Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11]


Duszatyn - Rymanów Zdrój

poniedziałek, 4 V 2009


Cyborg na szlaku |Kto niszczy przyrodę? |Szkoda gadać! |Pijawki pod Tokarnią |Wolna amerykanka |Kto za tym stoi? |Mój Rymanów


Duszatyn 4:30 - Komańcza 7:00 - Tokarnia 13:00 - Puławy 17:15 - Rymanów Zdrój 20:30 Komańcza

Noc rzeczywiście była ciężka. Nie pomogło podkładanie plecaka pod alumatę, ani ustawiczne przekręcanie się z boku na bok. Mężczyźni przy ognisku nie spali, głośno rozmawiali przy alkoholu. Na domiar złego rozpadało się, a wewnątrz namiotu wilgoć zaczęła się kondensować na tkaninie. O czwartej nad ranem miałem dość. Zagotowałem wodę na kawę, przekąsiłem co nieco, wytarłem jako tako namiot i spakowałem się.
- Czas na mnie.
- Do widzenia, powodzenia!
Do Prełuków droga jest prosta i w miarę wygodna. Mijam rezerwat przyrody - przełom Osławy i zaczyna się przejście przez kilka wzgórz do Komańczy. Ugh! Ledwo mogę stawiać nogi. Poruszam się jak prototyp robota z połowy ubiegłego wieku. Ratuje mnie ketoprofen. W Komańczy padam na ławeczce przed kościołem. Z przerażeniem patrzę na zegarek - szedłem 2.5 godziny!
Stopniowo odzyskuję jednak formę. Mijam schronisko obok klasztoru i wkraczam na "swój" teren. Swój, bo między Duklą a Komańczą spędzałem mnóstwo czasu bywając na wakacjach u babci w Rymanowie Zdroju. Tu również, a konkretnie na Polanach Surowicznych, zorganizowałem dwa obozy klubowe, tu również znajduje się moja ukochana łąka, z którą wiążą się tak miłe wspomnienia.

Idę więc przez mieszany las powyżej Komańczy. Złoszczę się na błoto, na głębokie koleiny zostawione przez ciągniki. Co kilkaset metrów muszę przeskakiwać przez pozostawione na drodze pnie i odcięte konary świerków. W lesie słychać ryk pilarki łańcuchowej, raz za razem rozlega się łomot padającego drzewa. Uświadamiam sobie, że znajduję się w zakładzie pracy produkującym drewno. Ale jednocześnie swą złość zaczynam kierować na leśników.

Widok na Kamień Prawda jest bowiem taka, że to nie turyści zbaczający ze szlaku niszczą przyrodę, to nie turyści zrywający kwiatki, łamiący gałązki, czy nawet palący ognisko degradują środowisko. Wystarczy spojrzeć na spustoszenie powodowane przez traktor i drwali przy okazji wycięcia pojedynczego drzewa. Zniszczona darń, rozjechane krzaki, połamane sąsiednie drzewka. Głębokie koleiny wyżłobione w rozmokłym gruncie. Przecież, gdyby wpuścić do lasu 20 wyrostków nie zdołaliby w tym czasie tyle zniszczyć. A przecież to nie koniec. Po pracy leśników pozostaje syf i burdel: grzęzawisko, porozrzucana choina, kawałki konarów, obrzynki. Po miesięcznym harcerskim obozowisku zostaje mniej śladów!
Jeśli wycinasz stare drzewo w swym sadzie, starasz się zrobić to ostrożnie, by nie zniszczyć terenu wokół: trawnika, porzeczek lub grządek. A potem posprzątasz po sobie, prawda? Pozbierasz gałązki, zmieciesz śmieci. Dlatego, że to twoje! Że tu żyjesz. Leśnicy zdają się traktować las per noga, nie szanują go. Tylko nie mówcie mi, że tu rządzi ekonomia. Brakuje im po prostu etosu pracy.

Wychodzę wreszcie z lasu. Przede mną otwarta przestrzeń z masywem Bukowicy na północnym zachodzie. Widać już ozdobiony masztem telefonii komórkowej szczyt Tokarni. Szlak wiedzie łąkami, lecz brak tu oznakowania. Szerokim łukiem trawersuję w lewo wzgórze idąc polną drogą. Tu odnajduję stare znaki na drzewie. Ja tak sobie myślę, że kilka palików ze znakami (a choćby bez znaków) ułatwiłoby tu orientację. Uważam, że ich brak to zaniedbanie ze strony sanockiego PTTK. W innych miejscach - poza Beskidem Niskim wielokrotnie można natrafić na tyczki czy paliki w bezleśnym terenie. I na Połoninach, i pod Szrenicą, i na Babiej, i na Glinnem pod Baranią Górą. Więc da się to zrobić. I łatwo policzyć, że litr farby starczy na kilka kilometrów szlaku. Ech, szkoda gadać. Te słowa na pewno nie trafią do działaczy PTTK siedzących za biurkami. Tokarnia

W osłoniętym miejscu robię odpoczynek. Wyciągam palnik, robię kawę i smażę kiełbasę. Posilony - schodzę na północ, ku dolinie, a następnie ruszam w kierunku Kamienia. To niezbyt ciekawy szczyt a raczej wydłużony grzbiet. No, ale ominąć się go nie da ;-)

Nad Przybyszowem znowu ścinka drzew. Las poprzecinany jest plątaniną dróg, znaki zanikają na odcinku kilkuset metrów. Trzymam się prawej, wyższej strony wyrębu i ostatecznie wychodzę na szeroki trawiasty grzbiet z wyraźną drogą prowadzącą ku wsi. Tu, nad strumykiem, spotykam kilkunastoosobową ekipę dziarskich emerytów i emerytek uzbrojonych w kijki trekingowe. Pochylili się właśnie nad kałużą.
- O, ile tu pijawek! - woła miła staruszka. Chyba miastowa ;-)
Malownicza droga prowadzi w górę wsi, szlak przy pierwszych zabudowaniach skręca w lewo na północny zachód. Trawa jest jeszcze mało wydeptana i gdyby nie schodząca akurat z Tokarni młodzieżowa grupa - można by mieć trudności z wyborem drogi. Wspinając się na szczyt, oglądam się co chwilę za siebie ciesząc oczy panoramą Wysokiego Działu. Jeszcze chwila przedzierania się przez krzaki tarniny i jałowce i oto Tokarnia (777 m n.p.m.) - najwyższy szczyt w promieniu dziesięciu kilometrów. Fotografuję się na tle wieży przekaźnikowej.

No fajnie, fajnie. Cieszę się, że tu dotarłem, ale nie przeszedłem jeszcze nawet połowy dzisiejszego odcinka. A jest już 13.00. Schodząc z Tokarni gubię szlak schodząc zbyt na prawo. Przy żółtym szlaku łączącym Wolę Piotrową z Wisłokiem dochodzę do nowej drogi idącej mniej więcej równolegle do czerwonego szlaku. Wkrótce mój szlak się odnajduje i wchodzę na grzbiet Bukowicy. Szedłem tą drogą dwadzieścia lat temu - w okresie obozów klubowych. Szlak między Tokarnią a Skibcami zapamiętałem jako wąską grzbietową ścieżkę. Dziś jest to szeroki trakt rozjeżdżony przez ciągniki siodłowe i traktory. Spotykam kilka osób z plecakami, idą z Polan Surowicznych lub z Puław. Dłuży mi się ta droga. Nie tak dawno urządzono tu jakieś biegi przełajowe lub rajd, bo co jakiś czas znajduję powieszoną kartkę z liczbą kilometrów. Niestety nie wiem, gdzie jest zerowy kilometr :-( Nad Puławami

I tu słychać pracujące piły motorowe w lesie. Mijam dwukrotnie robotników leśnych ładujących na przyczepy pocięte pnie. Te i późniejsze obserwacje z Beskidu Żywieckiego i Śląskiego skłaniają mnie do wniosku, że kryzys zachęcił Polaków do wyrzynania drzew. Tak intensywnej eksploatacji lasu dawniej nie obserwowałem. Przed Skibcami (778 m n.p.m.) spostrzegam pozostawione w lesie sągi. Porośnięte mchem, wpół zbutwiałe, spróchniałe - muszą mieć dziesięć a może trzydzieści lat. Ścięte - zapomniane. Smutne. Dziwne.

Poniżej węzła szlaków zaczyna się żałosna farsa. Do Puław schodzą dwa szlaki: czerwony - znakowany przez krośnieński oddział PTTK i żółty - znakowany przez oddział sanocki. Znaki położone są czasem na tym samym drzewie, czasem na sąsiednich. W pewnym momencie szlak się rozchodzą, później schodzą. Wolna amerykanka. Irytujące.

Wreszcie Puławy. Kwitną łąki ponad wsią, kwitną drzewa na polach. Niebo jest błękitne i jest ogólnie uroczo. W pobliżu gospodarstw agroturystycznych strzałka z informacją "Puławy Dolne 1 h". W pół godziny jestem przy Wisłoku. To typowa sytuacja zawyżania czasów w pobliżu schronisk i innych miejsc noclegowych. IMHO, chodzi o zniechęcenie turysty do dalszej drogi.

Na skrzyżowaniu z boczną drogą do Wisłoczka sytuacja z tabliczkami PTTK się powtarza. Czytam: "Rymanów 3h Puławy 2h". Każdy, kto szedł tamtędy, każdy, kto sięgnie po papierowy lub internetowy przewodnik wie, że to nieprawda. Droga czerwonym szlakiem z Puław Górnych do Rymanowa Zdroju zajmuje nieco ponad trzy godziny. Tabliczka na rozstaju firmowana jest nazwą PTTK. Pytam więc władze oddziału PTTK w Krośnie, czy to one postawiły tę tabliczkę, a jeśli tak - to dlaczego wprowadzają w błąd turystów. Rymanów Zdrój

Mijam nieczynną jeszcze bazę namiotową w Tarnawce i podchodzę na zbocza Działu. Tu również las jest bardzo przerzedzony, w kilku miejscach znajdują się eksperymentalne uprawy. Jeszcze kilka kroków i otwiera się widok na a href="rower0.htm">Rymanów Zdrój. Schodzę w kierunku Wołtuszowej. Słyszę muzykę dolatującą z któregoś sanatorium: kuracjusze imprezują. Przechodzę obok kościoła i idę parkiem zdrojowym. Uśmiecham się do kilkunastometrowych jodeł kanadyjskich rosnących przy deptaku. Są już takie ogromne. A kiedyś były niższe ode mnie... Pamiętam, jak je sadzono... Robię zakupy w samoobsługowym sklepie otwartym do 21.00. Biorę z półki sok z czarnej porzeczki i łapczywie piję. Jestem dziś wykończony. Robię zapas czekolady, kupuję też mrożonkę Horteksu - mam wielką ochotę na dobrą zupę.

Śpię wreszcie w normalnym łóżku.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej