie Kura, bardziej na wschód znajdują się głębokie doliny i urwiska, na zachód zaś - pochyłe zbocze porośnięte kępami trawy. Ciekawe, ile jeszcze skrytych między skałami grot znajduje się w okolicy?

Wracamy. Dochodzimy do ścieżki widokowej zabezpieczonej poręczami i "odkrywamy" tunel prowadzący stromo w kierunku rzeki. Ponoć tunel miał funkcję ucieczkową. Wątpię w to: wokół miasta nie widzę śladów muru, zapewne było łatwe do zdobycia. A tunel jest zbyt krótki, by wydostając się nim znaleźć się na tyłach wroga.

Koniec zwiedzania Upliscyche. O ruinach tego starożytnego miasta słyszałem różne opinie. Ponieważ byliśmy już w Wardzi - najciekawszym z takich obiektów w Gruzji - bałem się, że Adze nie będzie się tu podobać. Że będzie znudzona widokami podobnymi do tych już widzianych. Ale jak widzę - podobał się jej! Mi, oczywiście - też.

Nad rzeką spotykamy zaparkowane busy i grupę ludzi. Mam nadzieję na stopa.
- Prostite, my zdies ostaniomsja jeszczo - tłumaczy się młody Gruzin. To ekipa filmowa, kręcą tu film detektywistyczny dla gruzińskiej telewizji. Heh! Przypomniała mi się telewizja mongolska nagrywająca teledysk nad jeziorem
Terchijn Caagan Nuur.
- O, wy s Polszy?! My liubim polskoj kinematografiu i polskich aktiorow. Ja sam aktior...
Mężczyzna ściska mi ręce i uśmiecha się. Krótko opowiadam o naszej podróży. Żegnamy się.
- Wsiego choroszewo, szczastliwowo puti.
- Madlobt, spasiba! Doswidania!

No dobrze. Bierzemy plecaki z kanciapy w kasie (dziadek jest zły, bo musiał na nas czekać a inni już poszli do domu) i idziemy w kierunku wsi. Marszrutki już nie będzie, możemy liczyć tylko na stopa lub pociąg z Bordżomi, który zatrzyma się tu o 19:00.
- Tylko gdzie ta stacja? - zastanawiam się.
Zapytać nie ma kogo, na szosie żywego ducha a wysokie parkany i zamknięte wrota nie zachęcają do wchodzenia do gospodarstw. W końcu zatrzymuje się samochód. Wypasiona bryka! Tym razem wiozą nas nie popi, lecz policaje. Są mili i sympatyczni. Doradzają, by jechać pociągiem z Gori o 19 z minutami. Podwożą pod dworzec. Mamy sporo czasu, zmieniam więc koncepcję i marszrutką podjeżdżamy na dworzec autobusowy. Niestety, marszrutki do Tbilisi już dziś nie będzie. Chcąc nie chcąc wracamy na dworzec kolejowy. Wkrótce nadjeżdża "bordżomski ekspres". Tłok w tej elektriczce nas nie dziwi, skoro bilet z Gori do stolicy kosztuje 1 lari.

Przeglądam adresy noclegów spisane z sieci. Decydujemy się na guest house'u przy ulicy Czitaja 4 (róg Marianszwili). Aga przekłada kartę w komórce i dzwonię do kobiety. Nie ma problemu - czeka na nas spanko za 15 GEL od osoby. Muszę z zadowoleniem powiedzieć, że generalnie nie napotykamy na problemy ze znalezieniem względnie taniego noclegu. Może to kwestia pory roku.

Pociąg wlecze się przystając na podstołecznych stacyjkach. Tłum w pociągu nieco się zmniejszył, mogę i ja teraz usiąść. Pasażerowie są chyba zbyt zmęczeni podróżą, bo nie są skorzy do rozmów. Do Tbilisi dojeżdżamy już nocą. Na dworcu Bordżomi przesiadamy się na marszrutkę numer 150. Do naszego guest house'u docieramy po 21:00. Właścicielka prowadzi sklep po sąsiedzku, tam ją odnajdujemy. Dwupokojowe mieszkanie z kuchnią i łazienką jest obok w bramie. Łóżka są podniszczone, wyposażenie dość skromne, ale - co ważne - gorąca woda jest bez ograniczeń. Internet, jak się okaże, nieczynny, trudno. Robimy sobie późną kolację i popijamy czarnym winem "Kindzmarauli". To odmiana wina z Kachetii o głębokiej wiśniowej barwie.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej