Dzień: [1-2] [3-4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26-27-28]


Przysłowie syryjskie

Damaszek-Maaloula

piątek, 14 VII 2000


Wyjazd do chrześcijańskiej Maalouli | Ah czop? - uczę się aramejskiego | Komercyjny ksiądz | Jewish tra-ta-ta-ta!!! | Koleś, gdzie idziesz? | Askarija: yes czyli jak uniknąć seksu?


Drogą przez pustynię...

Jedziemy do Maalouli - chrześcijańskiej enklawy w świecie islamu. Droga, męcząca ze względu na 50-stopniowy upał, wiedzie nas wzdłuż atrakcyjnych widokowo form skalnych. W jednej z dolin otoczonych piętrzącymi się na kilkaset metrów skałami trafiamy na wioskę (rozbudowaną dziś do wielkości miasteczka zapewne ze względu na turystyczną atrakcyjność). Wjeżdżamy busem dość wysoko - pozwala to zaoszczędzić sił. Nieoczekiwanie przed sklepem doczepia się do nas ekipa telewizyjna i chce nam towarzyszyć w czasie zwiedzania. No problem.

Na niewielkim dziedzińcu kościoła świętej Tekli "dobrowolnie" składamy datek (60SP), a czarna kobieta (=siostra zakonna) po aramejsku zaprasza nas dalej. Uczy nas zwrotów w wymarłym języku: Ah' czop? = Jak się masz?; Ah' cziping? = Jak się macie?; Feh loha = Chodź tutaj; Zehe noha = Odejdź. Masz usz mah? = Jak masz na imię? (do mężczyzny); Masz usz misz? = Jak masz na imię? (do kobiety).
"Święta Tekla" to kompleks kilku obiektów zawieszonych na zboczu góry a częściowo w pieczarach. Schodami dostajemy się coraz wyżej. Grota, w której teraz znajdujemy ma kilka ołtarzy oddzielonych kratą, zaś ze sklepienia zwisają zielono-brązowe porosty. W kapliczce modlą się ubrane po europejsku kobiety. Czarny personel pilnuje ciszy, pomaga zaczerpnąć wody ze świętego źródła.
 Ekipa telewizyjna wchodzi do groty i zaczyna wywiad z trampingowcami, ja tymczasem przepytuję czarną o ich stosunek do turystów. Są zmęczone nimi ale "szczęśliwe" z odwiedzin. Próby przetłumaczenia zdania: "The world is beautiful" spełzają na niczym. Jak widać Maaloula to komercja a ludność zna tylko kilka zwrotów na użytek turystów.
Na dziedzińcu zaczepia mnie grupka kilkunastoletnich syryjek-chrześcijanek. Wypytują mnie o sytuację rodzinną. Lama jest zainteresowana wizytą w Polsce...

Idziemy do kościoła św. Sergiusza. Droga wiedzie przez przepiękny wąwóz o kilkunasto-, 20-kilkumetrowych pionowych ścianach.. Po chwili docieramy do kompleksu kościelnego z dziedzińcem. Młody ksiądz, francuskojęzyczny, koślawą angielszczyzną szybko przedstawia nam historię kościoła, recytuje modlitwę po aramejsku, robi z nami zdjęcia. Pełna komercja. Wychodzę. Spotykam na balkonie dwóch Libańczyków, którzy tłumaczą moje imię na Botrus, dopisują nazwisko po arabsku na wizytówce. Komercyjnemu księdzu opowiadam o swym synu - Sergiuszu i szczególnej przyjemności, jaką było odwiedzenie nieznanego w polskim Kościele katolickim patrona. Na odchodnym dostaję pocztówkę ze św. Sergiuszem "as a souvenir".

Schodzimy do miasteczka. Chłopcy - Darek i Andrzej zaczynają tankowanie na zboczu wąwozu. Opróżniamy dwie butelki maaloulskiego wina. Darek się rozkręca, zwłaszcza, że pod wpływem naszych przyśpiewek w rodzaju "Hej sokoły" schodzą się Jordańczycy. Zaczynają się wygłupy przy gitarze, zorba, śpiewy w różnych językach. Darek jest gwiazdą, zbiera oklaski.
W sklepie ponownie kupujemy paliwo (w końcu długa droga przed nami) i rozkładamy się na dachu budynku przy drodze uprzednio pytając właścicieli o zgodę. Rozpościera się przed nami fascynujący widok: setki domów zawieszonych na zboczach doliny, w oknach pojawia się coraz więcej świateł. Wyróżniają się podświetlone krzyże na kościółkach chrześcijańskich. Dorota protestuje przeciwko noclegowi w tak publicznym miejscu. Stwierdza, że nie pasuje do takiego trampingu i zapewne ma rację.

Jest 22.00, gdy po kolacji złożonej z placków, owoców, moich konserw i 3 win, na nocny spacer decyduje się trójka: Darek, Beata i ja. Darek jest wyjątkowo pobudzony, nie przepuszcza żadnej spotkanej kobiecie czy nastolatce. "Salem, salem". Beata nieco mniej wstawiona koniecznie chce zaproszenia na herbatę lub kawę a najlepiej na jedno i drugie. Rzuca od czasu do czasu w kierunku ludzi na balkonach "Have you got tea?" Ja próbuję ich oboje tonować.
W centrum Maalouli popełniają dwa świętokradztwa w meczecie. Beata wstępuje do męskiego kibelka, zaś Darek jej towarzyszący spokojnie zapala papierosa i zaczyna rozmowę z dwoma Syryjczykami o sytuacji politycznej w Libanie używając wymownych gestów: "Hezbollah is OK, Jewish - tra-ta-ta-ta!". Miejscowi niewiele z tego kapują ale uśmiechają się mówiąc w kółko "No problem".

Wspinamy się drogą ku św. Sergiuszowi, później wciskamy się w kręte i wąskie uliczki miasteczka. Ta wędrówka po zakamarkach jest doprawdy niesamowita. Jest noc, większość mieszkańców pogasiła już światła, przemykamy się pod balkonami, wchodzimy po schodach i schodzimy. Darek woła do Araba: "Gdzie idziesz, koleś?" a Beata dorzuca również po polsku "Masz herbatę?". Po chwili Syryjczyk zaprasza nas do domu. Dla mnie rzecz nie do pomyślenia w Polsce. Podejrzane towarzystwo wchodzi o północy do domu...
Święty Sergiusz (po lewej) Witamy się z żoną i córką. Gospodarz nastawia telewizję na Polsat i TV Polonię. Proponuje arak, kobieta przynosi herbatę i kawę. Darek się rozkręca, mówi na przemian po polsku i po angielsku, gospodarze przestali już dawno rozumieć, o co nam chodzi. Kobieta co chwilę dolewa nam herbatę donosi słodkości. Ma z 25 lat, jest śliczna. Facet wypija bruderszaft z Darkiem, podoba mu się to; później ze mną. Darek opowiada o swoich podróżach - wciąż po polsku, a później intensywnie wpatrując się w kobietę rozwija temat, co jest dla niego kobiecym fetyszem. Po 2 godzinach żegnamy zdezorientowanych najazdem Marsjan gospodarzy. Co będą myśleć o Polakach? Nie wiem. Ale może za 10 lat etnolodzy syryjscy odkryją, że w aramejskiej wiosce istnieje zwyczaj bruderszaftu...

Wracamy krętymi i mrocznymi uliczkami. Lecz oto przeszkoda - wąwóz. Miejscowy 20- kilkulatek widząc nasz stan próbuje nam pomóc, ale dajemy sobie radę sami. Arab ciągnie uparcie za nami na "nasz" dach, a nawet, gdy postanawiamy odwiedzić raz jeszcze św. Sergiusza. W wąwozie zaczyna się przystawiać do Beaty, i mimo jej protestów, co chwila ją obłapia. Później rozciąga swe zainteresowania na Darka, który cały czas w różnych językach komentuje na głos całą  sytuację. Nagabywania Syryjczyka o seks z Beatą, Darkiem czy ze mną mają swoje apogeum pod kościołem św. Sergiusza. Kuca przed nami i rusza językiem: "Askarija: yes" prosi. Powrót przez wąwóz jest męczący. Bisex ciągnie za nami, Darek czterokrotnie pada i czterokrotnie się podnosi. "Umysł i ciało mam pod kontrolą, tylko język mi się trochę plącze" - tłumaczy nam.
Kładziemy się na dachu (Dorota wciąż kuca - nie wypada jej spać w takim miejscu) i zasypiamy na 3 godziny.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej