Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Chorgo-Tariat

niedziela, 18. VII 2004


Sceneria jeziora Terchijn Tsagaan Nuur |Rekonesans |Tajemnica termitier |Przez pole lawowe |Mój trzeci wulkan |Z mongolską rodziną |U mechanika


Jezioro Terchijn Cagaan. Na brzegu ger-camp

Słońce zachęca do wstawania, z ciekawością rozglądam się, gdzież to się znaleźliśmy. A jest na co popatrzeć! Jeśli się spojrzy na południową stronę jeziora - krajobraz przypomina polskie Beskidy: lasy iglaste porastają kilkusetmetrowe wzgórza. Północne brzegi są pozbawione roślinności, góry tu dużo wyższe, bezleśne, dużo bazaltowych skałek, turni i ostańców. Zielono-brązowa barwa podkreśla ich niespotykany w Polsce charakter. Najciekawiej jednak wygląda teren nad jeziorem rozciągający się u moich stóp. Dostępu do wody broni pełne ostrych skał i szczelin pole lawowe. Obszar pokryty lawą rozciąga się na wielu kilometrach kwadratowych. Gdzieniegdzie lawa tworzy zabawne kopczyki rozrzucone na łące niczym termitiery na sawannie. Widać, że jest to region turystyczny: co kilkaset metrów rozłożone są obozowiska Mongołów lub ger-campy.
W takiej to właśnie okolicy zamierzamy spędzić dwa noclegi. Ponoć to raj dla ptaków: jadąc wczoraj wieczorem wzdłuż brzegów widziałem stada brodzących po płyciźnie czapli a dziś widzę krążące nad łąką sokoły. Grzegorz jeszcze śpi, Francuzi z wolna wstają natomiast w pobliskim francuskojęzycznym obozowisku gwar od godziny. Odjeżdżają. Idę się myć. Woda jest dużo cieplejsza niż w Jeziorze Chubsuguł, chociaż Terchijn Cagaan Nuur leży na wysokości 2060 m n.p.m. Ostre krawędzie lawy kaleczą stopy... Przy okazji z ubolewaniem stwierdzam, że owe "termitiery" są pochodzenia antropogenicznego. Ale i tak ładnie się prezentują. Buddyjskie kopczyki z lawy

Około 10.00 jak zwykle robię Grzegorzowi kawę - inaczej nie wstanie. Później idę do ger-campu po puszkę coca-coli dla niego (900T). Chyba przesadza. Tak naprawdę nie wiemy, gdzie dokładnie kierowca nas wczoraj wysadził. Robię mały rekonesans: wychodzę na pobliską górę - Terchijn Cagaan Nuur ukazuje swoją wielkość z tej wysokości. Ciągnie się na kilkadziesiąt kilometrów dalej na wschód całe otoczone górami: lesistymi na południu i bardziej dzikimi, postrzępionymi na północy. Na zachód, za mną - też są góry, a jakże!, ale oto w szerokiej dolinie niespodziewanie wyrasta czarny stożek Chorgo - młody wulkan. Jest niewysoki, można powiedzieć karłowaty przy potężnych masywach górujących nad nim. Sam był jednak na tyle potężny, że lawa z pochylonego na wschód krateru zalała onegdaj nie tylko równinę przed wulkanem, ale i utworzyła pole lawowe dochodzące do jeziora znajdującego się o dobre 5 kilometrów dalej. Jakie wspaniałe widowisko musiały oglądać uciekające w popłochu mastodonty! Rozżarzona lawa wpadająca do wody, kłęby buchającej pary!... Że też mnie przy tym nie było... Wulkan Chorgo w otoczeniu starszych gór

A zatem cel dzisiejszej wycieczki jest zlokalizowany. Pozostaje tylko podjąć decyzję, czy zostawiamy tu bety, czy też idziemy z plecakami. Decydujemy się na to drugie rozwiązanie: woda w jeziorze jest nienajlepsza, lawa skutecznie odstrasza od brodzenia przy brzegu. Zanim jednak ruszymy dalej mamy ochotę przyjrzeć się z bliska owym kopczykom z lawy wyrastającym przy brzegu. Okazuje się, że są bardzo stare, wiele pokoleń buddystów dokładało tu swoje kamienie wznosząc swe modlitwy i prośby. Dokładam i ja swój kamyk, a z racji wagi mojej "sprawy" ma on postać 30-kilogramowego kęsa lawy: resztkami sił ładuję go na szczyt kopca.
To nie koniec atrakcji nad jeziorem. Oto między kopcami gromadzi się grupa Mongołów, jest telewizja, jest i mongolska gwiazda - sam Iczinnorow, popularny śpiewak, który tu przyjechał, by w malowniczej scenerii parku narodowego nagrać swój kolejny teledysk. Jak na pop-gwiazdę wygląda dość niezwykle: ubrany w garnitur, krawat, ręce złożone z przodu, śpiewa spokojnie - trochę drętwo to wygląda.

Ruszamy na wulkan koło południa. Jest skwar, ale żeby odpoczywać co 15 minut? Hm. Proponuję później drogę "na skróty" przez pole lawowe, choć wiem, że to nie będzie łatwa wycieczka! Liczą się jednak nowe doświadczenia, prawda? Ja szedłem już kilka godzin po lawie wchodząc na Etnę, wiem, czym to pachnie, ale czego nie robi się dla bliźnich?
Pole lawowe wokół wulkanu Lawa ma zaledwie kilka milionów lat i mimo swej naturalnej odporności na erozję, jest częściowo pozarastała krzakami, gdzieniegdzie i modrzew rośnie. Z pewnością w tym opanowywaniu niegościnnej ziemi pomagały mongolskie wiatry nawiewające pył ze stepu. Wygodna droga szybko się kończy, musimy wielokrotnie przekraczać świeższe potoki zastygniętej lawy.* Raz stąpamy po ogromnych blokach lawy, raz po usypującym się pod nogami gruzie. Niekiedy płynąca lawa natrafiała na przeszkodę i spiętrzała się niczym kra na rzece; musimy się wtedy wspinać się na kilkumetrowe wały lub nadkładać drogi. Czuję się mały i słaby wobec potęgi żywiołu, który tu niegdyś szalał. Jakież tu piekło musiało mieć miejsce. A jednocześnie patrząc na te mchy, na kwiatuszki czepiające się lawy, słysząc ćwierkanie ptaków i bzyczenie owadów - jestem pełen podziwu dla siły życia, które chce się tu zadomowić.

Zziajani i pokaleczeni dochodzimy do parkingu pod wulkanem. Stoją tu dżipy białasów i furgony Mongołów. Kobiety oferują kumys w butelkach po coca-coli, same piją czaj ze słoika. Gotuję kawę i zjadam małe co nieco. Grzegorz tymczasem wdrapuje się na krater. Później zmiana - idę ja. No, szok! Trafiam na schody! Może jeszcze winda dla włoskich staruszek?! Stożek, jak wspomniałem, nie jest duży, można się wdrapać w 10 minut. Po prawej stronie mija się niewielki, pasożytniczy krater. Po chwili jestem na krawędzi krateru Chorgo, czas na pamiątkowe zdjęcia. Krater jest lejkowaty, a jego idealna symetria jest naruszona przez płaty lawy, które oderwały się od zachodnich zboczy. Ich zielonkawy kolor kontrastuje z rudo-czerwoną barwą wnętrza wulkanu. Bardzo podoba mi się ta czerwień - można by pomyśleć, że krater jeszcze nie ostygł... Zabieram kilka kawałków lawy na pamiątkę. Jest to mój trzeci zdobyty wulkan: wcześniej była Etna i Wezuwiusz.
Krater Chorgo Dobrze, dość już zachwytów, czas w drogę do Tariat - oddalonej stąd może o 7 kilometrów małej wioski, w której mamy nadzieję znaleźć transport do Cecerleg. Tym razem nie decydujemy się na drogę "na skróty" przez lawę, grzecznie idziemy wokół północnego i zachodniego podnóża krateru. Na łące, niczym gigantyczne kupy dinozaurów leżą porozrzucane bomby wulkaniczne. Największe mają dwa metry średnicy i muszą ważyć kilkanaście ton. Ależ to musiał być ognisty deszcz!

Nad górami przetacza się kolejna burza; na szczęście przechodzi bokiem. Zbliżają się dwa busy, machamy. OK, wezmą nas. Sympatyczna rodzina Mongołów ma jednak poważny kłopot: w drugim furgonie pękła jakaś część przy przedniej osi, konieczna jest jej wymiana w Tariat. Gdyby nie to - pojechalibyśmy jeszcze dziś do Cecerleg. W Tariat krążymy po opustoszałych uliczkach w poszukiwaniu tej części. Odwiedzamy bez powodzenia kilka, pożal się boże, warsztatów mechanicznych. W końcu oba wozy trafiają na jakieś podwórko - pewnie najlepszego mechanika samochodowego w somonie.
Panowie raźno biorą się do roboty. Jest chłodny wieczór, od czasu do czasu mży, grzejemy się więc w drugim samochodzie. Zaprzyjaźniamy się z Mongołami usiłując zorientować się w ich pokrewieństwie. Jedzie zatem z nami kobieta w średnim wieku, "mama", która przypadła do serca Grzegorzowi; zabawia ją po rosyjsku i angielsku. Jadą jej liczne dzieci, w tym śliczne dorastające dziewczę. To kolejna "kobieta" Grzegorza. Niestety dużo z nią pogadać nie można: Mongołka postawiła na naukę japońskiego. Obok mnie siedzi młode małżeństwo: ona z widoczną ciążą, sympatyczna i z uśmiechem na twarzy znosząca trudy podróży, on - energiczny, wysportowany, ale nieco zakłopotany(?). Jadą też liczne staruszki, które do "naszego" wozu okresowo się przesiadają. To rodzinny wyjazd Mongołów z Ułan Bator. Dodajmy: bogatych Mongołów. Odwiedzili rodzinne strony, nabrali wody z gorących mineralnych źródeł zlokalizowanych gdzieś w pobliżu, a teraz wracają do domu. Bomba wulkaniczna
Naprawa przedłuża się. Pomimo dużej pomysłowości i zręczności Mongołów, dorobienie złamanej części idzie niesporo. Brakuje po prostu odpowiednich narzędzi. Mają tylko imadło, młotek i pilnik. Mają też - na szczęście! - puszkę po piwie, której cienką blachę usiłują wykorzystać. Podziwiam ich upór i spokój. Siedzi taki pod samochodem przez kilka godzin i grzebie, grzebie... Ech, mongolska rzeczywistość...!

Gotujemy kawę. Sprzęt Campingas wzbudza należne zainteresowanie. Przy okazji uczę "szwagra" posługiwania się noniuszem w suwmiarce. Moja misja cywilizacyjna jest wypełniona ;-) Później w świetle zapalonych jarzeniówek podglądam dom mechanika. Jest dwuizbowy, w pokoju dywany na ścianach, na honorowym miejscu obrazek Buddy, z boku - skromniejszy - obecnego prezydenta. W kącie duże lustro i mały czarno-biały telewizor. Sporo tandetnych makatek i plakatów. Pod ścianami rozstawione malowane skrzynie. Ściana oddzielająca pokój od kuchni jest jednocześnie piecem. Za piecem - w kuchni - kredens, ławki, fotele i stół. Lodówki nie dostrzegłem. W sumie - dość skromnie.
Podwórko, jak to jest w powszechnym zwyczaju - niemiłosiernie zagracone. Uważne oko hobbysty znalazłoby tu sporo wartościowych okazów - choćby przedpotopową dwukółkę z drewnianymi w całości kołami, z ponabijanymi kawałkami opon na obwodzie. Wychodek - jak zawsze przy płocie sąsiadującym z ulicą. Intymność takiego miejsca jest bardzo problematyczna: szpary są szersze niż deski, których użyto do jego konstrukcji.
Około północy panowie kończą pracę. Ponoć gotowe. I my, i mongolska rodzina rozbijamy namioty na podwórku. Córka kierowcy, mimo zachęt nie chce z nami zostać.

*) Ostatnia erupcja miała miejsce 4930 lat temu.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej