Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Gandawa-Ostenda

poniedziałek, 10. VIII 1992


Flamandowie | Chłodny ranek | Znów nad Morzem Północnym


Panorama Gandawy z zamkowej wieży

Trochę głupio czułem się przy tej flamandzkiej, jak stale podkreślali, rodzinie. W ogóle uważałem, że zwalanie się na głowę esperantystom bez zapowiedzi jest niegrzecznym stawianiem ludzi pod murem. W przypadku tej rodziny spotkaliśmy się z wyjątkową życzliwością i przychylnością. Tym bardziej było to zaskakujące, że w przeszłości różni młodzi Polacy pisali do nich prośby o załatwienie pracy.
Kanały w Gandawie

Rano kobieta odwiozła nas do centrum. Oglądnęliśmy rozległe zabudowania Begijnhof - przytułku dla starszych i samotnych kobiet. Później weszliśmy do Zamku Grafów Gravensteen - Flamandka zapłaciła wstęp mimo naszych protestów. Pobłądziliśmy po ciemnych zakamarkach, pooglądaliśmy trochę starych kości i żelastwa (Sala Tortur). Przytulisko dla kobiet

Dzień był pochmurny i na wieży trochę wiało, natomiast widok był przepiękny: setki dachów pokrytych czerwonymi dachówkami i trzy charakterystyczne obiekty leżące niemal w jednej linii: katedra św. Bafona, ratusz i kościół św. Mikołaja. Kilka kroków od zamku zwiedziliśmy Muzeum Sztuki Ludowej, będące ciągiem kilkunastu a może kilkudziesięciu pomieszczeń przekształconych w tematyczne sale: izbę kowala, aptekarza itd. itp. Tu nas kobieta zostawiła samych, poszliśmy obejrzeć jeszcze katedrę i kościół. W drodze powrotnej Dorota uparła się wstąpić do McDonalda, by coś zjeść. Długo trwało nim wyszukała odpowiednio tanie danie, będzie mogła teraz być dumna, że jadła u Mac'a. Ja tradycyjnie w tym czasie obserwowałem pracę jej żuchwy.

Podobno najpiękniejsza kamienica w Gent Po obiedzie w domu - nie była to jakaś wyjątkowa kuchnia flamandzka - kobieta odwiozła nas na autostradę. Po kilkunastu minutach zatrzymał się wóz z niemiecką rejestracją ciągnący przyczepę kempingową. Jechali do Ostendy, a my, mimo że pierwotnie planowaliśmy dostać się do Brugii, zdecydowaliśmy się na wyjazd nad morze.
Port jachtowy w tej nadmorskiej miejscowości powitał nas lasem masztów i pajęczyną olinowania. Tramwajem podjechaliśmy do strefy plażowej i rozpocząłem poszukiwania najtańszego pola namiotowego. Zdążyliśmy jeszcze pospacerować po brzegu - oczywiście nie było mowy o kąpieli w tak wietrzny i zimny dzień.
Port jachtowy w Ostendzie

Spodobało mi się to jeżdżenie po Europie stopem. So far so good! Do tamtej chwili, poza dwoma niewygodnymi noclegami (w Dreźnie na dworcu i w krzakach pod Arnhem) oraz stresów przy wyjeździe z Kolonii - wszystko odbywało się w miarę dobrze.



Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej