Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Erdenet-Moron

piątek, 9. VII 2004


Tiepier w Moron pieszkom |Grzegorz pokazuje widokówki |Nasza pierwsza jurta |Co za jazda! |Ofiary Naadamu |To chyba już koniec...


Świt

Bladym świtem ruszamy. Dopiero teraz widać, z jakimi przeszkodami terenowymi jest dane zmagać się kierowcy. Zjeżdżamy po łące, po tak nieprawdopodobnie stromych zboczach, że aż strach! A przecież nie jest to dżip, tylko potężny autobus pochylający się nieraz niebezpiecznie na boki. Kurczowo trzymam się oparcia i zastanawiam się, czy będziemy w stanie podnieść autobus, jeśli się przewrócimy. Widzę napięcie na twarzach innych. Tylko mój sąsiad śpi.
Przy kolejnym potoku trafiamy na wyrwę i tracimy zderzak, w chwilę później kolejny raz pęka dętka i siadamy na podwoziu. "Tiepier w Moron pieszkom" - stwierdza kierowca i staje z boku. Do wyciągania autobusu z pułapki zabierają się jego pomocnicy. Nie wiem zresztą, czy ta pomoc jest opłacana przez kierowcę, czy są to po prostu wolontariusze. Przecież wszystkim zależy, by dojechać do celu. Poza tym tu, w Mongolii, każdy jest mechanikiem! Naiwnie pytam kierowcę, kiedy będziemy na miejscu. "Nie toczno". Piękne. To "nie toczno" jest uniwersalne w tym kraju. Pozwala zaoszczędzić wymyślania zbędnych rozkładów jazdy, nadaje się do wielu sytuacji codziennych. OK, autobus wyciągnięty, zderzak przywiązany, jeszcze tylko zmiana dętki. Mały Dżingi

Tymczasem trwa dialog międzykulturowy. Grzegorz prezentuje zestaw widokówek z Krakowa. "Eto staraja cerkiew" - kościół Mariacki, "A eta Sukiennice - takij sjupermarkiet, no nie nowocziesnyj tol'ka staryj, tam wsio można pakupit'". Hmm, Barbakan? "Da, a zdies - tu Grzegorz się zamyśla - sałdaty strielali. Znajetie? Kałasznikow. Tra-ta-ta-ta!". Jest tylko problem z Lajkonikiem. Sugeruję, by nie poruszał tego tematu. "Eta takij krakowskij horse" - wyjaśnia Grzesiek a Mongołowie są bardzo zadowoleni. Muszę przyznać, że mój towarzysz podróży wzbudza zawsze duże zaciekawienie. Oglądają się za nim, dotykają jego dredów, wypytują o sposób ich tworzenia. Przed wyjazdem obawiałem się jakichś problemów ze strony na przykład milicji, na szczęście reakcje związane z jego wyglądem są tu bardzo sympatyczne. "No dobra, ja swoje miasto pokazałem, teraz zawieźcie mnie do Moron" - kończy prezentację. All right, kolejna chińska dętka już napompowana, ruszamy.

Znów step, lasy i wzgórza. Krajobraz niemal beskidzki. Niemal - bo oto przy drodze siedzi stado sępów. Po prostu sobie siedzą i gapią się na nas. Przystajemy, Grzegorz wyskakuje przez okno i z aparatem skrada się ku nim. Ptaki są duże i ciężkie, i wcale nie chce się im odlatywać, godnie odchodzą na piechotę.
Zatrzymujemy się w wiosce. To właściwie krótka ulica zabudowana drewnianymi domkami: kilka sklepików z barami. Przed domami - osiodłane konie. Sceneria prawie westernowa - gdyby nie talerze anten satelitarnych. Mongołowie zapraszają nas do jurty, wchodzimy. "Nastąpiłeś na próg? - szeptem pytam Grześka - Tak? To będą musieli rozebrać jurtę i przestawić w inne miejsce!" Siadamy całą grupą na kanapach. Gospodyni szykuje posiłek, my z ciekawością rozglądamy się po jurcie.
Wioska mongolska Wokół pomieszczenia rozłożone są kanapy i pufy (widać, że często gospodyni gotuje dla podróżnych); są kolorowe, malowane skrzynie, jest i piec pośrodku, i on właśnie przyciąga naszą uwagę. Co też takiego dostaniemy do jedzenia? Na razie serwują sute-caj, chleb i białe mleczne kostki. "Smakuje ci czaj? To dlaczego nie chlipiesz?" - strofuję Grześka. Zupa podgrzana, Mongołka podaje nam miseczki. W zupie kawałki mięsa, różnych gatunków, makaron, białe paski czegoś o nieokreślonym smaku. "To suszone jelita baranie - tłumaczy Grzegorz - jedz, bo dobre". Ehm, krztuszę się. O, trafiła się frytka. "Zdaje się, że była tu amerykańska wycieczka", mruczę pod nosem. Grzegorz dostaje jeszcze miskę z kawałkami baraniny lub koniny, ja pasuję. Jakby jednak nie patrzeć - pojedliśmy sobie (razem 1000T). Moja pierwsza jurta...

Jesteśmy teraz w górzystej części trasy, zbliżamy się do wododziału. Dalej dolina Selengi - tej samej rzeki, którą spotkaliśmy w Ułan Ude. Kolejna przeszkoda: wzgórze kończy się urwiskiem, kierowca z trudem zatrzymuje pojazd. Cofamy. "Oho, rozpędzamy się!" - szepcze teatralnym głosem Grzegorz. Ale, nie: kierowca skręca nieco i.. zjeżdżamy! Wyskakujemy w górę po pół metra, spadają pakunki z górnych półek, mały Dżingi ma zabawę. Ale jazda! Cóż: jak powiedział Dżyngis Chan: wszystkie drogi prowadzą do Moron...
Mijamy błękitne owoo - kamienny kopiec ze stosem patyków przystrojonych powiewającymi na wietrze niebieskimi wstążkami. Takie owoo, miejsce odwiedzane przez duchy, jest odpowiednikiem polskich przydrożnych kapliczek, czy krzyży. Każdy może tu dołożyć swój kamień... Ponoć trzykrotne okrążenie owoo zapewnia powodzenie w podróży... Szkoda, że nasz kierowca z tego nie skorzystał, bo znowu łapiemy gumę! Który to już raz? Piąty, szósty? Te ponadplanowe postoje nie robią na nikim wrażenia, ale z pewnością wszyscy są już zmęczeni. Jedziemy już ponad dobę - teoretycznie tę trasę pokonuje się w 20-24 godziny - i widać, że do Moron dziś nie dojedziemy. Dalszą trasę pokonujemy bez jednego (tylnego) koła - po prostu skończyły się dętki! Koni  tu nie brakuje...

Przyglądam się Mongołom i myślę o tym, jak bardzo pokancerowane mają twarze. "Ale wiesz, ile Naadamów mają za sobą?" - mówi Grzegorz - "Kończą się oficjalne zawody, wychodzą kibole i zaczynają się naparzać!". Żarty żartami, ale nie czułbym się pewnie sam na sam z takimi typami. W dodatku mężczyźni mówią głośnym, gardłowym głosem i w rozmowie - wciąż mam takie wrażenie - niemal krzyczą na ciebie. Zupełne przeciwieństwo stanowią dwie śliczne dziewczyny siedzące za mną. Nie mogę uwierzyć, że Sachna ma 30 lat! Pewnie kumys jej tak służy! Jaka szkoda, że mówią tylko po mongolsku...

Zjeżdżamy wreszcie do doliny Selengi, kończą się góry, jedziemy wśród stad owiec i kóz. O zmierzchu dojeżdżamy do jakiejś osady i tu zaczynają się problemy z paliwem. Stacje benzynowe pozamykane lub brakuje ropy. Ostatecznie kupujemy we wsi kanistry z paliwem i ruszamy. Pędzimy przez mrok nocy. Światła reflektorów wyłuskują na zakręcie obozowisko mnichów buddyjskich. Podróżują ciężarówką i w tym miejscu urządzili sobie postój przy ognisku... Ich pomarańczowe stroje wyglądają niesamowicie w tej nocnej scenerii.

Mongolski savoir vivre
-w jurcie poruszaj się zgodnie z ruchem wskazówek zegara; to samo dotyczy świątyni i owoo
-nie gwiżdż w jurcie; mogłoby to spowodować silny deszcz lub wiatr
-nie opieraj się o słupy podtrzymujące jurty )może to przynieść pecha -wchodząc do jurty opuść rękawy u koszuli; jeśli jesteś w koszuli z krótkim rękawem zamarkuj ruch opuszczania rękawów
-nie odmawiaj poczęstunku; powinieneś przynajmniej skosztować każdej potrawy
-nie wkładaj do ognia ostrych przedmiotów; jest święty
-nie przechodź przed starszą osobą; to niegrzeczne
-nie pozwól ludziom przekraczać przez twoje nogi
-używaj obu rąk (lub prawej) gdy ktoś ci coś podaje
-czarkę lub kubek trzymaj za dno; podtrzymuj naczynie dwoma rękoma lub podpieraj lewą ręką prawy łokieć
czytaj więcej

Już, już docieramy do Moron, gdy przychodzi najgorsze. Słyszę zgrzyty i chrzęsty w skrzyni biegów, stajemy. Nie ma mowy o naprawie, trzeba przywieźć części z miasteczka. Najbliższe kilka godzin spędzam w półodrętwieniu. Jest mi już wszystko jedno, kiedy dojedziemy, nie mam już sił się złościć. Przebudzam się już w drodze. Nie wiem, czy ktoś przywiózł tę część, czy dostaliśmy ją od innego kierowcy, grunt, że po 40 godzinach wjeżdżamy do Moron.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej