Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Esfahan-Shiraz

czwartek, 17 VIII 2006


Jeżdżę bo lubię! |Z wizytą w Meczecie Piątkowym |Drobne zakupy |Zobaczyć Lotfollah i oniemieć z zachwytu! | Sympatyczne spotkania nad rzeką |O minaretach, które się nie trzęsły |To były wspaniałe dwa dni!


Esfahan: meczet Jameh

Wstaję o 6 rano i nie budząc nikogo cichutko wymykam się z hotelu. Dziś wieczorem opuszczamy Esfahan, jadę więc miejskim autobusem na dworzec Kaveh. Mówi się czasem, że potrzeba pięciu dni, by poznać to miasto. A trzy dni to absolutne minimum. Hm... tak długo nie potrafię siedzieć w jednym miejscu. Wolę poznać więcej miejsc w Iranie. Są ludzie, którzy posiedzą kilka dni w danym mieście i twierdzą, że już je znają. Ja mieszkam czterdzieści lat w Krakowie i wciąż go nie znam w pełni! Jadąc za granicę, chcę poznać jak najwięcej miejsc, poczuć różnorodność zwiedzanego kraju, nawet kosztem nieco powierzchownego oglądu. Zresztą... mój boże... to kwestia indywidualnego przeżywania świata. Taki jestem :-)
Kupuję bilety na nocny autobus do Shirazu i wracam do hotelu. Jarek już wstał, zostawiamy bety w hotelowym schowku posiliwszy się sandwiczowym frykasem ruszamy.

Dzisiejsze zwiedzanie miasta zaczynamy od położonego w północnej dzielnicy meczetu Jameh (4.000 IRR). To olbrzymi meczet, prawdę powiedziawszy największy w Iranie. I w dodatku stanowi mieszankę różnych stylów: zbudowany za panowania dynastii Seljuków, wielokrotnie przebudowywany przetrwał najazdy Mongołów, później przepięknie ozdobiony za czasów Safavidów stanowi dziś nieco zapomnianą atrakcję Esfahanu. Tłumów tu raczej nie ma, zwłaszcza o tak wczesnej porze. Podobnie jak w innych meczetach i tu trwają prace remontowo-konserwatorskie: kilku robotników pracuje na rusztowaniach, starszy pan naprawia stiuki; uśmiechamy się do siebie. Esfahan: meczet Jameh Ale przecież nie to tu jest najważniejsze! Ponad iwanami wznoszą się cudnej urody zielono-niebiesko-białe minarety. Wokół wieżyczek biegnie drewniany ganeczek zwieńczony wykafelkowaną kopułką i ozdobiony miedzianą dłonią (ależ ja się cieszę, że mam swój nowy aparat). Iwany są równie atrakcyjne, tu w meandrach motywów roślinnych pojawia się czwarty, pomarańczowy kolor.
Zwiedzamy wnętrze meczetu, wchodząc przez bramy kolejnych iwanów. Na ogół pomieszczenia są puste, pozbawione nawet dywanów, ale wszędzie można spotkać ozdoby: na ścianach rzeźbione marmurowe płyty z filigranowymi wzorami geometryczno-roślinnymi, również pięknie rzeźbione kamienne kolumny ozdabiające portale, ażurowe kamienne i gliniane kraty oddzielające pomieszczenia w głębi od dziedzińca, pokryte pajęczyną żłobień drewniane skrzydła bram. Najbardziej mnie jednak zachwyciło bogactwo wzorów wykorzystanych przy budowie ceglanych sklepień w bocznych korytarzach: nie ma dwóch jednakowych!

Na pobliskim bazarze rzucają się na nas perscy handlarze. Koniecznie chcą nam pokazać swe ciuchy i pamiątki. Jarek jest zachwycony, ogląda chińskie i indyjskie tekstylia. Na szczęście rezygnuje z zakupu. Ja mam ochotę na jedwabny szal ozdobiony złotymi lub srebrnymi cekinami, lecz myśl o umiarkowanym zachwycie żony powstrzymuje mnie przed zakupem. Ostatecznie po przydługich negocjacjach biorę wzorzystą serwetę.
Zbliżając się do placu Imama - bo gdzie indziej mielibyśmy się kierować! - zaglądamy do niewielkiego sklepiku ze starociami. Przedmioty nie wyglądają na współczesne podróbki, są tu przedmioty codziennego użytku, akcesoria kuchenne, trochę broni i obrazków. Naprawdę jest na co popatrzeć! Moją uwagę zwracają cynowe łyżeczki i grawerowana solniczka. Mam na nią ochotę, lecz cena staje przy 7 dolarach. Chyba zbyt porządnie wyglądamy.

Plac Imama jest jak zawsze pełen ludzi spragnionych jego wspaniałego otoczenia. Wstępujemy do meczetu Lotfollah (3.000 IRR) - tego z "pomarańczową" kopułą. Ciemny, dekorowany roślinnymi wzorami na kafelkach, korytarz prowadzi nas do głównej sali. Wewnątrz panuje półmrok, światło wpadające przez niewielkie okienka przekryte maswerkami rozjaśnia posadzkę i nieco ściany. A ściany są pokryte wzorzystymi kafelkami: dominuje kolor pomarańczowy, dodatkiem jest granat, seledyn i biel. Ściana kibli utrzymana jest w niebieskiej tonacji, mihrab to miniatura zewnętrznego iwanu ze stalaktytowym sklepieniem. Esfahan: meczet Lotfollah Obramowany jest wielkimi cytatami z Koranu, które same w sobie są piękną dekoracją.
Ale te wszystkie dotychczasowe moje zachwyty to nic! Wystarczy spojrzeć w górę, by oniemieć z wrażenia! Nade mną najwspanialsza kopuła, jaką widziałem w życiu: geometryczno-kwiatowy wzór zbiegający się w centrum przypomina strukturą fraktale. Gdy później, już w domu, powiększę zdjęcie, moim zachwytom nie będzie końca!

Czas teraz na bliższą znajomość z meczetem Imama. Tym razem kupujemy bilety (5.000 IRR), wchodzimy jak zwykli turyści. Nie ma już tłumów wiernych, pod namiotami oceniającymi dziedziniec ledwie kilka osób się modli. W tym meczecie dominuje kolor błękitny niewielką ilością żółci i bieli. Oglądamy stosunkowo skromny mihrab i wykonany z brązowego kamienia minbar. Wszystko jest bardzo ciekawe, ale zdecydowanie wolę meczet wypełniony modlącym się tłumem!

Znów jesteśmy nad rzeką, siadamy sobie na zacienionej ławce i relaksujemy się w pięknym otoczeniu. Esfahańczycy również piknikują, odpoczywają rozłożeni na trawie. Co chwilę koś nas sympatycznie zaczepia, pozdrawia... Irańczycy dosiadają się, rozmawiają z Jarkiem. Ja od czasu do czasu się wtrącam. Nie czuję dziś potrzeby mówienia, wystarczy mi, że się przysłuchuję... Mam swój czas odpoczynku... Jestem w drodze dopiero 13. dzień a wydaje mi się, że podróżuję już miesiąc... Tyle się wydarzyło, tyle miejsc zobaczyłem... Esfahan: meczet Lotfollah
Zrobiło się już południe. Z ociąganiem wstajemy. Idziemy w kierunku mostu Si-o-Seh, gdy dostrzegam Europejkę. Polskiego pochodzenia... właściwie Polkę... po prostu Beatę! Oczywiście w towarzystwie Piotra. Cieszymy się ze spotkania, opowiadamy w pośpiechu o przeżyciach ostatnich dni.

Krótki odpoczynek i idziemy do medresy Chahar Bagh otwartej rzekomo tylko we czwartki. I tu jesteśmy po raz drugi zaskoczeni: cena 30.000 IRR, zupełnie nieadekwatna do rangi obiektu. Jarek wybiera sensowną alternatywę i kupuje za jednego chomeiniego płytką z 400 zdjęciami przedstawiającymi medresę (jak się później okaże zdjęcia są średniej jakości).
Transferujemy się na plac Imama Hosseiniego, i stąd miejskim autobusem podjeżdżamy do Trzęsących Się Minaretów (Shaking Minarets) w dzielnicy Kaladyn. Pech nas prześladuje - jest akurat przerwa obiadowa. Na szczęcie minarety widać jak na dłoni, mój zoom załatwia resztę. Pocieszamy się tym, że od kilku lat minarety ponoć i tak się nie trzęsą - zbyt wielu turystów tu wchodziło i konstrukcja się ustabilizowała :-)
Wracamy do centrum. Jarek namawia mnie na kurczaka, i słusznie! Bo to jedyne zjadliwe mięso w Iranie. Późnym popołudniem zaglądamy do pałacu Hasht Behest. Ten niewielki XVII-wieczny budynek był kiedyś, jak twierdzi nasz przewodnik, najwspanialej ozdobionym obiektem w Esfahanie, dziś wizytę uzasadnia jedynie atrakcyjne, ogrodowe otoczenie.

I to właściwie tyle zwiedzania. Te dwa dni w Esfahanie były naprawdę zachwycające. Wracamy do hotelu, przekazujemy niewykorzystane bilety autobusowe polskiej parze, bierzemy bety ze schowka i podjeżdżamy się na dworzec autobusowy. Czeka nas prawie 500 kilometrów nocnej jazdy.
Esfahan: meczet Imama
Esfahan: meczet Jameh
Esfahan: meczet Jameh
Esfahan: Iranka
Esfahan: mimbar w meczecie Imama
Esfahan: meczet Lotfollah
Esfahan: Manar Jombar (trzęsący się minaret)

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej