Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]


Dunhuang - Mogao Ku

wtorek, 2 VIII 2005


Tu kończy się Mur Chiński... |Chińczycy zdzierają ze mnie kasę |Wspaniałe jaskinie Mogao |Gigantyczny Budda |Jestem zachwycony |Nieoczekiwane spotkanie |Krajobrazy Gansu |Nocna jazda do Xining


Mogao Ku

Piętnaście po siódmej jesteśmy na miejscu, czyli na stacji kolejowej w Liujuan. Tu już czekają wygodne autobusy dla japońskich turystów oraz gorsze autobusy dla nas (15Y). Siedzę na dodatkowym rozkładanym krzesełku. Droga jest wyboista i wykonuję najróżniejsze ewolucje w powietrzu. Na szczęście do Dunhuang jest tylko 2 godziny drogi. W pobliżu 80 kilometra od Liujuan po prawej stronie drogi widoczne są wspomniane w Pascalu resztki Muru Chińskiego. Tu miał kiedyś początek (lub koniec :-)), dziś pozostały na wpół zasypane przez pustynię fragmenty umocnień.

W Dunhuangu osacza mnie tłum taksówkarzy wołających, że nie ma autobusów do Mogao. Wiem, że to nieprawda, na razie idę na dworzec autobusowy rozeznać sytuację. Jest autobus do Xining o 13.00; nie mogę jednak kupić biletu, gdyż nie wiem, o której wrócę z Mogao. Pół godziny poświęcam na poszukiwanie busów, potem decyduję się na taxi (30Y tam i z powrotem, kierowca czeka aż zwiedzę). Teraz nieco ponadpółgodzinna jazda przez miasto i pustynię i zajeżdżamy na gigantyczny parking. Szok! Chcą za te jaskinie 100 juanów! (Pascal mówi o 15Y) Fajnie, nie? Nie można się wycofać, nie po to ponosiłem koszty, by rezygnować teraz. Zaciskam zęby i biorę bilet.

Jaskinie Mogao to zespół 492 jaskiń wykutych w 30-metowej ścianie urwiska. Ciągną się na długości może 2-3 kilometrów, rozmieszczone na kilku kondygnacjach. Część udostępniona dla turystów zaopatrzona jest w betonowe schodki i drzwi zamykane na kłódki. Zwiedza się niestety tylko około 20 jaskiń, dodatkowe 10 za dopłatą.
Mogao KuPierwsza dziura, do której wchodzę ma być wyłącznie chwilą wytchnienia w cieniu. Dopiero po chwili do mnie dociera, gdzie się znajduję. Oto pogrążone w półmroku pomieszczenie wielkości sporego pokoju. Pokryte jest w całości malowidłami: dużo tu wzorów geometrycznych, motywy kwiatowe i postacie mieszają się na ścianie. Naprzeciw wejścia niewielka statua Buddy. To tylko przedsmak tego, co zobaczę w Mogao.
Wciskam się w tłum turystów zgromadzonych przed drzwiami jaskini 16-17. Tu wielki Budda otoczony malowidłami okresu dynastii Song przedstawiającymi podróżujących Bodhisattwów. Właśnie wtedy, w początkach XI wieku lud Xia idąc z zachodu dokonał inwazji tego kraju i podbijał Dunhuang, mnisi przygotowali jaskinie w Mogao do ucieczki. Grota 16 została zapieczętowana i w nietkniętym stanie przetrwała 900 lat... Idę za grupą turystów do kolejnych grot.
Jaskinia 237 - tu Budda na towarzystwo: obok dwóch Bodhisattwów po lewej na słoniu, po prawej na lwie; na ścianach duże pejzaże, widać budynki i dzwony.
W jaskini 259 pracują konserwatorzy. Przerysowują fragment malowideł ze ściany na papier. Pośrodku uśmiechnięty Budda w pozycji lotosu, włosy spięte w kok, pomarańczowa szata. Posąg pochodzi z okresu dynasti Wei - i zalicza się do najstarszych zabytków tutaj. Z boku, w małych wnękach miniaturowe płaskorzeźby, są tu wszędzie...
Pośrodku groty 257 znajduje się potężny cokół podtrzymujący sufit. We wnękach cokołu, z czterech stron, ustawiono figury, największy Budda naprzeciw wejścia. Ściany w kolorach fioletowo-niebiesko-zielonych. Plus nieco brązu...
Mogao Ku Potem zaglądam do jaskini opatrzonej numerem 231 - małe pomieszczenie jak zwykle malowidła - tym razem dużo elementów roślinnych. Podoba mi się tu coraz bardziej!

Siedmiopiętrową świątynia przyklejona do zbocza skrywa dużą jaskinię (nr 96). Wewnątrz gigantyczny Budda Maitreya. Wrażenie towarzyszące wejściu jest niesamowite. Przypomina mi się świątynia Gandan w Ułan Bator: najpierw wzrok przyzwyczaja się do półmroku, widzisz wielkie stopy, podnosisz głowę, pomarańczowa suknia z barwnym obrąbkiem, wyżej ręce, a wyżej - nieprawdopodobnie wysoko - głowa Buddy. 33-metrowa postać od 1400 lat patrzy przez małe okienko na postrzępione góry Qilian Shan. To ponoć druga co do wielkości rzeźba w Chinach z okresu Tang. Siadam w kąciku i uważnie się rozglądam. Przez drewniane sklepienie wpada do jaskini nieco światła, Budda siedzi niczym na tronie; jedną rękę ma uniesioną, dłoń powstrzymuje przed złem; druga dłoń spoczywa na kolanach. Turyści, którzy zatrzymali się między stopami postaci są tacy mali... Czas mnie goni, mijam ozdobny dzwon w przedsionku i w przypadkowy sposób odkrywam wykute we wnętrzu zbocza schodki prowadzące do znajdującego się kilka pięter wyżej wewnętrznego balkoniku. Stąd widać Buddę w całej okazałości.
Mogao KuMogao Ku
Idę do groty 130. Tu zniszczony Budda, po bokach pomieszczenia znajdują się dwie olbrzymie postacie i malowidła.
Kolejna jaskinia nr 148 jest na planie litery H. W dwóch jej odnogach ustawiono 2 wielkie i groźne postacie bóstw. Przechodzę przez wąski przesmyk i... znów zaskoczenie! Oto na boku spoczywa gigantyczny, pogrążony w nirwanie Budda, ma 20 lub 30 metrów długości, trudno to ocenić w panujących tu ciemnościach. Ze ściany za posągiem spogląda na ciebie kilkadziesiąt postaci. Wglądają jak Lilipuci wokół związanego Guliwera... Naprzeciw złotej twarzy malowidło przedstawiające dwór z biesiadującymi Chińczykami; w tle pałace. Teraz zapuszczam się na wyższe piętra, czas goni, szybkim krokiem wchodzę na kolejne galeryjki.
W grocie 253 widzę po cztery postacie na bocznych ścianach, na centralnym "cokole" zdewastowane postacie.
W kolejnej jaskini na ścianach znów barwne opowieści. Oto maszerujący podróżnicy, a tu odpoczynek w oazie, bydło pije wodę z koryta, ludzie siedzą i jedzą. Tu znów podróżnicy zawitali do wspaniałego miasta...
Dunhuang: gigantyczne wydmy

Jaskinia 249 jest bardzo jasna. W centrum, jak zwykle Budda, nieco naruszony zębem czasu (dynastia Wei). Z palców wystaje mu 1300-letnia trzcina, ujawniając zastosowaną technikę: gliniany posąg okładany był trzciną, na nią kładziona była znów warstwa gliny i farba. Ściany w jaskini utrzymane są w tonacji niebiesko-beżowo-brązowej. Na kremowej ścianie namalowany zgrabnymi kreskami byk ucieka przed skrzydlatą postacią. Ileż tu ruchu w tym "jaskiniowym" malunku, powyżej - ponad biegnącym wokół pasem z wizerunkami buddów - cała scena z polowaniem: jeźdźcy gonią za zwinnymi łaniami, zapędzili je do skalnej pułapki... A oto postać kaznodziei w otoczeniu uczniów...
Do jaskini 94 zaglądam tylko na chwilę. Przewodniczka skończyła właśnie opowiadać Koreańczykom i czeka, aż grupa wyjdzie. Zostałbym tu dłużej, lecz Chinka mnie wygania i zamyka drzwi.
Gansu: w drodze do Xiningu Budda z jaskini 328 siedzi z podwiniętą nogą od 1000 lat. Chyba mu ścierpła, gdyż minę ma niewyraźną. Za to szatę ma wyjątkowo kolorową i wzorzystą. Obok dwóch wojowników klęczących na jednym kolanie. Cała trójka z modną wówczas fryzurą upiętą w wysoki kok.
W grocie 420 znów Budda. Sąsiednie pomieszczenie o numerze 428 jest wykute na planie krzyża. We wnęce umieszczono posąg Buddy, wokół scenki rodzajowe. Mam wrażenie, że Budda uśmiecha się do tych nagich kobiet....
Jestem oczarowany tymi jaskiniami: tysiące malowideł, małych i dużych, setki buddów i innych postaci, statuetki i gigantyczne posągi... Warto by było spędzić tu cały dzień... Idę w stronę wielkiej świątyni.

"Piotr, to ty?!" - dobiega do mnie wołanie gdzieś z góry. To Jacek! A jednak się spotkaliśmy. Szybko opowiadamy, co było po drodze i jakie mamy plany. Jacek z Holendrami jedzie do Golmud i dalej do Tybetu. Ja do Xining i Syczuanu. Żegnamy się.
W Dunhuang w ostatniej chwili kupuję bilet na autobus sypialny do Xiningu. Jadę ze Szwedem, chłopakiem pracującym jako tłumacz od 2.5 roku w Chinach. Zastanawiające, jak dużo spotykam tu samotnych turystów lepiej lub gorzej mówiących po chińsku. Cóż ja mam powiedzieć ze swą znajomością ledwie kilku słów? Wiem, że za kilkanaście dni pożegnam się z tym krajem i naprawdę nie chce mi się wkuwać słówek z Pascala. Gansu: w drodze do Xiningu

Kierujemy się teraz na południe. Mijamy gigantyczne wydmy za miastem - najwyższe z nich mają 400 metrów wysokości! U ich podnóża ciągnie się pas oaz z glinianymi domostwami. Przed nami coraz wyższe góry, droga wkręca się w wąskie doliny. Niebo jest prawie bezchmurne, nad nagimi, skalistymi szczytami unosi się tylko kilka cirrusów. Czasem kamienista pustynia zamienia się łąkę porośniętą rachityczną trawą i wówczas pojawia się stado owiec. Słońce pochyla się nad horyzontem wydobywając coraz to nowe barwy gór. Ta surowa przyroda jest przepiękna! Przejeżdżamy przez przełęcz Dangjin Shankou (3519m npm) rozdzielającą dwa potężna masywy: Altun Shan na zachodzie i Qilian Shan na wschodzie.
Chwilowo opuszczamy prowincję Gansu i wjeżdżamy do Qinghai. Teraz zmierzamy ku wysokogórskiemu jezioru Qinghai Hu. To największy słony zbiornik wody w kraju. Tak duży, że ludność nazwała go morzem ("hai"). Nasz hotel na kółkach przemierza setki kilometrów pokrytego skąpą roślinnością płaskowyżu. Wokół cztero i pięciotysięczniki... Gansu: w drodze do Xiningu

Gdzieś w połowie drogi - przystanek nocny na jedzenie. Idę do podrzędnej knajpki, wcinam jakieś pierożki z mięsem, potem dłuższą chwilę konwersuję z młodym pracownikiem pobliskiego hotelu. Z trudem ustalam nazwę miejscowości, w której się zatrzymaliśmy. Ha! to Da Qaidam.
Czas na dalszą jazdę, mamy do pokonania niemal 1000 kilometrów... Przejeżdżamy przez Delinghę, stolicę Autonomicznej Narodowej Prefektury Mongolsko-Tybetańskiej Haixi... Miasto rzekomo zamknięte dla obcokrajowców: zupełnie nie przeszkadza mi, że kilkanaście kilometrów stąd (37°19'N 97°13'E) znajduje się 414 Brygada PLA i baza pocisków jądrowych rozmieszczonych w 4 silosach...
Mkniemy przez noc... Dziś wyjątkowo dużo gwiazd na niebie. Przez otwarte okno obserwuję gasnące meteory. Mam tylko jedno życzenie - szczęśliwie wrócić do domu...


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej